wtorek, 6 sierpnia 2013

Dwa światy

Jeszcze rok temu...

Poranek w mojej łazience. Wczesny poranek. Mniej więcej 5.30.

 

Półprzytomna, obudzona przez wrzeszczące przemiło od trzeciej nad ranem ptaki leśne, ostrożnie stąpając po krętych schodach wiodących mnie z poddasza do życia, docieram na dół. Kuchnia czy łazienka? Łazienka czy kuchnia? Jednak łazienka, bo zaraz reszta Rodziny wstanie i mi zajmie. Wchodzę. Mrużę oczy. Od ostrego światła żarówki albo równie ostrych promieni słońca. W zależności od pory roku. Z tym, że jeśli ptaki, to raczej słońce mnie oślepia. Jest świetnie. Będzie dobry dzień. Bo ja żyję słońcem. Chociaż lubię i deszcz. Zwłaszcza w listopadzie, kiedy zimno, a w domu ciepło i można na niego patrzeć przez okno z kubkiem czegoś gorącego grzejącego dłonie. Na przykład z kubkiem pomarańczowej herbaty. Zresztą sypiący zimą śnieg też jest ok. Nawet taki z deszczem. Wtedy najlepsza jest herbata jabłkowa, korzenna.
Ale, ale! Jestem w łazience. I jest 5.30. Około. Mrużę oczy od słońca. Wiosna albo wczesne lato. Cudownie. Mogłabym tak stać i wzdychać, gdyby nie pewna przykra świadomość. Wstałam tak wcześnie, gdyż udaję się do pracy. Niestety. A Dzieci do szkół. One twierdzą, że to jeszcze bardziej niestety, ale ja wiem swoje. Los pracownika podobny jest do losu niewolnika, natomiast uczeń zawsze może pójść na wagary. Co dla higieny psychicznej od czasu do czasu polecam. Lecz wyłącznie tym mądrym. Inaczej skutki zgubne.
No więc stoję, wzdycham, już się prawie zabieram za szczoteczkę do zębów, kiedy go słyszę. Jest. Codziennie jest. Niezmordowanie pieje kilka razy w ciągu nocy, która latem okropnie krótka, więc pracy ma sporo. Kogut sąsiadów, którzy - bo mieszkamy pod lasem, choć w środku miasta - najzwyczajniej w świecie hodują sobie kury. Bo mogą. Bo po jednej stronie swego płotu mają las, a po drugiej kiedyś mieli pola uprawne, jednak dziś stoi tu miasto. Nie da się ukryć. I wciśnięty gdzieś pomiędzy jeszcze nasz Domek. Dlatego po drugiej jego stronie biegnie ruchliwa ulica, jedna z głównych w tym mieście. Miasto nie jest zbyt duże ani zbyt małe. Trochę więcej niż średnie. Więc z drugiej strony Domku, z tej ulicy - wśród piania koguta - dobiega mnie intensywny szum aut. I autobusów. Ciężarówek. Stały i jednostajny. 
I kiedy tak stoję nad umywalką, doceniam. Doceniam i zapominam na chwilę. O tym, że zaraz sprintem przez ten poranek do pracy, do szkoły i z powrotem. To naprawdę nic wielkiego taki piejący wniobogłosy kogut z jednej i natrętny szum cywilizacji z drugiej strony. A jednak. 
Jest bosko. Ja to mam życie... Mogę zaczynać dzień.

2 komentarze:

  1. Zatem wspaniale mieszkasz, ze zdjęć towarzyszących wpisom nigdy bym nie powiedziała, że gdzieś obok przebiega taka ruchliwa, główna ulica.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję. Naprawdę to doceniam.

    OdpowiedzUsuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.