środa, 21 sierpnia 2013

Po co minimalizm?

... z cyklu "Dyrdymałki"

 

Dla kogo minimum? I co to w ogóle jest? Czy to opozycja do optimum? Minimum... Optimum...     

O co chodzi? I właściwie po co komu minimalizm?

 

Prosty fragment

Może o to chodzi, że dla minimalisty minimum tak naprawdę znaczy optimum? Tylko ile to jest minimum, a ile to drugie? Czy cztery kubki i cztery talerze dla czteroosobowej rodziny to optimum czy minimum? A jak przyjdą goście? Wtedy to mniej niż minimum. Z pewnością. A może minimum to tyle, ile niezbędne, zaś optimum - tyle, ile chcemy i tylko to, co chcemy? A w takim rozumieniu optimum to jednak nie to co minimum. Bo minimalista z założenia CHCE mieć tyle, ile jest mu niezbędne, a skoro tyle akurat CHCE, to jest to dla niego optimum. Optymalnie znaczy tak, aby móc uzyskać jak najlepszy rezultat. Jak najlepszy (dla naszego "chcenia"), czyli maksymalnie satysfakcjonujący. Ergo: skoro dla minimalisty minimum oznacza optimum, bo pozwala osiągnąć maksimum, to gdzie tu logika?:)) No właśnie, to tylko słowa. A ten trywialny przykład przyszedł mi do głowy po lekturze jednego z komentarzy do prostego bloga Ajki związanego z tym tematem, gdzie Autorka tegoż komentarza chwali się, jak nakłania rodziców do pozbycia się ich ślubnego kompletu srebrnych sztućców, co to od lat zalega im w wersalce, a oni się opierają i ją za wariatkę uważają, mówiąc, że ten komplet z pewnością się przyda, chociaż tak naprawdę to od lat się nie przydał. Kto ma rację? Córka nowo nawrócona na minimalizm czy rodzice poczucie bezpieczeństwa czerpiący z trzymanych na podorędziu "przydasiów"? Racja, jak w większości przypadków, zależy oczywiście od punktu widzenia. A ten, jak wiadomo, od punktu siedzenia z kolei :) 

I tu nasuwa mi się pytanie, po co nam minimalizm? Tylko proszę mi nie mówić, że pytanie to głupie, bo bezzasadne albo nawet i bezprzedmiotowe. Więc zapytam ponownie, z jakiego właściwie powodu ludzie zwracają się w kierunku tej idei? Po co pozbywają się przedmiotów i co chcą tą drogą osiągnąć? Jaki stan uważają za docelowy i co ich ostatecznie zadowoli? No i kiedy powiedzą sobie "dość!"? Nie bardzo interesuje mnie tu stanowisko książkowych guru tej idei. Zbyt często obliczone na efekt. No więc po co? A może i dlaczego? 

Zacznę od tego drugiego. Dlaczego? Bo może dali się przytłoczyć rzeczom, sprawom i gdzieś się w tym zgubili. Stracili orientację. Poczuli, że ich samych już w tym wszystkim nie widać lub że niebezpiecznie zmieniły się proporcje i nie mają już wpływu na bieg życia. Własnego. A chcieliby czuć jeszcze, że to życie do nich należy. Wiem, co mówię, bo sama często czuję, jakbym nad głową miała górę śmieci (dosłownie!). A wtedy rozpaczliwie próbuję się spod nich wykopać i wysunąć choć czubek głowy na powierzchnię. Potem oczy, by zobaczyć cokolwiek. I to już jest dla mnie jakiś pierwszy krok, po którym mam ochotę wystawić na świat usta i wziąć przez nie głęboki oddech. Czasem mi się to udaje, a wtedy samopoczucie mi szybuje wysoko, wysoko... I jest dobrze, oj dobrze. Spokojnie. Bo ja tak mam, że się czuję bezpiecznie, gdy mam w życiu mniej więcej porządek. I poczucie, że nic mnie nie przytłacza. Ani kupa gratów na pawlaczu, ani lista spraw niezałatwionych w kalendarzu. Wtedy czuję, że panuję nad sytuacją. No w miarę. A więc spowodowane przytłoczeniem i chaosem zaburzone poczucie bezpieczeństwa bywa przyczyną, dla której niektórzy się ku minimalizmowi zwracają.

