środa, 7 sierpnia 2013

Napiwek

Właściwie to wszystko zależy od systemu zatrudnienia, czyli od tego, ile pracodawca płaci takiemu pracownikowi. No bo to w sumie nieuczciwe jest, zatrudniać kogoś za głodową stawkę, licząc, że klienci mu dopłacą w napiwkach. 

 

Czy na świecie istnieje jeszcze zima?

Temperatura w domu: 32,2 w cienistym kącie, na zewnątrz: 40,2 też w cieniu

 

Nieuczciwe i wobec pracownika, i wobec klienta. Który może przecież oczekiwać, że jeśli ktoś jest zatrudniony w jakimś zakładzie pracy, to otrzymuje za tę pracę wynagrodzenie i on (ten klient) nie musi się czuć w obowiązku dokładać do pensji w jakiś inny sposób aniżeli poprzez zapłatę za zjedzone danie na przykład, w którego cenę jest przecież wliczona między innymi pensja kelnera czy innego pracownika. Jak się tak dobrze zastanowić, to napiwek może upokarzać, wszak niewiele różni się od jałmużny. Skoro mam trochę godności, a mimo to jestem zmuszona liczyć na napiwki, to znaczy, że z pensji nie wyżyję i nie mam wyboru. Ale jeszcze bardziej upokarzająca jest pensja tak niska, że nie ma wyjścia i trzeba się zniżać do przyjmowania napiwku. Chyba że się nie wie wcale, co to godność osobista jest. Mnie jako klienta, gościa restauracji napiwek też poniża. Jak mam go dać, to zawsze czuję się głupio wobec osoby, której mam go wręczyć. Nie jestem udzielną księżną, żebym komuś resztę zostawiała. Choć z drugiej strony..., jeśli ktoś na to czeka... Trudna sprawa. 

Najprościej unikać miejsc, gdzie w ogóle kwestia napiwku się pojawia. W sumie i tak nie chodzę po knajpach, nie bywam w hotelach. To nie na moją kieszeń, więc wniosek jest tak prosty, jak moje życie: niebogatym żyje się łatwiej :)) Odpadają niektóre dylematy. Więc luz. Grunt to widzieć dobre strony życia, które jest naszym udziałem.

5 komentarzy:

  1. Tak mi się wydaje, że napiwek ma prawo bytu jedynie w sytuacjach dużej różnicy zamożności obu stron (z przewaga po stronie klienta/konsumenta). Z drugiej jednak strony w sprawach finansowych nie można mówić "ogólnie" o godności. Już wyobrażam sobie sytuację, gdy uśmiechnięty do tej pory kelner (zadowolony ze swojej pracy i godnie ją wykonujący, z charyzmą) otrzymawszy napiwek (tzw. gumę)jako uznanie od klienta za dobra usługę, czuje się urażony i ... demonstruje swoje niezadowolenie - miły gest ale dziękuję, panu się bardziej przydadzą te pieniądze. Druga strona medalu, to liczenie na dodatkową gratyfikację popartą staraniem, zaangażowaniem i otrzymanie śmiesznie małego napiwku. To jest dylemat: przyjąć czy nie? Ale takich sytuacji mamy więcej w naszej codzienności, choćby wspieranie służby zdrowia takimi akcjami jak Wielka Orkiestra... , kupowanie "cegiełek", gdzie Państwo z góry zakłada, że miękkie serce społeczeństwa uzupełni braki. Jest to jakaś forma "podatku" od świadomości, że ma się lepiej od innych, uspokojenia własnego sumienia. Gorzej gdy towarzyszy temu własne wywyższenie, ulitowanie. O ile "Wielka Orkiestra..." jest akcją, w której czynnie uczestniczę od lat wraz z najbliższą rodziną (żona jako bankowiec-wolontariusz liczy kasę, syn jako wolontariusz pomaga regionalnym organizatorom) to innych sytuacji unikam. Nie daję napiwków i sam się z tego usprawiedliwiam wskazując istotne wydatki w domowym budżecie.
    PS. Mogę pominąć tematy kulinarne? :)
    Pozdrawiam - Sasza

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No pewnie! Ale nie wiesz, co stracisz :))

      Usuń
    2. Tą część lektury pozostawię żonie, ja ograniczę się jedynie do ewentualnej degustacji:)
      Sasza

      Usuń
  2. Napiwek (oczywiście niewliczony do rachunku, dobrowolny) to świetne narzędzie kontroli i motywowania kelnera. Wchodzisz do restauracji by raz na dłuższy czas zrobić sobie małą odmianę, nie męczyć się z garami, świętować jakąś okazję, zrelaksować się i miła atmosfera jest kluczowa w tym wszystkim. To nie to samo co w supermarkecie czy w aptece gdzie załatwiasz obowiązki i znikasz (fajnie jak ktoś miły obsługuje ale jak nie to trudno i nie wybrzydzasz bo nie psuje Ci wyjątkowego wieczoru). Pracownicy mają natomiast to do siebie, że raczej rzadko sami z siebie starają się ponad pewną miarę i nikt nie będzie nadskakiwał klientom przy obsługiwaniu 50 stolików dziennie jeśli nie dostanie jakiejś premii. Nie sądzę też żeby manager był w stanie kontrolować i obiektywnie oceniać zachowanie kilku kelnerów przez cały dzień. Tu właśnie pojawiają się napiwki - każdy z klientów restauracji sam ocenia w jaki sposób został obsłużony, czy atmosfera była miła i czy kelner spełnił swoje zadanie dostatecznie dobrze by zostać uhonorowanym. Wysokie pensje kelnerów czy wliczanie napiwków do rachunku mija się z celem bo wtedy pracownikom nie będzie zależeć a (jak już wspomniałam) restauracja to miejsce gdzie obsługa jest bardzo ważna. Wydajesz 5 razy więcej niż by Cię kosztowało przygotowanie takiego obiadu w domu więc oczekujesz jedzenia lepszego niż sama robisz, nastrojowego lokalu i obsługi, która będzie uprzejma, znająca się na rzeczy i pomocna. Kto lepiej to oceni niż sam klient? Oto największa zaleta tego procederu ;) Zresztą jak kogoś stać by wydać 100zł na swój obiad to czy te 10zł napiwku to aż taka fortuna i czy może tu wchodzić w grę tłumaczenie się ciężką sytuacją materialną? Jak idę do kawiarni i wyciągam 8zł na cafe latte (choć w domu mogłabym wypić kawę za 30gr) to te 2zł też przeboleję. Pracowałam dorywczo w bardzo przeciętnym kulinarnym przybytku, nie jadała tam żadna finansowa elita a przeciętny rachunek za dwuosobowy stolik wynosił jakieś 40-60zł i prawie wszyscy zostawiali te 3-5zł. Teraz głupio mi wyjść z restauracji czy kawiarni i nie zostawić kilku złotych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo słuszne wg mnie przemyślenia. Jak widać, wiele zależy od punktu widzenia. Pozdrawiam!

      Usuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.