środa, 28 sierpnia 2013

Gulasz powitalny metodą Slow Food :)

... z cyklu "Gotuję sobie"

 

 

Po dwóch tygodniach na Mazurach nasze Starsze Potomstwo właśnie jest w drodze do domu. A stęsknieni rodzice przygotowują powitalny obiad. Obiad na osiem osób, gdyż wyjazd ten był możliwy tylko dzięki Cudownej Cioci i Wspaniałemu Wujkowi, którzy oprócz dzieci własnych zabrali także i nasze, stając się na ten czas Rodziną Wielodzietną co się zowie. I dziś po południu wszyscy Podróżni i my, domownicy, zasiądziemy razem do tego gulaszu, który właśnie został ugotowany i czeka sobie spokojnie w garnku.

 


Jak gulasz, to mięso. Już dawno przestałam kupować całe kawałki w masarniach. Zwyczajnie nie chce mi się bawić w mycie, krojenie, czyszczenie blatu i deski do krojenia. Wiem, że tak jest trochę drożej, ale wolę zaoszczędzić na czym innym, a tu stawiam na wygodę i szybkość. No więc dwie takie paczki, tj. około kilograma gulaszu z szynki.



Najpierw cebula. Ile kto chce. Musi być obrana i pokrojona zanim wrzucę mięso na rozgrzany olej, bo potem muszę go pilnować, aby się przysmażyło, a nie przypaliło.


Nie kupujcie tego najostrzejszego gatunku! 


Ja już przy drugiej cebuli "złożyłam broń", czyli okulary mające choć trochę osłonić mi oczy.


I wtedy pałeczkę (czyli nóż kuchenny) przejął Mąż dyżurujący przy Maleństwie na wypadek, gdyby się obudziło.



Ja spłakałam się nawet przy robieniu tego zdjęcia :)

Mięso przysmażone ze wszystkich stron, cebulka dorzucona, wszystko doprawione solą, pieprzem ziołowym i mieloną słodką papryką. Garnek przykryty, niech się dusi przez jakieś pół godziny. 


Ja w tym czasie przygotuję pieczarki. Tylko je myję, nie obieram, bo szkoda mi czasu.


Byle jak kroję. I tak stracą "fason" w gulaszu.

 
Wrzucam je na rozgrzany olej i błyskawicznie robię fotkę, zanim mi obiektyw zaparuje :) Dodaję troszkę soli, aby pieczarki puściły sok. Początkowo ustawiam temperaturę na maksimum, a gdy się troszkę zrumienią, zmniejszam do takiego poziomu, żeby lekko pyrkały. Tak je trzymam bez pokrywki jakieś 15 minut. Co chwilę mieszam, zwłaszcza po dnie.



W międzyczasie (kiedyś mówiło się w "tak zwanym międzyczasie", a teraz już można normalnie - ha ha!). No więc w międzyczasie myję paprykę, wydobywam z niej gniazda nasienne i kroję dość swobodnie, bo i tak będzie bez formy na końcu, więc szkoda czasu. 


Czas wrzucić do mięsa i cebuli pieczarki. Szybka fotka i mieszam. Teraz zostawię to na jakąś godzinkę, wszak gulasz jest z szynki, a ona potrzebuje trochę więcej czasu niż taki na przykład karczek albo inna łopatka.


Tymczasem biorę kilka cukinii. Nie trzymam się jakiejś ścisłej liczby albo wagi. Biorę tyle, ile akurat mi "się weźmie". Tak co najmniej trzy średnie sztuki. Ale może być dwa lub nawet trzy razy tyle, bo i tak się skurczy i "przejdzie" smakiem całości.



Pokrojona dołącza do poczekalni. A ta jedna porzucona to dla mnie, czyli matki karmiącej. Cebula, papryka i pieczarki to trochę za dużo na raz jak dla mojego Malucha. Będę ją grillować na patelni, uprzednio zamarynowaną.


Po godzinie: papryka w garnku, fotka i mieszanie. Cukinia w poczekalni jeszcze przez 15 minut.


A oto i ona. Doczekała się. Mięknie najszybciej, więc dodaję ją w połowie duszenia papryki, żeby się nie rozpadła, zanim ta będzie gotowa. 


I tak to mniej więcej wygląda u mnie w garnku jakieś dwie minuty przed końcem. Ten garnek taki wielki po to, żeby mi się wygodnie mieszało wszystkie składniki, ponieważ one mają o wiele większą objętość przed niż po. 

Dziś gulasz zjemy z kaszą gryczaną, jęczmienną, pęczakiem, a także z ryżem białym i brązowym. Będzie nas sporo, a ja z racji tego Wielkiego Powrotu z Wakacji pozwolę każdemu wybrać, z czym chce zjeść. 

A, jeszcze wyjaśnię tytuł, gdyby ktoś się nie domyślił, na czym tu ma niby ten slow food polegać. Otóż w mojej kuchni polega on na tym, że zamiast brać na przykład warzywa mrożone, kupuję w zwykłym sklepie (nie na targu) świeże. I wszystkie w jednym miejscu. I nie jeżdżę po nie "do rolnika". Ani zaprzyjaźnionego, ani żadnego innego. Próbuję bowiem niespiesznie łączyć dwie - wydawać by się mogło - pokrewne idee: Slow Food i Slow Life. A że już jakiś czas temu doszłam do wniosku, że jednej z drugą nie bardzo po drodze, postanowiłam to wszystko traktować na luzie i w ten prosty sposób, na swój własny użytek pożenić to, co mi w nich pasuje. Dziś pasuje mi gotowanie gulaszu, bo mój Mąż może podyżurować przy Dziecku. Inaczej stałabym przy kuchni do wieczora, co chwilę przerywając robotę, by doglądnąć, zabawić, przewinąć, ponosić, nakarmić, ukołysać do snu itd...

Może ktoś się skusi... Pamiętam, że to jest naprawdę dobre. Szkoda, że dziś jem coś innego.

2 komentarze:

  1. a jak marynujesz cukinię?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do gulaszu nie marynuję, bo wydaje mi się, że jest w garnku na tyle długo, że zdąży nasiąknąć smakiem, ale może powinnam marynować?

      A jeśli idzie o cukinię w ogóle, to marynuję tak:
      http://myslownicelife.blogspot.com/2013/07/fast-food-slower-life.html

      albo tak jak na jednym ze zdjęć tu:
      http://myslownicelife.blogspot.com/2013/09/cukinia-na-makaronie.html

      Usuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.