sobota, 6 lipca 2013

Slow family evening

W poprzednim poście wspomniałam, że niedawno po raz trzeci - i po dłuższej przerwie - zostałam szczęśliwą mamą. W związku z tym również po raz trzeci czeka mnie chrzest oraz związane z nim spotkanie rodzinne zwane chrzcinami.

Nie będę ukrywać, że dwa pierwsze razy były na moje własne życzenie związane z koszmarem wielkich przygotowań hucznej rodzinnej imprezy. Nie, nikt tego ode mnie nie wymagał. To tylko moje dziwne poczucie, że tak trzeba, że tak ma być, że to się mojemu pierwszemu (a potem drugiemu, przecież nie jest gorsze) dziecku należy. No więc obiad z wyborem mięs jak na weselu. No więc wielki biały tort z dzidziusiem pośrodku. No więc kilka ciast, a potem "zimna płyta" i kolacja na ciepło. Słowem - koszmar. I to taki, w który zaangażowała się cała rodzina. Sami bowiem nie dalibyśmy rady, gdyż dziecko nam z rąk nie schodziło. Wiedziało, co jest ważne:).

Tym razem powiedziałam sobie, że będzie inaczej, to znaczy lepiej.Chrzest umówiliśmy na wieczorną mszę sobotnią, czyli tak naprawdę pierwszą niedzielną. Wiedziałam, że tak zrobię, jeszcze będąc w ciąży. Godzina 17.30 jest dla mnie w sam raz, aby zdążyć ze wszystkim do wieczora. Nie chcę też błyszczącej sukni-bezy ani takiego samego becika z ozdobną kapką na dokładkę. Wystarczy "mała biała", bo moja córka jest śliczna i tak, a w dodatku lato w pełni, więc upał.

Podobny minimalizm zastosuję w menu. Do stołu usiądziemy około 18.30, więc posiłek będzie zimną kolacją z deserem. Sama już upiekłam mięso. Pokroję je w plastry zamiast zwykłych wędlin. Do tego sałata i dobry chleb z tradycyjnej piekarni, gdyż spomiędzy "slow food" a "slow life" wybieram to drugie i sama nie piekę. Podobnie z deserem. Ciasto zamówiłam u znajomego zawodowego cukiernika, ale zrobił mi je w domu, nie w pracy. Czyli z prawdziwych produktów. Będzie śląski kołocz z serem, drugi z jabłkami oraz tort profesjonalnie udekorowany jadalnymi, bez chemii, ozdobami. Jutro umieszczę tu zdjęcia na dowód, że to będzie naprawdę skromna impreza. Za to przyjemna, zaś my z mężem nie padniemy ze zmęczenia. No i - jak śpiewał klasyk - "niedziela będzie dla nas"! Niech żyje idea slow food! A jeszcze bardziej slow life.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.