wtorek, 30 lipca 2013

The Day After - Broccoli Day!

Dzień po...

 


 ... czterdziestych (!!!) urodzinach oglądam sobie nowe zdobycze, czyli bardzo fajne prezenty! Wśród nich portret wymarzonego tortu z JEDNĄ (!!!) świeczką od najstarszej latorośli. Dodam, że był to jedyny tort w tym dniu. Wszak moje życie ma być teraz "slow", co oznacza między innymi brak hucznych imprez, także urodzinowych. Zwłaszcza moich. Zwłaszcza CZTERDZIESTYCH :) Nie żeby gnębiły mnie jakieś kompleksy, ale jakoś tak szkoda mi każdego dnia na szarpanie się w pośpiechu i zmęczeniu. Wracając do tematu - oprócz oprawionego w ramki tortu dwie fajne książki - obie wymarzone. Plus czekoladki. A to wszystko na hicie tych Urodzin, czyli na narzucie na łóżko, której się przez czternaście lat małżeństwa nie dorobiliśmy :)) A teraz mamy!

Dzień po...


Z dystansu, z perspektywy kobiety czterdziestoletniej:)

... nawet upał zelżał, więc wyleguję się z Najmłodszym Dzieckiem na tarasie, który dziś na szczęście nie przypomina gorącej patelni. Jest przyjemnie, a nawet można powiedzieć, że bardzo przyjemnie, bo nad intensywnie zieloną ścianą lasu jeszcze przed chwilą dało się zobaczyć równie intensywnie granatowe niebo. Było to "niebo po burzy", dlatego powietrze nie stoi złowieszczo w miejscu, lecz dość mocno się porusza. Wieje po prostu. I jest naprawdę dobrze, taka ulga po tygodniu skwaru.


Droga Zawartość Wózka śpi już prawie dwie godziny. Ja nie mam tyle czasu. Zabieram się za obiad. Szybki jak zwykle. 

Znów będę dziś dusić. Warzywa, a konkretnie brokuły. 


Znów mrożonka, kiedy sezon na świeże, wiem. Ale naprawdę pięć razy szybciej otwiera się taką paczkę, niż dzieli świeże warzywo na różyczki, myje je, osusza, a jeszcze te obrzydliwe zielone gąsienice czające się we wszystkich zakamarkach! Są poukrywane sprytnie wśród łodyżek i udają zwinięty listek, młodą gałązkę... fuj! Nie dość, że trzeba je z lupą tropić, to jeszcze gdy nie zauważy się choćby jednej i wrzuci taki brokuł na patelnię lub do garnka, one wtedy oczywiście od razu wypłyną na wierzch i całe danie ląduje w śmietniku. Dziękuję! W mrożonce tego nie ma, a jest tak samo zdrowa. 


Kiedyś raczej gotowałam warzywa na parze lub po prostu w wodzie. Ale od jakiegoś czasu stale robię je na patelni. A konkretnie odkąd posiadam taką z powłoką uniemożliwiającą przywieranie. Czyli gdzieś od półtora roku. Wcześniej nie byłam przekonana do takich sprzętów, bo obawiałam się odchodzenia tej powłoki w trakcie gotowania. Jednak po dwunastu latach męczenia się ze zwykłą patelnią, do której wszystko mi się przyklejało (nie jestem mistrzynią gotowania), zdecydowałam się "zaryzykować" :)) i kupiłam taką w komplecie z drewnianymi przyrządami do mieszania. Przestałam unikać potraw smażonych, bo mogę je teraz przyrządzać bez albo prawie bez tłuszczu. 

Szczególnie lubię wrzucać różne warzywa na niewielką ilość gorącego oleju rzepakowego, krótko je rumienić, a następnie kilka minut w niskiej temperaturze dusić z niewielkim dodatkiem soli, ewentualnie pieprzu ziołowego lub ziół prowansalskich. Uważam, że to nawet zdrowiej niż gotować na parze, a tym bardziej w wodzie. W wodzie warzywa tracą część smaku i wartości odżywczych, na parze co prawda nie tracą, ale za to są zupełnie bez tłuszczu. I bez smaku, nie ma się co oszukiwać. A jak wiadomo, wiele witamin i minerałów wchłania się do organizmu tylko w towarzystwie tłuszczu, więc w ogóle nie ma sensu go tak całkiem unikać. Zresztą ostatnio polski olej rzepakowy święci triumfy, gdyż jest dla ludzi żyjących w naszej strefie klimatycznej zdrowszy od oliwy z oliwek (chodzi o jakieś kwasy "omega coś tam" - nie znam się na tym), a ponadto ma najwyższą z tłuszczów temperaturę dymienia, więc najbardziej nadaje się do smażenia i duszenia potraw. Bo już oliwy do tego używać się nie powinno ze względu na jej zbyt niską temperaturę dymienia. Czyli że po jej rozgrzaniu do temperatury odpowiedniej do smażenia ona już praktycznie nie nadaje się do tegoż smażenia, gdyż zdążyła wydzielić substancje rakotwórcze. Tak mówią Mądre Autorytety :))

A wracając do smaku, do większości warzyw wystarczy sama sól. Wrzucone na rozgrzany olej i lekko posolone od razu puszczają soki i zaczynają smakowicie skwierczeć. Wtedy dobrze jest szybko je przykryć i zmniejszyć temperaturę pod patelnią do minimum. Będą się dusić w tym własnym sosie i będą przepyszne!



Aha, warzyw mrożonych nie rozmrażam oczywiście, bo ten proces świetnie przechodzą już na patelni i nie ma ryzyka, że zostanie z nich coś w rodzaju mokrej kałuży.

Poza sezonem na młode ziemniaczki takie dania podaję z różnymi rodzajami makaronu.

Smacznego!