Ale po co? Że powrócę do pierwszego pytania. Ano może właśnie po to, by osiągnąć utracone poczucie pewności, poczucie panowania nad sytuacją, nad biegiem rzeczy i spraw we własnym życiu. Najpierw pozbędę się przedmiotów, które zagracają mi mieszkanie, kradną czas, bo trzeba o nie dbać, choć wcale nie są mi potrzebne, dodatkowo może jeszcze rodzą koszty. Kiedy rzeczy te wyrzucę albo oddam, zyskam czas, miejsce. Zacznę myśleć, że to ja we własnym domu rządzę. Może przez to poczuję się silniejsza. Może przez to poczuję się bezpieczniej. Zacznę kontrolować - przynajmniej w tym zakresie - własne życie. Nie dam się przytłoczyć gratom. A potem będę kontynuować: uporządkuję sprawy, znajomości, emocje. Zyskam jeszcze więcej bezpieczeństwa.

No właśnie. Bezpieczeństwo. Bezpieczeństwo wynikające z umiejętności panowania nad życiem. Nad liczbą przedmiotów - tych chcianych i tych wręcz przeciwnie. Nad jakością kontaktów z ludźmi. I tak dalej. Tak to widzę.

A jak to widzi - BYĆ MOŻE! - tata Autorki wypowiedzi uznający jej zapędy w wyrzucaniu za niezbyt mądre, choć zapędy te wynikają z jak najbardziej racjonalnych z jej punktu widzenia przesłanek? Otóż to. Z jej punktu widzenia. Bo po pierwsze, dlaczego Autorka chce realizować swój własny minimalizm, wyrzucając przedmioty należące do rodziców? Ale to zupełnie inna historia... Wracając do punktu widzenia Pana Taty, co wyrzucanie nieużywanych nigdy sztućców uważa za głupie po prostu, BYĆ MOŻE chodzi o to, że jego ten przykładowy zapasowy komplet (którego jednak szkoda mu kiedykolwiek użyć) w ogóle nie przytłacza. BYĆ MOŻE jemu posiadanie takich "przydasiów" daje właśnie poczucie bezpieczeństwa. Ja tam lubię mieć więcej kubków na wypadek, gdyby wpadli goście z tego powodu właśnie.

Dobrze jest bowiem pamiętać, że minimalizm - jak każda idea - nie jest, a przynajmniej nie powinien być, w życiu celem samym w sobie. Że on ma czemuś, a może nawet KOMUŚ (człowiekowi?) służyć. I że ten człowiek sięga po ideę właśnie po to, aby swój byt polepszyć. A nie osiągnie tego, stając się tej i jakiejkolwiek idei niewolnikiem, tym samym wypaczając. Ale tu wchodzę w truizmy, jakie wielu mądrzejszych przede mną już z tysiąc razy powiedziało. 
Dlatego skończę. Żeby nie przesadzać. Bo czuję, że i tak już nadmiar słów.

4 komentarze:

  1. Twardo postawione pytanie z kategorii tych co to kij w mrowisko. Może nie tak liczne ale zawsze. Osobiście nie jestem za szufladkowaniem zachowań, zamykania myśli i idei w konkretnych nazwach. Choć dla ułatwienia komunikacji, skrócenia określeń są przydatne. Wracając jednak to tematu. Minimalizm, jego idea nie ma formy nakazu, jest raczej szyty na miarę. Stąd tak duży opór reprezentantów tej idei, tych świadomych na dawanie rad, wyliczania ilości przedmiotów, liczebności znajomych (poza tymi, którzy nastawili się na komercję, zysk z własnych osiągnięć). Rzadko kiedy samych siebie nazywają minimalistami. Wydaje mi się, że idea ta propaguje posiadanie stosownej ilości przedmiotów, takiej, gdzie „mieć” nie ogranicza, nie spycha na plan dalszy „być”. Trzeba też wyizolować z całości idei postawy fanatyczne i ekstremalne (te najczęściej postrzegane przez media, a więc będące na świeczniku z uwagi na atrakcyjność – mniej niż 100 przedmiotów) i będące singlami. Przyjrzyjmy się podanemu przykładowi z filiżankami. Dla singla, posiadanie jednej filiżanki wykorzystywanej dla ceremoniału picia porannej kawy jest wystarczające. Tym bardziej, gdy preferuje spotykanie się ze znajomymi poza własnym domem. Czytałem nie tak dawno tą wypowiedź, w której autor wskazywał na wykorzystywanie przedmiotów, w które wyposażone zostało wynajmowane przez niego mieszkanie. W swoich „statystykach” nie ujmował jednak przedmiotów udostępnianych mu przez właściciela mieszkania. Wracając jednak do filiżanek. Statystyczna Polka, Matka Polka nie pozwoli sobie posiadać tylko wyliczonej (do stanu osobowego rodziny) ilości fajansu. Owszem, przy czteroosobowej rodzinie posiadanie czterech „roboczych” naczyń do picia jest wskazane ale z całą pewnością, wspomniana „Matka Polska” będzie miała reprezentacyjny zestaw na szczególne okazje. Tak więc dla Niej ilość czterech kubków i jednego zestawu będzie tym minimum. Wszystko ponad to, to świadomy wybór. I całość dotyczy tego świadomego wyboru.
    Rozpoczynając romans z minimalizmem – świadomym posiadaniem – rozpoczynamy od refleksji dotyczącej ilości posiadanych przedmiotów. To jest najczęściej zauważalny stan rzeczy. Więc rozpoczynamy od eliminacji przedmiotów stanowiących ten niepokojący nadmiar. Osób, które nie są przytłoczone nadmiarem przedmiotów lub posiadają świadomie przedmioty ten etap nie dotyczy. Pustelnik propagujący minimalizm nie ma czego wyeliminować ze swojego otoczenia. Moim zdaniem, świadome bycie minimalistą dotyczy etapu nabywania nowych, kolejnych przedmiotów. To tu powstaje granica „mieć” a „być”. Uporządkowanie sfery materialnej (przedmiotowe – rzeczowej) pozwala rozwinąć się w kierunku intelektualnym, duchowym. Uświadomienie sobie problemu konsumpcjonizmu, realnych możliwości posiadania (by nie zaciągać zbędnych zobowiązań finansowych lub podejmować dodatkowego zatrudnienia) a własnych potrzeb to jest idea minimalizmu. H. D. Thoreau udowadniał to eksperymentalnie, choć Jego działania nie mogą stanowić odniesienia do rodzin. Sama idea (propagowana przez Thoreau) jest jednak godna uwagi. Głownie powinniśmy inwestować w siebie, a nie w przedmioty które nas otaczają, choć posiadanie samo w sobie nie jest sprzeczne z głównymi zasadami Minimalizmu. Wielofunkcyjność, niezawodność, jakość, niezbędność to jedynie hasła wskazówki, które powinny być brane pod uwagę ale nie muszą (pod rygorem kary, odrzucenia, wykluczenia).
    Ważne jest, to by czuć się dobrze w uszytym dla siebie, na miarę „ubranku” i nie jest istotne jak będą to odbierali inni ale jak my będziemy się w tym (z tym) czuli.
    Pozdrawiam – Sasza.

