sobota, 17 sierpnia 2013

Grochola i Miłosz

... z cyklu "Czytam sobie..." 

 

 

Bo już taka na przykład Grochola to niczym się według mnie nie odróżnia od takiego na przykład Miłosza. Czesława Miłosza. Poza płcią oczywiście. 

 

I tematy te same, i refleksje podobne. Lecz nie wtórne, o nie! Z tym, że uczony Noblista już na początku swej chmurnej (oj, chmurnej) młodości zaplanował sobie dokładnie, że chce "wielkim poetą" być, a następnie konsekwentnie się tego trzymał. Konsekwentnie rzecz realizował. Kto nie wierzy, niech przeczyta jego biografię Andrzeja Franaszka. Zaplanował! Że będzie poetą, to jeszcze obleci, ale że "wielkim"! No, podziwu godne. I się przejmować wcale nie musiał żadnym tam Gombrowiczem, co to Bogu ducha winnego Słowackiego obśmiał, że "wielkim poetą był". Bo "Ferdydurke" jeszcze nie było. Kiedy Miłosz planował karierę swą świetlaną. 


No więc taka na przykład Katarzyna Grochola, jak zauważyłam, czytając przedwczoraj (święto! małżonek nie w pracy, więc Niemowlęcia pilnował!) "Trochę większy poniedziałek", nie planowała kariery wcale a wcale. O nie! Ona po prostu miała marzenie. Żeby pisać. I żeby z tego żyć, jak się już sama domyślam. I jej się to udało. Udało się udatnie, czyli bardzo dobrze się jej udaje z tego żyć. Chyba. Tak mniemam. Ale ja tu nie o tym. O tym za to, jak od lat około dziesięciu Autorka ta obrywa po głowie. Że taka literatura to w istocie "literatura" dla kobiet. Więc w istocie to "nieliteratura". Tylko co? Się pytam. No, ale skoro dla kobiet, to może rzeczywiście "nie..." - UWAGA! Sarkazm był. Że takie pisanie to żadna tam sztuka. ŻADNA, więc i tym bardziej nie WYŻSZA, rzecz jasna. Nie to co u Miłosza. Że loty nie najwyższe, że zawartość miałka. No to czytam ja "Wiersze wszystkie" Uczonego Poety i doprawdy nie widzę różnicy. A mówię o zbiorze felietonów Grocholi pod wspomnianym powyżej tytułem. I żeby była jasność: On i Ona bystrzy i utalentowani. A każde w swój własny sposób. No, ale ja nie jestem uczona. I w ogóle to się pewnie okropnie kompromituję tak obrazoburczym zestawieniem, gdyż nie godzi się porównywać takiej sobie niepozornej (ha!) kobiety pisarki (a wg niektórych "uczonych" snobów wręcz "uzurpatorki") z tak "wielkim poetą".

Tylko że ja po chwili - bardzo krótkiej - namysłu dochodzę do wniosku, że takimi jak powyższe sądami postronnych przejmować się nie muszę. I dlatego porównywać sobie bez umiaru będę. Bo mam prawo. Bo mam te dwie książki przed sobą. Jedna gruba, poetyckie dzieło życia ogromne, bardzo godnie w twardej oprawie wydane. Piękne i majestatyczne. Zachęcające. Druga chuda, w kolorowej miękkiej okładce, ze zbyt dużym marginesem, zbyt grubymi kartkami, ale jaka zawartość! Wybór felietonów z kilku lat pracy Autorki w czasopiśmie. Z których swego czasu garściami czerpała, tworząc fabuły powieści. Popularnych. Więc ją dyskwalifikujących, jak by niektórzy automatycznie powiedzieli. Ale Grochola to nie to samo, co tabun pomniejszych autorek, marnych naśladowczyń, usiłujących poodcinać kupony od nie swojego talentu i dorobku. I kompromitujących literaturę dobrą, acz przystępną. I pod względem językowym świetnie oraz świadomie napisaną, czego już o naśladowczyniach powiedzieć nie da się.

A to wszystko to tak trochę bez związku. I właściwie to nie wiem dlaczego. Czytam sobie po cichu i dumam. Co wymyślę, to mogę zapisać. Skoro sobie stworzyłam to miejsce, kto mi będzie zabraniał to robić? Nikt, dlatego odpuszczam rygory, wolno myślę, wolno mi to utrwalić... Ale dzisiaj już koniec tych bredni, choć chcieć myśleć, to chyba się chwali?

Ha, ha, ha!!! Najważniejsze to mieć dystans do siebie. Ja się staram, Grochola ma go na pewno, lecz czy "Poeta Doctus", głowy bym sobie nie dała uciąć. Ani ręki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.