środa, 24 lipca 2013

Sezon na fasolkę

Na fasolkę szparagową, oczywiście! Moja wygląda tak właśnie:



Dziś totalnie "slow foodowo", bo na obiad była otrzymana z działki Rodziców szparagowa fasolka w dwóch kolorach. A więc wszystko się zgadza - i warzywo sezonowe, i "dostawca" lokalny, i uprawa w stu procentach ekologiczna, nawet zielone stwory, czyli robaczki, były ze strączkami w pakiecie:))
Szczególnym amatorem duszonej na patelni fasolki jest mój Mąż, więc rano przed udaniem się do pracy ofiarnie poodcinał jej łodyżki i końcówki. Prawie zapełniła się nasza największa miska kuchenna, a jest naprawdę wielka:


Dalej, po uśpieniu Niemowlaka, ja wkroczyłam do akcji:)

Najpierw  fasolkę umyłam:


I tak kilka razy, aż zapełniła się suszarka:


Kiedy strączki ociekły - a to wskazane przed wrzuceniem ich na rozgrzany tłuszcz - w miarę ostrożnie przełożyłam je na głęboką patelnię, na której był już gorący, ale nie za bardzo, olej rzepakowy:

 
Starałam się jak najprędzej zakryć całą powierzchnię dna, bo jednak całkowite osuszenie strączków to rzecz zbyt czasochłonna, a z czasem u mnie bardzo krucho, wszak dziecko śpi raz krótko, raz dłużej, częściej krótko. Szybkie całkowite zakrycie dna zapobiega poparzeniu gorącym olejem, który pryska jak głupi po zetknięciu z kropelkami wody na strączkach. Teraz już tylko szybkie solenie i przykrycie patelni. Więcej przypraw nie daję do tej potrawy, bowiem fasolka tak duszona sama z siebie jest przepyszna.


Duszenie z mieszaniem raz na jakiś czas trwa około 40 minut do godziny - zależy, czy fasolka jest bardzo młoda, czy troszkę mniej :), czyli od twardości strączków. Trzeba mieszać tak, żeby strączki z dna przerzucać na górę i odwrotnie, bo te na dnie szybko miękną, a potem się rozpadają, gdyby je tam zostawić.



Ja to danie podaję z gotowanymi ziemniakami młodymi, ale można fasolkę jeść solo albo z grzankami lub frytkami - jak kto lubi.

Po przyrządzeniu strączki wyglądają trochę "bez życia" - jak to po uduszeniu - jednakże oznacza to tylko tyle, że są już gotowe do jedzenia i że są pyszne!
 


Dodam tylko, że na dzisiejsze cztery solidne porcje zużyłam połowę fasolki, którą dostałam. Reszta czeka w lodówce na jutro lub pojutrze. Przechowuje się świetnie nawet przez dłuższy czas, więc nie ma pośpiechu.

Swoją drogą, to bardzo ciekawe, jak moi Rodzice zawsze znajdowali czas na uprawę dużej działki, na której rosło wiele różnych warzyw, owocowych drzew i krzewów, a także baaaardzo dużo truskawek. Przy trójce dzieci. Pamiętam, że my coś tam robiliśmy, ale w sumie niewiele. Jak oni to robili (i robią), jest dla mnie zagadką.

wtorek, 23 lipca 2013

Usiłowania

Niektórzy moi znajomi relaksują się w czasie wakacji...

 


To upominek - pamiątka z Teneryfy podarowana mi przez jedną bliską Znajomą :-) Dziękuję! Niektórzy mają dzieci na gorących wyspach, niektórzy (jak ja na przykład) mają dzieci w wózkach. I dlatego muszą wstawać o siódmej rano, aby w spokoju napić się kawy i przeczytać gazetę. Po wcześniejszym nakarmieniu dziecięcia między godziną piątą a szóstą trzydzieści. Czasem się udaje, że po tak wczesnym śniadanku jeszcze sobie śpi i wtedy ja mogę chwilę odpocząć tak:



Oczywiście z duszą na ramieniu, czy się nie obudzi w środku mojej ogromnej kawy, którą uwielbiam i której sobie nie odmówię. Mam szczęście, że moje małe na kawę nie reaguje, bo mnie tylko ona stawia na nogi o poranku.

Aktualnie, to jest o 11.56 w południe, wysłałam starsze dziecię z najmłodszym w wózku przed dom w celu wyspania oraz przewietrzenia się, zaś sama USIŁUJĘ stworzyć tego posta oraz obiad. Tworzenie posta w toku, zaś obiad gotowy połowicznie:


Jeszcze tylko dorzucę do środka makaron i ugotuję go wprost w zupie jarzynowej, tylko bliżej podania, czyli około 14.00, żeby się z niego przez te dwie godziny nie zrobiła pulpa. Są dwa garnki, ponieważ w mniejszym będzie makaron kukurydziany, zaś w większym zwykłe nitki, bo tak mi zostały i do innego dania jest ich za mało, a do takiej zupy w sam raz. Kukurydziany nadaje się dla bezglutenowców i jest chyba bardziej wartościowy od zwykłego bezglutenowego z pszenicy. Tak myślę. A zupa szumnie się nazywa - Dziewięć Warzyw. I jest z mrożonki. Ja wiem, że jest środek lata i niektórym to się pewnie w głowie nie mieści, że o tej porze roku zamiast wziąć świeże jarzynki, następnie je umyć, oskrobać, znów opłukać, potem posiekać, pokroić, zetrzeć i co tam jeszcze... No więc zamiast to wszystko zrobić w jedyne pół godzinki (licząc tylko przygotowanie składników), ja otwieram dwie torebki, wrzucam do wrzątku, czekam kilka minut i gotowe.
Ale naprawdę oszczędzam pół godziny i w ten sposób USIŁUJĘ wyrwać dla siebie tę chwilę na cokolwiek, na ten wpis chociażby. Ale słyszę, że dziecię już domaga się głośno jedzenia, więc z nadzieją na popołudniowe to...


... muszę przerwać pisanie. Książkę i czekoladę kupiłam wczoraj wieczorem w Lidlu :) - o chodzeniu po księgarniach czy bibliotekach z wrzeszczącym dzieckiem mogę tylko pomarzyć. Każdy wie, że to "nie wypada", aby dziecko płakało i innym przeszkadzało w takim przybytku. Zakupy spożywcze natomiast każdy, a zwłaszcza matka, zrobić musi, nawet z krzyczącym niemowlakiem, więc chodzę śmiało i sobie "używam" pośród marchewek, wędlin, dżemów i mrożonek. A wczoraj było święto, bo "rzucili" kilka tytułów, na które z kolei rzuciłam się ja (bo mam jeszcze trzy w zanadrzu). I to bez wyrzutów, bo tanio. Że mało ambitnie, nie szkodzi. W końcu lato, wakacje, więc ja choć od czasu do czasu przez pół godziny poudaję, że je mam. 

O! Ugotowałam w zupie makaron, posiekałam świeżą pietruszkę i tak to właśnie wygląda zwyczajnie:



czwartek, 18 lipca 2013

Hamulec bezpieczeństwa

Ojciec Wacław Oszajca SJ w najnowszym Tygodnikowym ("Tygodnik Powszechny" nr 29/2013) komentarzu do czytań nadchodzącej niedzieli pisze o znanym i budzącym często zdumienie fragmencie Ewangelii. Oto Jezus przychodzi do domu sióstr: Marty i Marii. Pierwsza z nich zaczyna się krzątać wokół gościa, druga zaś siada mu u stóp i słucha, na co pierwsza oburza się i prosi gościa o interwencję, to jest o upomnienie leniwej siostry. Na to Jezus beszta krzątającą się i chwali właściwy wybór drugiej.