    OdpowiedzUsuń
  2. Widzę, że do spółki "rozpracujemy" ten minimalizm na amen :)
    A tak serio, to jednak definicja słownikowa minimalizmu wyklucza tak dowolną interpretację. Minimum to minimum, a nie tyle, ile ktoś za własne minimum uzna. Bo to jest właśnie optimum. Czyli poprzestawanie na tym, co dla mnie wystarczające i niewykraczanie poza tę granicę. To, co uprawiają dziennikarze piszący o minimalizmie lub też jego promotorzy to mylenie pojęć. A zresztą takie podejście znane jest od tysiącleci i dziś też propagowane - a nazywa się umiarkowaniem. Zaś nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu nie bez powodu jest uznawane za jeden z grzechów głównych przez religię - bo poważnie zagraża człowiekowi niezależnie od wyznania oraz tego, czy cokolwiek wyznaje. A najwięcej zagraża mniej lub bardziej zaawansowanym wyznawcom kasy i rzeczy, czyli nam w większości. I dlatego niektórzy z nas, doszedłszy do ściany, szukają przeciwnej opcji, którą nazywają minimalizmem. Ale będę się upierać, że to jednak optymalizm. Jednak to w końcu tylko słowa i nie ma o co kruszyć kopii. Jak zwał, tak zwał, byle na dobre nam to wyszło.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie lubie chyba slowa minimalizm, bo bywa zbyt "drastyczne" . Dla mnie owo "umiarkowanie" lub - jeszcze lepiej - "prostota" sa lepszymi okresleniami. To co dla mnie jest umiarkowaniem w osiadaniu np ksiazek, dla inengo moze byc ogromna biblioteka :)
    I przede wszystkim nie jestem za "nawracaniem" rodzicow, przyjaciol czy znajmych. Moge glosic pochwale prostoty mowiac im jak lepiej mi odkad mam mniej, ale nie chce ich namawiac do wyrzucania. Wlasny przyklad jest lepsza zacheta niz namowy, widze to po wlasnej mamie, ktora tez byla kiedys chomikiem.
    Zreszta proste zycie i umiar to droga a nie skutek. Caly czas trwa nasze "upraszczanie", bo marketing zalewa nas z kazdej strony manipulujac naszymi emocjami...
    Podobal mi sie ten wpis, wiec poczytam sobie inne w wolnej chwili
    :)

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo mi miło powitać Cię na moim blogu. Mam nadzieję, że uda mi się nie rozczarować nowej Czytelniczki. Sądzę, że "prostota" to doskonałe określenie tego, o co nam chodzi. Pozdrawiam!

      Usuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.