poniedziałek, 15 lipca 2013

Fast food = slower life

Ostatnio nieco zdołowała mnie konieczność wykonywania codziennie tylu czynności, które skutecznie uniemożliwiają człowiekowi wiedzenie niespiesznego i przez to miłego życia. Tak jakby człowiek wiodący życie pospieszne był z tych czynności zwolniony :D. Nie jest i wiem coś o tym, niestety. Albo szybko gotujesz i masz czas na cokolwiek z pozostałych spraw, albo celebrujesz gotowanie przez pół dnia, natomiast wszystko inne leży odłogiem. I właśnie dlatego, pomna swych wcześniejszych przemyśleń, postanowiłam skojarzyć dwie rzeczy, których jeszcze nigdy w takiej konfiguracji nie widziałam: szybkie gotowanie i nieśpieszne dzięki niemu w pozostałych sferach życia funkcjonowanie.


A było to tak...

Miło i rozkosznie rozpoczęta kawą sobota, po przebudzeniu się dziecka co prawda wciąż była przyjemna, lecz już z pewnością nie leniwa. Zwykle zresztą staję przed dylematem: śpieszyć się przed obudzeniem się dziecka i dzięki temu zrobić jak najwięcej, by potem mieć czas na delektowanie się czasem z maluchem, czy też wręcz przeciwnie - najpierw delektować się niespiesznym śniadaniem, wielką mocną kawą z mlekiem i gazetą, zaś po wstaniu maluszka wejść od razu na najwyższe obroty? Szczerze mówiąc, wybór każdorazowo zależy od aktualnego humoru i poziomu bojowości w nastawieniu do świata oraz bliźnich. A także planów na dany dzień.

Jako się jednak rzekło, zaczęła się sobota, ołowiane chmury wisiały nad zaglądającym mi do okien lasem, młody jelonek spacerował po łące w poszukiwaniu smakołyków, a mój najmłodszy potomek głośno obwieszczał swój apetyt na życie. Na życie, czyli w pierwszej kolejności na mleczko mamusi, potem na zabawę, to znaczy noszenie na rękach ze śpiewem na ustach. Bez wyraźnie określonego limitu czasowego, co w praktyce oznacza: bez końca. No, co najwyżej do następnego karmienia lub zmiany pieluszki. I to mniej więcej tyle, ile do pełni szczęścia potrzeba bobasowi. Nas natomiast nie bardzo kręci noszenie na rękach, jednakże tacy dziwni z nas ludzie, że upodobaliśmy sobie trzy porządne posiłki na dzień, w tym choć jeden na ciepło. Co w opisanych wyżej warunkach sprawia nam niejakie trudności. W nielicznych i jakże krótko trwających chwilach drzemek dzidziusia rzucamy się więc z zaległych prac do czego kto może. Ja - do garów. Teoretycznie gotować każdy może, lecz szybko gotować - już nie. No więc ja. 

A oto mój pierwszy fast food ściągnięty z mojego "starego" życia do życia całkiem "nowego", które ma być "slow" oraz "nice". Miało być gotowanie powolne, jest szybkie, by nie powiedzieć: ekspresowe. I trzeba się cieszyć, że jest. Każdy dzień to pod tym względem wielka niewiadoma, a każdy gorący posiłek poczytuję sobie za sukces.

W sobotę spróbowałam tak:

Otworzyłam lodówkę, w której ujrzałam marne resztki nadających się do gotowania produktów z całego zeszłego tygodnia. Między innymi dwie lekko przywiędłe cukinie i schowane za dżemami zafoliowane pętko kiełbasy. Kwestię kiełbasy załatwiłam na szczęście w "poprzednim wcieleniu" i dzięki temu wiem dokładnie, którą szybko wrzucić do koszyka bez zastanawiania się, która ile "niemięsa" ma w sobie. Moja jest z Lidla i jej 100 gramów zrobiono ze 120 gramów mięsa, więc jest dobra. Jeśli chodzi o żywność, to jest więcej rzeczy, które poznaliśmy pod względem jakości już wcześniej, więc dziś bez problemu szybko robię te slow foodowe w stylu zakupy. 
Wracając do tematu, wyjęłam z lodówki cukinię, którą po obraniu pokroiłam w plastry.



Następnie włożyłam ją do miski i zrobiłam marynatę.




To znaczy zalałam olejem, posypałam solą, ziołowym pieprzem i mieszanką ziół prowansalskich.
Potem wzięłam się za krojenie kiełbaski, a w tym czasie cukinia się marynowała.

 
Kiedy wszystko wylądowało na patelni, wstawiłam wodę na kaszę, z którą zamierzałam podać całość. 


Zrobiłam danie w dwóch wersjach, co w tym wypadku oznaczało użycie woreczka kaszy gryczanej i woreczka jęczmiennego pęczaku, czyli kaszy jęczmiennej, tylko w formie całych ziaren.



Około 40 minut całej roboty i danie było gotowe. Tak wyglądało. Następnym razem muszę uważać na czas duszenia cukinii, bo jednak ładniej się prezentuje, gdy zachowuje wyraźną formę plasterków.

Gdybym miała w zamrażalniku jakieś resztki smażonego kurczaka lub pojedynczą porcję pieczeni pozostałą z obiadu, wzięłabym ją zamiast kiełbaski. 

Takich resztek używam zresztą często do zapiekanek różnego rodzaju. Pewnie wkrótce będę je przyrządzać, ponieważ są jeszcze szybsze w przygotowaniu, nie licząc czasu w piekarniku, ale przecież wtedy tylko ich doglądam, nawet z dzieckiem na ręku.

To jeden z moich wynalazków kulinarnych - sposobów na szybkie jedzenie, czyli FAST FOOD.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.