Nie, nie będę zajmować się tu komentowaniem kościelnych czytań ani niczym podobnym. Tylko w świetnym jak co tydzień komentarzu ojca Oszajcy tym razem zachwycił mnie jeden mały akapit, jak sądzę, bardzo uniwersalny na dzisiejsze czasy, który pozwalam sobie zacytować:

"Sytuacja, w jakiej znalazły się siostry, wydaje się być jasna. Z pozoru nie ma się nad czym zastanawiać: trzeba działać, zakasać rękawy, gość nie może czekać w nieskończoność na to, co mu się należy." - a "leniwa" Maria siedzi i słucha, zamiast wziąć się do roboty i pomóc siostrze. I dalej ojciec Oszajca: "Tymczasem to właśnie wtedy, gdy wszystko przynagla do działania, dobrze jest zaciągnąć hamulec." I dalej pisze o związanej z tą umiejętnością wolności. Wolności pozwalającej skupić się na sprawach najważniejszych. Na własny użytek dodaję, że może dla jednych będzie to refleksja religijna, dla drugich złapanie dystansu, lekkie przestawienie priorytetów albo i wywrócenie ich do góry nogami, a dla jeszcze innych zwyczajne złapanie tchu w codziennej pogoni za różnymi (prze)ważnymi głupotami, bez których nasze życie oczywiście od razu się zawali, runie w gruzy czy po prostu rozsypie się na kawałki. 

Na co dzień brak nam takiej wolności. Wolności, która pozwoli wybrać, co najważniejsze na ten moment. Sami nie umiemy. Nawet często nie zdajemy sobie sprawy, że tego potrzebujemy - tak gonimy. Że dobry byłby oddech, chwila lub dwie zwolnienia na zastanowienie, na zwykły odpoczynek. Czasem mamy szczęście i coś się wydarza. A wtedy dobrze mieć do tego właściwy stosunek.
Sądzę, że wielu z nas zdarzyła się sytuacja nagłej nieoczekiwanej "interwencji" w postaci zdarzenia uniemożliwiającego dalszą gonitwę za sprawami "arcyważnymi-i-niecierpiącymi-zwłoki". No nie wiem, złamana ręka, noga, zepsuty w szczerym polu samochód, kiedyśmy w drodze na w a ż n e  s p o t k a n i e i znikąd pomocy, nagła grypa i czterdzieści stopni gorączki albo niespodziewana ciąża i bunt całego ciała? W takiej sytuacji po prostu leżysz i kwiczysz i nic nie możesz zrobić. I choć z początku wydaje się, że wszystko się zawali, to jednak niezadługo się okazuje, że nie tak od razu, że nawet jeśli coś padnie, to nie tak całkiem, a ewentualna zmiana jest może nawet na lepsze? A tak właściwie to ten wymuszony odpoczynek chyba uratował nas przed obłędem. Mnie w każdym razie na pewno. I choć zmieniło się wszystko, nawet dość radykalnie, dziś mam pewność, że to właśnie brak takiej nagłej "interwencji" doprowadziłby mnie do szaleństwa.
Tylko dlaczego w takim razie człowiek nie umie sam w porę wyhamować? Dlaczego staje dopiero wtedy, gdy coś lub ktoś zaciągnie mu nagle i często wbrew jego woli taki "hamulec bezpieczeństwa"? Może dlatego że w tej gonitwie mało kto zachowuje jeszcze jakąkolwiek wolę. A najlepsze, że wcale nie zdaje sobie z tego sprawy.

Szczerze mówiąc, choć wiele razy słyszałam ten fragment, a także komentujące go różne kazania w kościele, po raz pierwszy spotkałam się z takim postawieniem akcentu. Po prostu "żywcem wzięte" :D z kolorowej prasy lifestylowej albo i licznych "biblii" człowieka współczesnego, czyli p o r a d n i k ó w. Okazuje się, że nie oferują niczego nowego pod słońcem. Już to kiedyś (jakieś 2 tysiące lat temu) powiedziano, a nawet zapisano. 


środa, 17 lipca 2013

Jak schudnąć?


 Myśleć o sobie dobrze! I próbować wejść na Pilsko, wysyłając sms-y :D

 

Dziś po raz kolejny zajrzałam do postu, o którym pisałam już wczoraj. Tym razem przejrzałam komentarze. Interesująco przedstawia się linia podziału, a raczej to, co widoczne po obu jej stronach. Mianowicie część komentatorek pisze o swoich perypetiach z chudnięciem jak o zmianie sposobu odżywiania i w ogóle życia na lepsze, część natomiast ujmuje ten sam problem w kategoriach walki. 

Stosowanie przez autorki takiego słownictwa po zastanowieniu może naprawdę porażać, gdyż odnosi się ono do ich własnego ciała, czyli do czegoś im najbliższego, jedynego, jakie mają i jedynego, które im służy od urodzenia oby w zdrowiu jak najdłużej. Lecz aby to "jak najdłużej" rzeczywiście trwało w zdrowiu naprawdę długo, może warto swojemu ciału dogadzać zamiast z nim walczyć? Mnie się wydaje, że zrzucania zbędnych kilogramów lepiej jest dokonywać w klimacie dogadzania ciału (przez zdrowe i właściwe dla tego ciała odżywianie, przez odpowiednie dla niego ćwiczenia itp.), a nie w klimacie walki. Może się czepiam, jednak walka kojarzy mi się z wrogiem, dlatego nie chcę walczyć z moim własnym ciałem. Przecież nie mam innego. I jakoś tak przeczuwam, że po zakończeniu tej walki sukcesem, czyli po schudnięciu, czyli po pokonaniu swojego ciała wcale ono nie przestanie być wrogiem i wcale go wtedy nie polubię. Bo czy lubi się kogoś, z kim się jeszcze przed chwilą walczyło? I w dodatku go pokonało? Ktoś powie, że to tylko słowa, że wiadomo, o co naprawdę chodzi. Tak, owszem, chodzi o schudnięcie, ale moim zdaniem problem w tym, czy chudnę dla siebie, bo się (swoje ciało) kocham i chcę dla siebie (swojego ciała) jak najlepiej, czy chudnę (walczę z ciałem), bo się (swojego ciała) nienawidzę. Inna sprawa, dlaczego ja go nienawidzę - może ktoś mi mówi, że źle wyglądam?, może ktoś leczy swoje własne kompleksy, wyzłośliwiając się na mnie? I to powoduje, że ja, mając zaniżone poczucie własnej wartości, bardziej chcę słuchać złego gadania innych, zaś mniej polegać na własnych uczuciach? A nie do końca świadomie użyte słowa często wyrażają nasz prawdziwy (a tak naprawdę fałszywy, bo wmówiony nam przez innych) do siebie stosunek. Więc przestańmy powtarzać, że z wagą, z ciałem walczymy. Lepiej jest mówić i myśleć: dbamy o siebie, karmiąc się najlepszym (nietuczącym, zdrowym, we właściwych ilościach) jedzeniem i fundując sobie dobrą kondycję poprzez stosowne ćwiczenia. Ktoś powie, że to tylko zaklinanie rzeczywistości, że tak naprawdę to ciężka orka. Racja, to jest często orka. Ale czy człowiek nie jest zdolny do ciężkiej pracy z miłości? A już zwłaszcza do siebie samego? Chyba tak lepiej niż się nienawidzić i ze sobą walczyć. Jak się sami nie docenimy i nie pokochamy, to na pewno nie zrobią tego inni.

