wtorek, 30 lipca 2013

The Day After - Broccoli Day!

Dzień po...

 


 ... czterdziestych (!!!) urodzinach oglądam sobie nowe zdobycze, czyli bardzo fajne prezenty! Wśród nich portret wymarzonego tortu z JEDNĄ (!!!) świeczką od najstarszej latorośli. Dodam, że był to jedyny tort w tym dniu. Wszak moje życie ma być teraz "slow", co oznacza między innymi brak hucznych imprez, także urodzinowych. Zwłaszcza moich. Zwłaszcza CZTERDZIESTYCH :) Nie żeby gnębiły mnie jakieś kompleksy, ale jakoś tak szkoda mi każdego dnia na szarpanie się w pośpiechu i zmęczeniu. Wracając do tematu - oprócz oprawionego w ramki tortu dwie fajne książki - obie wymarzone. Plus czekoladki. A to wszystko na hicie tych Urodzin, czyli na narzucie na łóżko, której się przez czternaście lat małżeństwa nie dorobiliśmy :)) A teraz mamy!

Dzień po...


Z dystansu, z perspektywy kobiety czterdziestoletniej:)

... nawet upał zelżał, więc wyleguję się z Najmłodszym Dzieckiem na tarasie, który dziś na szczęście nie przypomina gorącej patelni. Jest przyjemnie, a nawet można powiedzieć, że bardzo przyjemnie, bo nad intensywnie zieloną ścianą lasu jeszcze przed chwilą dało się zobaczyć równie intensywnie granatowe niebo. Było to "niebo po burzy", dlatego powietrze nie stoi złowieszczo w miejscu, lecz dość mocno się porusza. Wieje po prostu. I jest naprawdę dobrze, taka ulga po tygodniu skwaru.


Droga Zawartość Wózka śpi już prawie dwie godziny. Ja nie mam tyle czasu. Zabieram się za obiad. Szybki jak zwykle. 

Znów będę dziś dusić. Warzywa, a konkretnie brokuły. 


Znów mrożonka, kiedy sezon na świeże, wiem. Ale naprawdę pięć razy szybciej otwiera się taką paczkę, niż dzieli świeże warzywo na różyczki, myje je, osusza, a jeszcze te obrzydliwe zielone gąsienice czające się we wszystkich zakamarkach! Są poukrywane sprytnie wśród łodyżek i udają zwinięty listek, młodą gałązkę... fuj! Nie dość, że trzeba je z lupą tropić, to jeszcze gdy nie zauważy się choćby jednej i wrzuci taki brokuł na patelnię lub do garnka, one wtedy oczywiście od razu wypłyną na wierzch i całe danie ląduje w śmietniku. Dziękuję! W mrożonce tego nie ma, a jest tak samo zdrowa. 


Kiedyś raczej gotowałam warzywa na parze lub po prostu w wodzie. Ale od jakiegoś czasu stale robię je na patelni. A konkretnie odkąd posiadam taką z powłoką uniemożliwiającą przywieranie. Czyli gdzieś od półtora roku. Wcześniej nie byłam przekonana do takich sprzętów, bo obawiałam się odchodzenia tej powłoki w trakcie gotowania. Jednak po dwunastu latach męczenia się ze zwykłą patelnią, do której wszystko mi się przyklejało (nie jestem mistrzynią gotowania), zdecydowałam się "zaryzykować" :)) i kupiłam taką w komplecie z drewnianymi przyrządami do mieszania. Przestałam unikać potraw smażonych, bo mogę je teraz przyrządzać bez albo prawie bez tłuszczu. 

Szczególnie lubię wrzucać różne warzywa na niewielką ilość gorącego oleju rzepakowego, krótko je rumienić, a następnie kilka minut w niskiej temperaturze dusić z niewielkim dodatkiem soli, ewentualnie pieprzu ziołowego lub ziół prowansalskich. Uważam, że to nawet zdrowiej niż gotować na parze, a tym bardziej w wodzie. W wodzie warzywa tracą część smaku i wartości odżywczych, na parze co prawda nie tracą, ale za to są zupełnie bez tłuszczu. I bez smaku, nie ma się co oszukiwać. A jak wiadomo, wiele witamin i minerałów wchłania się do organizmu tylko w towarzystwie tłuszczu, więc w ogóle nie ma sensu go tak całkiem unikać. Zresztą ostatnio polski olej rzepakowy święci triumfy, gdyż jest dla ludzi żyjących w naszej strefie klimatycznej zdrowszy od oliwy z oliwek (chodzi o jakieś kwasy "omega coś tam" - nie znam się na tym), a ponadto ma najwyższą z tłuszczów temperaturę dymienia, więc najbardziej nadaje się do smażenia i duszenia potraw. Bo już oliwy do tego używać się nie powinno ze względu na jej zbyt niską temperaturę dymienia. Czyli że po jej rozgrzaniu do temperatury odpowiedniej do smażenia ona już praktycznie nie nadaje się do tegoż smażenia, gdyż zdążyła wydzielić substancje rakotwórcze. Tak mówią Mądre Autorytety :))

A wracając do smaku, do większości warzyw wystarczy sama sól. Wrzucone na rozgrzany olej i lekko posolone od razu puszczają soki i zaczynają smakowicie skwierczeć. Wtedy dobrze jest szybko je przykryć i zmniejszyć temperaturę pod patelnią do minimum. Będą się dusić w tym własnym sosie i będą przepyszne!



Aha, warzyw mrożonych nie rozmrażam oczywiście, bo ten proces świetnie przechodzą już na patelni i nie ma ryzyka, że zostanie z nich coś w rodzaju mokrej kałuży.

Poza sezonem na młode ziemniaczki takie dania podaję z różnymi rodzajami makaronu.

Smacznego!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.