piątek, 12 lipca 2013

Does slow food = slow life & cooking?

Kilka podstawowych założeń ruchu Slow Food:

  • nie używaj dań gotowych ani nawet półproduktów,

  • kupuj to, co rośnie w najbliższej okolicy od lokalnych dostawców,

  • w kuchni zwolnij obroty, wymyślaj nowe smaki albo odwrotnie - wróć do tradycyjnych itd. itp...

Słowem - zacznij świadomie traktować to, co jesz. 

Powyższe szczytne założenia mają oczywiście głębokie i słuszne uzasadnienie. Dania gotowe oraz półprodukty najczęściej zawierają wiele składników, na jakie byśmy nigdy nie wpadli, że mogą się w nich znaleźć i wcale ich nie chcemy. A jednak... A mimo to... No, to skomplikowane. Po prostu skomplikowane i choć pozornie słowa te wyglądają na sprzeczność, to jednak dokładnie oddają mój rzeczywisty stosunek do gotowców. Stosunek ambiwalentny, bo: po pierwsze i najważniejsze - piszę ten post już trzeci albo i czwarty dzień i wcale nie mam pewności, że uda mi się go skończyć, a po drugie (też ważne) - gotowiec gotowcowi... 

I tu się kłania wcale nie pozorna, lecz wręcz oczywista sprzeczność pomiędzy szlachetnie brzmiącą ideą "slow food" a romantycznie kuszącą nazwą życia marzonego przez sprinterów codzienności, czyli "slow life".
Bo odkąd jestem sobie na urlopie macierzyńskim, a ściślej, odkąd udało się nam jako tako ogarnąć sprawy wokół dziecka, z uporem maniaka próbuję właśnie żyć wolniej, patrzeć uważniej, bez pośpiechu delektować się każdą chwilą bez wściekłej gonitwy myśli, że już, że szybciej, że nie zdążę i w ogóle dlaczego ja przy kawie czytam tę gazetę, skoro już dawno powinnam ubrać w słowa nowy projekt, przeanalizować stary, coś podliczyć, coś sprawdzić, wstawić obiad na jutro, wywiesić pranie i - o kurczę! - przecież dziś jest zebranie u starszego dziecka! Żegnaj kawo! Gazetę przeczytam na urlopie. Wypoczynkowym. 
Ale odkąd jestem sobie na urlopie macierzyńskim, z uporem maniaka próbuję wolniej żyć. Uparłam się na to, jak... no... bardzo. I w mym postanowieniu trwam. Póki co. Na razie. 

Najważniejszy wniosek z ostatniego tygodnia: pogodzić idei slow food z praktykowaniem slow life się nie da. 

Chyba że masz do dyspozycji: 
  • zaopatrzeniowca, któremu powiesz, aby zaprzyjaźnił się z okolicznymi rolnikami, u których odtąd będziemy (tzn. on będzie dla nas) kupować żywność (zasada krótkiej drogi od producenta do konsumenta),
  • praczkę suszącą nasze pranie w słońcu i na wietrze, aby było pachnące, zaś przy okazji może także ozdobione przez muchy jakimś gustownym wzorkiem, chyba że dodatkowo zapłacimy "oganiaczowi", gdyż uważamy, że nasze ciuchy są ładne (a nawet ładniejsze) i bez muszych wzorków,
  • sprzątaczkę, która wykona za nas wszystkie te jakże nudne i prozaiczne czynności porządkowe, co nijak się mają do naszych wyobrażeń o życiu "slow", a tym bardziej "nice". 

Wtedy będziemy mogli oddać się tworzeniu bez pośpiechu, z namaszczeniem i miłością z dostarczonych do domu produktów pysznych i niezwykle wykwintnych w swej prostocie potraw.
A, niezbędna będzie także opiekunka do dziecka, abyśmy nie musieli przerywać co chwilę procesu kreacji w celu skupienia swej uwagi na zawartości pieluchy, która w żaden sposób nie licuje z aktem twórczym.

Jednej osobie, ba - całej jednej rodzinie - pogodzenie powolnego przygotowywania zdrowych, choćby najprostszych potraw z nieśpiesznym, pogodnym celebrowaniem pozostałych codziennych czynności nie może się udać. Nawet wtedy, gdy nie chodzi się do pracy. 
Produkty nieprzetworzone są bowiem nietrwałe, trzeba kupować je często, przez co traci się mnóstwo czasu na zakupy. W małych sklepikach, na targu, w żadnym razie nie w supermarkecie. Niektórzy powiedzą, że tego czasu się nie traci, lecz go zyskuje - na te przyjemne w końcu czynności. Ja uważam, że jak zwał, tak zwał, a czas po prostu mija.
Przygotowanie przed włożeniem wszystkiego do garnka też zabiera sporo czasu, bo przecież warzywa od rolnika bywają ubrudzone ziemią, to oczywiste, nie są też wstępnie przygotowane, poporcjowane itd. - a czas mija...
Gdy do tego dołożyć wszystkie pozostałe punkty codziennego programu - bo jednak zakładam, że samiśmy sobie kucharką, praczką, sprzątaczką i zaopatrzeniowcem, nie wspominając o pracy i opiece nad dziećmi - to doba robi się zwyczajnie za krótka i nie trzeba być uczonym, by to stwierdzić. 
Albo powoli kupujesz i szybko gotujesz, albo odwrotnie. Co więcej: albo powoli gotujesz i pośpiesznie robisz wszystko inne, czyli po prostu szybko żyjesz, albo celebrujesz życie, zaś do garnka wrzucasz jakieś prawie gotowce. Inaczej po prostu zabraknie ci czasu, by jeść. Powoli jeść :-).  

Po miesiącu prób, po okresie "błędów i wypaczeń" w praktykowaniu mojego własnego "slow nice life" dochodzę do wniosku, że to jest kwestia "mieć ciastko czy zjeść ciastko"? Bo jedno i drugie na raz na pewno nie wchodzi w rachubę.

4 komentarze:

  1. Podpisuję się wszystkimi kończynami! Chodzi mi po głowie post na podobny temat, ale nie mogę zebrać myśli :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak dobrze widzieć, że ktoś mnie rozumie.

      Usuń
  2. I ja też rozumiem. Czytam sobie tu o SLOW. Sama wpadłam na tę ideę jakieś dwa lata temu - i też z udręki wywoływanej pośpiechem. Tyle, że ja nie mam naturalnego spowalniacza :) Może jeszcze będziesz o tym pisać, bo może też znasz takie czasopismo "Be SLow". Często idea przedstawiana jest dość ortodoksyjnie. Więc z ulgą przyjmuję Twoje stanowisko, że albo rybka, albo :) Powtarzam sobie wtedy gdy choć trochę spowalniam - jesteś wystarczająco SLOW jak na tę chwilę.Beata

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cudnie! Widzę, że genialnie się rozumiemy:)
      O tym piśmie nie słyszałam, bo ja tu sobie z wolnej ręki, z wolnej stopy, czy jak tam zwał...
      Najpierw coś napiszę, a potem się doczytuję tu i tam rzeczy podobnych albo ortodoksyjnych właśnie. Ale luz:)
      Bardzo mi się podoba Twoje "wystarczająco" - chyba sobie przyswoję mentalnie.

      Usuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.