wtorek, 16 lipca 2013

Muszę schudnąć???

 

Przecież lubię takie słodkie cuda!

 

Wczoraj rozrywkowo - jak zwykle raz na dni parę - zaglądnęłam na bloga Kasi Tusk, który, odkąd z powodu braku czasu porzuciłam kolorową prasę, dostarcza mi w miarę pozytywnych wrażeń wizualnych. Ładne i do noszenia ubrania na ładnej dziewczynie, czasem ładne meble i gadżety, w sumie miło i tak słonecznie. Lekko, niezobowiązująco. Ale nie wczoraj. Bo wczorajsza treść wstawiona przez jedną ze Współautorek lekko mnie zdenerwowała. Lekko, a nie bardzo, gdyż w sumie co mnie czyjś stosunek do samego siebie obchodzi?

Ale trochę jednak obchodzi, bom w sytuacji podobnej, tyle że po raz trzeci, a poza tym trochę jestem od autorki starsza i - co za tym idzie - bardziej zdystansowana. Zdystansowana do poruszonego problemu, a także do opinii innych. A, i moje poczucie wartości wyższe jest o wiele niż kiedyś. Może dlatego że nie czerpię go z zewnątrz, lecz wypływa ze mnie, z tego, co już przeżyłam i czego - tak! tak! - dokonałam. Dlatego oburzył mnie stosunek Współautorki do siebie samej, gdy napisała, iż po urodzeniu dziecka musiała schudnąć, ponieważ - uwaga! - brat jej stale mówił, że wygląda "masywnie". Nie narzeczony, o którym pisze, lecz brat. Widać dziewczyna przegląda się w oczach brata, co to chcąc być wielce kulturalnym, nie używał słowa "grubo". 
Nie chodzi mi jednak o to, by czepiać się rodzinnych stosunków Współautorki ani nawet osobistego stosunku do samej siebie tej konkretnie osoby. Uderzyły mnie tylko użyte w tekście (a wytłuszczone przeze mnie powyżej) słowa. Bo co to do licha znaczy, że kobieta, która po urodzeniu dziecka nie mieści się już w lilipuci rozmiar 36, musi schudnąć?! Bo co?! Bo "wygląda masywnie"?! I bo brat wciąż jej to powtarzał, jak sama pisze? Ciekawe, ileż dzieci wydał na świat ów mężczyzna, że odmawia siostrze kilku, naprawdę niewielu (kto nie wierzy, niech zobaczy jej zdjęcie sprzed schudnięcia i po na blogu) kilogramów, o których na oko trudno nawet powiedzieć, że zbędne.
Ale żeby była jasność - nie pochwalam obżarstwa, braku dbałości o zdrowie, o formę, o sylwetkę, nawet bardzo szczupłą, jeśli ktoś lubi. Sama oscyluję w okolicach rozmiaru 36 - 38 i też mnie boli, gdy po raz trzeci (trzecie dziecko) moje przedciążowe ciuchy są na mnie mocno za małe. Też bardzo chciałabym się w nie jak najszybciej zmieścić i też mnie wkurza widok w lustrze albo w wystawie. A także codzienne kombinowanie, jak tu się ubrać, aby nie było widać mojej aktualnej szerokości (choć dziś już jest jej niewiele więcej niż zwykle, ale zawsze), a jednocześnie nie nosić worków. No i nagle okazało się, że te za małe ciuchy są niezwykle śliczne, piękne i wspaniałe i w ogóle jakie to ja bym mogła stworzyć z nich kreacje, gdybym tylko w nie weszła. Po prostu nigdy wcześniej tak ich nie doceniałam jak dziś. 
Zawsze chciałam jak najszybciej wrócić do wcześniejszej figury i rzeczywiście za pierwszym i drugim razem tak się jakoś "samo" działo, że wracałam. A może po prostu nie przyszło mi wtedy do głowy, żeby stosować jakąś dietę. Uszyłam długą marszczoną spódnicę na gumkę, z dodatkowym sznureczkiem, który ściągałam w miarę chudnięcia, na wierzch wrzuciłam luźny t-shirt i gotowe. Zero mody, zero takich klimatów i zero głowy do tego w całym tym kołowrotku związanym z niemowlęciem jednym, a potem drugim. Może to dlatego dziś tylko mi się wydaje, że to się stało "samo". 
Jednak! Ani 13, ani 11 lat temu, ani tym (trzecim już) razem nie przyszło mi do głowy, że muszę schudnąć! Nie, żebym nie chciała - bo chciałam i tym razem chcę. Być może nawet przelatuje mi przez myśl, że muszę, inaczej będę wiecznie na siebie wkurzona, gdyż zwyczajnie mi się nie podoba aktualna sylwetka. Zawsze jednak czuję, że to moje własne i całkiem subiektywne poczucie estetyki. Moje własne i niczyje więcej! Nie mojego brata, nie męża, nie szczuplejszych koleżanek. Ja mam troje dzieci, trochę w innych sferach życia też już osiągnęłam (choć nawet gdyby nie, to co z tego?) i jedyne, co uważam, że muszę, to żyć przyzwoicie i tak wychować ludzi, których powołałam na świat. Chcę jeszcze schudnąć, ale na pewno nie muszę. Może jestem hipokrytką, bo jem słodycze, ale karmię piersią, więc i tak chudnę i dlatego łatwo mi krzyczeć, że nie muszę. Ale naprawdę tak uważam. A bloga Kasi Tusk czyta baaaaardzo dużo nastolatek. Pomijając już fakt promowania chudości (Współautorka chudła bardzo zdrowo, o czym opowiada i to jest fajne), ważne jest chyba to, jakie promuje się dla tego chudnięcia motywacje, a te, o których się w ostatnim wpisie wspomina, są co najmniej wątpliwe. Takie młode nieopierzone mają sobie wyrabiać poczucie wartości wynikające z czegoś zupełnie innego niż nieprzychylne lub przychylne lustrzane oczy własnego brata, chłopaka czy innej przyjaciółki. A już na pewno nie powinny czuć się winne paru dodatkowych kilogramów "złapanych" w ciąży.

poniedziałek, 15 lipca 2013

Fast food = slower life

Ostatnio nieco zdołowała mnie konieczność wykonywania codziennie tylu czynności, które skutecznie uniemożliwiają człowiekowi wiedzenie niespiesznego i przez to miłego życia. Tak jakby człowiek wiodący życie pospieszne był z tych czynności zwolniony :D. Nie jest i wiem coś o tym, niestety. Albo szybko gotujesz i masz czas na cokolwiek z pozostałych spraw, albo celebrujesz gotowanie przez pół dnia, natomiast wszystko inne leży odłogiem. I właśnie dlatego, pomna swych wcześniejszych przemyśleń, postanowiłam skojarzyć dwie rzeczy, których jeszcze nigdy w takiej konfiguracji nie widziałam: szybkie gotowanie i nieśpieszne dzięki niemu w pozostałych sferach życia funkcjonowanie.


A było to tak...

Miło i rozkosznie rozpoczęta kawą sobota, po przebudzeniu się dziecka co prawda wciąż była przyjemna, lecz już z pewnością nie leniwa. Zwykle zresztą staję przed dylematem: śpieszyć się przed obudzeniem się dziecka i dzięki temu zrobić jak najwięcej, by potem mieć czas na delektowanie się czasem z maluchem, czy też wręcz przeciwnie - najpierw delektować się niespiesznym śniadaniem, wielką mocną kawą z mlekiem i gazetą, zaś po wstaniu maluszka wejść od razu na najwyższe obroty? Szczerze mówiąc, wybór każdorazowo zależy od aktualnego humoru i poziomu bojowości w nastawieniu do świata oraz bliźnich. A także planów na dany dzień.

Jako się jednak rzekło, zaczęła się sobota, ołowiane chmury wisiały nad zaglądającym mi do okien lasem, młody jelonek spacerował po łące w poszukiwaniu smakołyków, a mój najmłodszy potomek głośno obwieszczał swój apetyt na życie. Na życie, czyli w pierwszej kolejności na mleczko mamusi, potem na zabawę, to znaczy noszenie na rękach ze śpiewem na ustach. Bez wyraźnie określonego limitu czasowego, co w praktyce oznacza: bez końca. No, co najwyżej do następnego karmienia lub zmiany pieluszki. I to mniej więcej tyle, ile do pełni szczęścia potrzeba bobasowi. Nas natomiast nie bardzo kręci noszenie na rękach, jednakże tacy dziwni z nas ludzie, że upodobaliśmy sobie trzy porządne posiłki na dzień, w tym choć jeden na ciepło. Co w opisanych wyżej warunkach sprawia nam niejakie trudności. W nielicznych i jakże krótko trwających chwilach drzemek dzidziusia rzucamy się więc z zaległych prac do czego kto może. Ja - do garów. Teoretycznie gotować każdy może, lecz szybko gotować - już nie. No więc ja. 

A oto mój pierwszy fast food ściągnięty z mojego "starego" życia do życia całkiem "nowego", które ma być "slow" oraz "nice". Miało być gotowanie powolne, jest szybkie, by nie powiedzieć: ekspresowe. I trzeba się cieszyć, że jest. Każdy dzień to pod tym względem wielka niewiadoma, a każdy gorący posiłek poczytuję sobie za sukces.

W sobotę spróbowałam tak:

Otworzyłam lodówkę, w której ujrzałam marne resztki nadających się do gotowania produktów z całego zeszłego tygodnia. Między innymi dwie lekko przywiędłe cukinie i schowane za dżemami zafoliowane pętko kiełbasy. Kwestię kiełbasy załatwiłam na szczęście w "poprzednim wcieleniu" i dzięki temu wiem dokładnie, którą szybko wrzucić do koszyka bez zastanawiania się, która ile "niemięsa" ma w sobie. Moja jest z Lidla i jej 100 gramów zrobiono ze 120 gramów mięsa, więc jest dobra. Jeśli chodzi o żywność, to jest więcej rzeczy, które poznaliśmy pod względem jakości już wcześniej, więc dziś bez problemu szybko robię te slow foodowe w stylu zakupy. 
Wracając do tematu, wyjęłam z lodówki cukinię, którą po obraniu pokroiłam w plastry.



Następnie włożyłam ją do miski i zrobiłam marynatę.




To znaczy zalałam olejem, posypałam solą, ziołowym pieprzem i mieszanką ziół prowansalskich.
Potem wzięłam się za krojenie kiełbaski, a w tym czasie cukinia się marynowała.

 
Kiedy wszystko wylądowało na patelni, wstawiłam wodę na kaszę, z którą zamierzałam podać całość. 


Zrobiłam danie w dwóch wersjach, co w tym wypadku oznaczało użycie woreczka kaszy gryczanej i woreczka jęczmiennego pęczaku, czyli kaszy jęczmiennej, tylko w formie całych ziaren.



Około 40 minut całej roboty i danie było gotowe. Tak wyglądało. Następnym razem muszę uważać na czas duszenia cukinii, bo jednak ładniej się prezentuje, gdy zachowuje wyraźną formę plasterków.

Gdybym miała w zamrażalniku jakieś resztki smażonego kurczaka lub pojedynczą porcję pieczeni pozostałą z obiadu, wzięłabym ją zamiast kiełbaski. 

Takich resztek używam zresztą często do zapiekanek różnego rodzaju. Pewnie wkrótce będę je przyrządzać, ponieważ są jeszcze szybsze w przygotowaniu, nie licząc czasu w piekarniku, ale przecież wtedy tylko ich doglądam, nawet z dzieckiem na ręku.

To jeden z moich wynalazków kulinarnych - sposobów na szybkie jedzenie, czyli FAST FOOD.

sobota, 13 lipca 2013

Pomimo

Pomimo wczorajszej frustracji spowodowanej całotygodniowym szarpaniem się z codziennością (bez większych sukcesów), przemyślawszy sprawę, postanawiam jednak nie poddawać się w moich próbach wprowadzenia w życie paru zmian na lepsze, czytaj: wolniejsze. 

W końcu "slow" znaczy "wolne", a po polsku to słowo ma co najmniej dwa znaczenia - oprócz "powolne" także po prostu "wolne", czyli "free" - i tego się trzymajmy.

Będę wszystko robić wolniej - i to w każdym znaczeniu tego słowa. Ale na moich zasadach. Powoli (!) mi się wszystko w głowie układa, a praktyka czyni mistrza, więc na pewno się uda. 

Zasada pierwsza: Każdą zasadę przed jakąkolwiek próbą zastosowania na własnym podwórku wpierw kilka razy obejrzę z każdej strony, przeanalizuję pod kątem przydatności i możliwości zastosowania oraz ewentualnych skutków pozytywnych, tudzież niesionych przez nią zagrożeń. Jak widać, lata pracy zawodowej w las nie poszły, stare nawyki procentują: analiza, analiza i jeszcze raz analiza. W tłumaczeniu na nowe: zanim bezkrytycznie zastosujesz, zastanów się, czy ci się to podoba i czy naprawdę tego właśnie chcesz.

Zasada druga (wynik śródnocnych przemyśleń): Niektóre tricki z dawnego pospiesznego życia wciąż mogą być warte uwagi. Poświęcę im trochę czasu w kolejnych wpisach.

Zasada trzecia (i najważniejsza!): Optymizm. To podstawa. W końcu czym mam się stresować? Nie mam przecież nad sobą żadnego szefa. Jak coś mi nie wyjdzie, nikt mnie z pracy w domu nie zwolni. Choć czasem by mi się to przydało :-)!

Tymczasem jest sobotni poranek, więc zamierzam zrobić coś takiego:

 Oby tylko słońce dopisało...


piątek, 12 lipca 2013

Does slow food = slow life & cooking?

Kilka podstawowych założeń ruchu Slow Food:

  • nie używaj dań gotowych ani nawet półproduktów,

  • kupuj to, co rośnie w najbliższej okolicy od lokalnych dostawców,

  • w kuchni zwolnij obroty, wymyślaj nowe smaki albo odwrotnie - wróć do tradycyjnych itd. itp...

Słowem - zacznij świadomie traktować to, co jesz. 

Powyższe szczytne założenia mają oczywiście głębokie i słuszne uzasadnienie. Dania gotowe oraz półprodukty najczęściej zawierają wiele składników, na jakie byśmy nigdy nie wpadli, że mogą się w nich znaleźć i wcale ich nie chcemy. A jednak... A mimo to... No, to skomplikowane. Po prostu skomplikowane i choć pozornie słowa te wyglądają na sprzeczność, to jednak dokładnie oddają mój rzeczywisty stosunek do gotowców. Stosunek ambiwalentny, bo: po pierwsze i najważniejsze - piszę ten post już trzeci albo i czwarty dzień i wcale nie mam pewności, że uda mi się go skończyć, a po drugie (też ważne) - gotowiec gotowcowi... 

I tu się kłania wcale nie pozorna, lecz wręcz oczywista sprzeczność pomiędzy szlachetnie brzmiącą ideą "slow food" a romantycznie kuszącą nazwą życia marzonego przez sprinterów codzienności, czyli "slow life".
Bo odkąd jestem sobie na urlopie macierzyńskim, a ściślej, odkąd udało się nam jako tako ogarnąć sprawy wokół dziecka, z uporem maniaka próbuję właśnie żyć wolniej, patrzeć uważniej, bez pośpiechu delektować się każdą chwilą bez wściekłej gonitwy myśli, że już, że szybciej, że nie zdążę i w ogóle dlaczego ja przy kawie czytam tę gazetę, skoro już dawno powinnam ubrać w słowa nowy projekt, przeanalizować stary, coś podliczyć, coś sprawdzić, wstawić obiad na jutro, wywiesić pranie i - o kurczę! - przecież dziś jest zebranie u starszego dziecka! Żegnaj kawo! Gazetę przeczytam na urlopie. Wypoczynkowym. 
Ale odkąd jestem sobie na urlopie macierzyńskim, z uporem maniaka próbuję wolniej żyć. Uparłam się na to, jak... no... bardzo. I w mym postanowieniu trwam. Póki co. Na razie. 

Najważniejszy wniosek z ostatniego tygodnia: pogodzić idei slow food z praktykowaniem slow life się nie da. 

Chyba że masz do dyspozycji: 
  • zaopatrzeniowca, któremu powiesz, aby zaprzyjaźnił się z okolicznymi rolnikami, u których odtąd będziemy (tzn. on będzie dla nas) kupować żywność (zasada krótkiej drogi od producenta do konsumenta),
  • praczkę suszącą nasze pranie w słońcu i na wietrze, aby było pachnące, zaś przy okazji może także ozdobione przez muchy jakimś gustownym wzorkiem, chyba że dodatkowo zapłacimy "oganiaczowi", gdyż uważamy, że nasze ciuchy są ładne (a nawet ładniejsze) i bez muszych wzorków,
  • sprzątaczkę, która wykona za nas wszystkie te jakże nudne i prozaiczne czynności porządkowe, co nijak się mają do naszych wyobrażeń o życiu "slow", a tym bardziej "nice". 

Wtedy będziemy mogli oddać się tworzeniu bez pośpiechu, z namaszczeniem i miłością z dostarczonych do domu produktów pysznych i niezwykle wykwintnych w swej prostocie potraw.
A, niezbędna będzie także opiekunka do dziecka, abyśmy nie musieli przerywać co chwilę procesu kreacji w celu skupienia swej uwagi na zawartości pieluchy, która w żaden sposób nie licuje z aktem twórczym.

Jednej osobie, ba - całej jednej rodzinie - pogodzenie powolnego przygotowywania zdrowych, choćby najprostszych potraw z nieśpiesznym, pogodnym celebrowaniem pozostałych codziennych czynności nie może się udać. Nawet wtedy, gdy nie chodzi się do pracy. 
Produkty nieprzetworzone są bowiem nietrwałe, trzeba kupować je często, przez co traci się mnóstwo czasu na zakupy. W małych sklepikach, na targu, w żadnym razie nie w supermarkecie. Niektórzy powiedzą, że tego czasu się nie traci, lecz go zyskuje - na te przyjemne w końcu czynności. Ja uważam, że jak zwał, tak zwał, a czas po prostu mija.
Przygotowanie przed włożeniem wszystkiego do garnka też zabiera sporo czasu, bo przecież warzywa od rolnika bywają ubrudzone ziemią, to oczywiste, nie są też wstępnie przygotowane, poporcjowane itd. - a czas mija...
Gdy do tego dołożyć wszystkie pozostałe punkty codziennego programu - bo jednak zakładam, że samiśmy sobie kucharką, praczką, sprzątaczką i zaopatrzeniowcem, nie wspominając o pracy i opiece nad dziećmi - to doba robi się zwyczajnie za krótka i nie trzeba być uczonym, by to stwierdzić. 
Albo powoli kupujesz i szybko gotujesz, albo odwrotnie. Co więcej: albo powoli gotujesz i pośpiesznie robisz wszystko inne, czyli po prostu szybko żyjesz, albo celebrujesz życie, zaś do garnka wrzucasz jakieś prawie gotowce. Inaczej po prostu zabraknie ci czasu, by jeść. Powoli jeść :-).  

Po miesiącu prób, po okresie "błędów i wypaczeń" w praktykowaniu mojego własnego "slow nice life" dochodzę do wniosku, że to jest kwestia "mieć ciastko czy zjeść ciastko"? Bo jedno i drugie na raz na pewno nie wchodzi w rachubę.

niedziela, 7 lipca 2013

Leniwa niedziela

Kończy się nasza niedziela po chrzcinach. Wkrótce kąpiel maluszka, ale póki co rozkoszuję się wolno płynącym czasem i wspominam wczorajszy miły, spokojny wieczór rodzinny. 

Przygotowane potrawy smakowały dobrze, zrobiłam im "pamiątkowe" zdjęcia:



Oto tort - jak z cukierni, a w każdym razie ja nie umiem takiego zrobić:-)

To śląskie kołocze (te po bokach): jeden z serem, drugi z jabłkami, a pośrodku strucla z
makiem - część już zdążyła zniknąć z talerza :-)


Upieczone przeze mnie mięso - najprościej i najszybciej jak się dało :-)

Oprócz tego zrobiłam prostą sałatkę, sos z francuskiej musztardy i miodu, sos chrzanowo - majonezowy, a do picia była woda z gazem i bez oraz kawa i herbata do wyboru. 
Wiem, że takie menu to nic wielkiego, ale dokładnie o to nam chodziło. I tak było. I mimo skromnego charakteru kolacji dobrze się bawiliśmy. Dziecko płacze, więc kończę...

sobota, 6 lipca 2013

Slow family evening

W poprzednim poście wspomniałam, że niedawno po raz trzeci - i po dłuższej przerwie - zostałam szczęśliwą mamą. W związku z tym również po raz trzeci czeka mnie chrzest oraz związane z nim spotkanie rodzinne zwane chrzcinami.

Nie będę ukrywać, że dwa pierwsze razy były na moje własne życzenie związane z koszmarem wielkich przygotowań hucznej rodzinnej imprezy. Nie, nikt tego ode mnie nie wymagał. To tylko moje dziwne poczucie, że tak trzeba, że tak ma być, że to się mojemu pierwszemu (a potem drugiemu, przecież nie jest gorsze) dziecku należy. No więc obiad z wyborem mięs jak na weselu. No więc wielki biały tort z dzidziusiem pośrodku. No więc kilka ciast, a potem "zimna płyta" i kolacja na ciepło. Słowem - koszmar. I to taki, w który zaangażowała się cała rodzina. Sami bowiem nie dalibyśmy rady, gdyż dziecko nam z rąk nie schodziło. Wiedziało, co jest ważne:).

Tym razem powiedziałam sobie, że będzie inaczej, to znaczy lepiej.Chrzest umówiliśmy na wieczorną mszę sobotnią, czyli tak naprawdę pierwszą niedzielną. Wiedziałam, że tak zrobię, jeszcze będąc w ciąży. Godzina 17.30 jest dla mnie w sam raz, aby zdążyć ze wszystkim do wieczora. Nie chcę też błyszczącej sukni-bezy ani takiego samego becika z ozdobną kapką na dokładkę. Wystarczy "mała biała", bo moja córka jest śliczna i tak, a w dodatku lato w pełni, więc upał.

Podobny minimalizm zastosuję w menu. Do stołu usiądziemy około 18.30, więc posiłek będzie zimną kolacją z deserem. Sama już upiekłam mięso. Pokroję je w plastry zamiast zwykłych wędlin. Do tego sałata i dobry chleb z tradycyjnej piekarni, gdyż spomiędzy "slow food" a "slow life" wybieram to drugie i sama nie piekę. Podobnie z deserem. Ciasto zamówiłam u znajomego zawodowego cukiernika, ale zrobił mi je w domu, nie w pracy. Czyli z prawdziwych produktów. Będzie śląski kołocz z serem, drugi z jabłkami oraz tort profesjonalnie udekorowany jadalnymi, bez chemii, ozdobami. Jutro umieszczę tu zdjęcia na dowód, że to będzie naprawdę skromna impreza. Za to przyjemna, zaś my z mężem nie padniemy ze zmęczenia. No i - jak śpiewał klasyk - "niedziela będzie dla nas"! Niech żyje idea slow food! A jeszcze bardziej slow life.


czwartek, 4 lipca 2013

Na dobry początek

Pierwszą myślą pojawiającą się w głowie każdego, kto chce, by jego życie stało się bardziej "slow", jest skojarzenie z ruchem Slow Food. A skoro już o niespiesznym jedzeniu mowa, warto zacząć od podstawowego składnika większości posiłków, właściwie od elementu od najdawniejszych czasów mającego znaczenie symboliczne - od chleba.

Ideałem jest oczywiście samodzielne upieczenie pięknego, pachnącego bochenka. Takiego ze złotym połyskiem, z chrupiącą skórką, a najlepiej wg dawnych, sprawdzonych receptur, słowem - chleba na zakwasie. Znawcy tematu twierdzą, że to zarazem jest i nie jest proste. Jak większość tradycyjnych potraw zresztą. Zanim uda się osiągnąć właściwy (czytaj: smaczny) efekt, trzeba po prostu dojść do wprawy, czyli zmarnować parę kilo mąki i ... i właściwie to tyle, gdyż najlepszy chleb to w zasadzie dobra mąka, trochę soli i wody oraz zachowany z wcześniejszego pieczenia zakwas. Dla podkręcenia efektu można dosypać ziaren - jakich kto chce: słonecznika, kminku lub amarantusa czy dyni. Zresztą każdy to wie. Po przygotowaniu ciasta wystarczy "tylko" uformować bochenek, ułożyć go na liściu łopianu, wsunąć do węglowego pieca i czekać na efekt, rozkoszując się zapachem świeżego pieczywa. Kusząca wizja, nieprawdaż? Oczywiście, oczywiście. Jednak z braku :) powyższych rekwizytów (liścia łopianu, łopaty i ceglanego pieca na węgiel) pozostaje zadowolić się prozaiczną maszyną do pieczenia chleba. Brzmi okropnie, prawda? Jednak jestem pewna, że żyjące przed laty gospodynie, zmuszone do pieczenia chleba w opisany wyżej pracochłonny i wymagający czasu sposób, byłyby wdzięczne za ten mało romantyczny, acz ułatwiający życie wynalazek. Nie wybrzydzajmy więc, bo nie w narzędziu rzecz. Liczy się efekt - smaczny, chrupiący chleb własnego wypieku. Taki, który zjada się z samym masłem lub wręcz bez niczego.

A jeśli idzie o mnie, efekt ten udało mi się osiągnąć bez najmniejszego nakładu pracy - po prostu dostałam taki chleb w prezencie. Może to tylko zbieg okoliczności, a może ktoś po prostu czytał w moich myślach, dość powiedzieć, że jako "świeżo po raz trzeci" upieczona matka Polka karmiąca zostałam obdarowana kawałkiem pachnącego i gorącego chleba upieczonego bez dodatku drożdży, na zakwasie. Idealnie wilgotny, sprężysty i niezwykle kuszący został w ostatniej chwili przed zjedzeniem sfotografowany po to, aby umieścić zdjęcie w tym poście.

Tak więc niespodziewanie dostałam dobry chleb "na dobry początek" mojego wolnego w każdym sensie życia. I bardzo nie chcę tego początku zmarnować. Podejmuję wyzwanie. Mam nadzieję, że się uda.

wtorek, 2 lipca 2013

Slow food = Slow life?

Wczoraj pisałam o tym, jak 10 miesięcy temu moje życie praktycznie stanęło w miejscu. A w każdym razie stało się nagle bardzo, bardzo "slow". Myślę jednak, że tak naprawdę wszystko zależy od tego, z jakiego punktu widzenia się na tę sytuację spojrzy.

Bo już na przykład z perspektywy mojego męża to samo życie nabrało ogromnego tempa. Praca, zakupy, sprzątanie, pranie, prasowanie, gotowanie, starszych dzieci zawożenie, przywożenie do szkoły, ze szkoły, na zajęcia, z zajęć... Słowem, nagle spadła mu na głowę cała strona organizacyjna życia domowego, w której, co tu kryć, wielkiej wprawy nie miał. Choć i wcześniej wszystkie te czynności wykonywał stale, jednak do spółki ze mną, zaś nad logistyką całości czuwałam ja. Ale teraz ja połowę czasu spędzałam na kanapie, połowę nad miską stojącą obok niej, a każdy ruch głową, ręką lub inną częścią ciała rodził takie skutki, które trzeba było natychmiast z tej miski sprzątać. Nie dość więc, że moja połowa obowiązków spadła na niego, to w dodatku musiał mi zapewnić pełną obsługę. Tak więc z punktu widzenia mojego małżonka życie naszej rodzinki wcale nie zwolniło, a wręcz przeciwnie - nabrało tempa, o jakim nie śnił w najgorszych koszmarach. 
W tym kontekście pisanie o zwolnieniu tempa zakrawa na ironię, ale takie są właśnie źródła mojego mocnego postanowienia o prowadzeniu "slow life", które nieodparcie kojarzy mi się ze Slow Food stworzonym przez włoskiego kontestatora prawie trzydzieści lat temu.
Bo coś mi mówi, że wprowadzenie w życie idei tego światowego ruchu koniecznie wymaga sporego zwolnienia tempa, innego ustawienia priorytetów i odpuszczenia paru spraw.
Czuję, że to właśnie teraz jest dobry czas na takie zmiany w moim życiu. Sama z siebie pewnie nigdy bym się nie zdecydowała na tak radykalne postawienie sprawy. Bo zwolnienie tempa niesie ze sobą ryzyko utraty zbyt wielu rzeczy, na przykład części dochodów, co przy ich niewielkiej wysokości może być niebezpieczne. Jednak czasem to życie decyduje za nas i tym samym być może ratuje nas przed obłędem. Dlatego, mimo wielu wątpliwości i strachów, cieszę się, że tak właśnie się stało w moim przypadku.

poniedziałek, 1 lipca 2013

Inspiracje

Carlo Petrini - założyciel ruchu Slow Food - w 1986 roku w Rzymie oryginalnie kontestował otwarcie pierwszej w Rzymie fastfoodowej restauracji wielkiej światowej sieci. Jak to robił? Rozdawał przechodniom darmowe kawałki pizzy i porcje pasty, czyli potrawy jak najbardziej lokalne, znane i bardzo proste w przygotowaniu.


Trzy lata później, w 1989 roku, założył  światowy ruch Slow Food, który dziś liczy ponad 100 tysięcy członków w 170 krajach. 

Na pierwszy rzut oka wydaje mi się to liczbą ogromną, więc postanawiam dowiedzieć się o ruchu więcej niż podają od czasu do czasu media, a także - być może - spróbować wprowadzić w życie choć kilka jego zasad. Wszak wydają się być niezwykle atrakcyjne. Poza tym mniej więcej rok temu moje bardzo rozpędzone życie dość gwałtownie zwolniło za sprawą małej gwiazdeczki, która pewnego dnia objawiła się niespodzianie dwiema kreseczkami na ciążowym teście. W związku z tym (oraz - co tu kryć - z nie najlepszą kondycją) prawie natychmiast wylądowałam w salonie na kanapie, gdzie miałam spędzić najbliższe 9 miesięcy. Nie pomogły protesty, że jak?, że co?, że dlaczego?! I że to przecież niemożliwe, abym w tym wieku, w dodatku po raz trzeci (jakby to miało coś do rzeczy:), a na dokładkę jakim prawem, skoro po trzydziestce szanse spadają o połowę albo i więcej... itd. A jednak! Dziś już jest! Wygląda przepięknie, często krzyczy, jeszcze częściej je, a poza tym śpi. Od czasu do czasu promiennie się uśmiecha i coraz więcej kojarzy. Słowem - cudo! Moja córka. Moja gwiazdeczka. Ta najdroższa na świecie istotka, co spowodowała, że niespełna rok temu zaczęło się spełniać moje dawne, a spychane gdzieś w kąt, marzenie o zwolnieniu tempa, o psychicznym resecie. I trwa. Choć właściwie dlatego, że musi. Ale coraz bardziej mi się podoba. I powoduje, że z każdym dniem coraz lepiej się czuję, tak funkcjonując.