niedziela, 4 sierpnia 2013

Prosto żyć. Simple life

 
Good morning! Robię śniadanie...

 

Przeglądając wczoraj blogi i strony internetowe związane z tematyką slow life, zauważyłam, że większość z nich sprowadza to pojęcie do tak zwanego "prostego życia", która to idea bezpośrednio wiąże się z modnym ostatnio minimalizmem.

 

Najlepiej mi się myśli, kiedy dom jeszcze śpi - jest 7.05

 

Mnie natomiast interesuje nie tyle pozbywanie się z życia przedmiotów, spraw, a nawet ludzi (tak, tak, ludzi!), którzy mają na nas jakiś negatywny wpływ, ile raczej umiejętność nabrania dystansu wobec tego, co niekoniecznie musi być w moim życiu priorytetem. 

Kornel - najlepszy pod słońcem

Gotowe. Rano wolę sery, ale moje karmione naturalnie Dziecko nie, więc...

Zbędne przedmioty zagracają szafy, a nawet całe mieszkania, dlatego od czasu do czasu warto zrobić selekcję. Tu się zgodzę. Choć i tak powinna to być selekcja niezwykle uważna i rozważna, gdyż!!! Teraz powinna nastąpić wyliczanka powodów, dla których warto trzymać w domu różne stare graty, tak zwane "przydasie", takie, co to nigdy nie wiadomo kiedy, ale kiedyś na pewno okażą się absolutnie niezbędne. Tylko że wtedy ich już nie będzie. W pamięci zostanie po nich tylko wspomnienie oraz uczucie niezwykłej irytacji, żeby nie powiedzieć wściekłości, że się je kiedyś tak lekkomyślnie wyrzuciło. Wiem, co mówię, bo mówię z doświadczenia, ale może wrócę do tego innym razem.

"Zbędne" sprawy zagracają życie, jak rupieci piwnice, pawlacze i miejsce pod łóżkiem. Siedzą w głowie i nie raz człowiek kombinuje, jak się ich pozbyć. O ile jednak z gratami sprawa jest prosta - wielki worek w odpowiednim kolorze (segregacja :)) i gotowe, o tyle tak zwane "sprawy" bywają już o wiele trudniejsze, a niejednokrotnie niemożliwe, do usunięcia. Taki na przykład kredyt hipoteczny :)! Już dawno mi się znudził, zatruwa mi życie i po prostu czuję, że to jest absolutnie ZBĘDNA SPRAWA, że koniecznie trzeba się go pozbyć i jeśli tylko to zrobię, moje życie nabierze zupełnie innych (jaśniejszych) barw, a ja stanę się wreszcie WOLNYM CZŁOWIEKIEM! Niestety. Nic z tego. Mimo wielu wysiłków woli, mimo całkiem niezłych pomysłów na argumenty przekonujące bank, że ta SPRAWA stanowi zbędny ciężar w moim życiu, które oto postanowiłam zmienić na lepsze, nie sądzę, abym w najbliższym czasie została przez tenże bank zrozumiana. Nijak nie widzę sposobu na pozbycie się tego balastu, który od kilku lat zatruwa mi życie. Zgodnie z ogólnie znaną zasadą wyrzucania rzeczy nieużywanych przez rok chcę się wreszcie pozbyć tego okropnego kredytu! Wszak budowę zakończyłam kilka lat temu i teraz nie jest mi już on do niczego potrzebny. A ignorować go także nie sposób. Zdystansowania się do sprawy również nie polecam, gdyż możemy się za jednym zamachem pozbyć i rat, i dachu nad głową. W zamian otrzymamy jednak bardzo proste życie: żadnych rachunków, żadnego sprzątania itd.
Ten przydługi ironiczny wywód ilustruje moje zwykłe wątpliwości dotyczące zalecanej - we wspomnianych na wstępie źródłach - umiejętności separowania się, a nawet całkowitego pozbywania z życia spraw to życie uprzykrzających, powodujących komplikacje. Tak naprawdę niezwykle rzadko jest to możliwe, a najczęściej niesie ze sobą opłakane skutki. Chyba że ktoś postanawia przez całe życie nie mieć naprawdę niczego materialnego i nie nawiązywać żadnych międzyludzkich stosunków, wszak rodzą one nieuniknione konflikty, które z kolei siedzą potem człowiekowi w głowie i trzeba o nich myśleć. Ponadto trudno wszystkich lubić, a już wobec niektórych nie sposób zachować choćby obojętność. I po co to wszystko? Dom się brudzi, praca nadmiernie angażuje, a ludzie są tacy niedoskonali. Wszystko to razem bardzo jest skomplikowane i bardzo proste życie utrudnia, jeśli nie uniemożliwia!

Jeśli natomiast chodzi o ludzi. Konia z rzędem temu, kto potrafi się w życiu tak urządzić, aby nie być zmuszonym do kontaktów z tymi, którzy mają na niego zły wpływ, jakkolwiek to rozumieć. Pół biedy w życiu prywatnym, ale już w pracy to po prostu łut szczęścia, niezwykle rzadki, a zarabiać trzeba (ach, ten kredyt, przykra sprawa:). Poza tym, myślę, całkowite zerwanie kontaktów to niebezpieczne palenie za sobą mostów i, przepraszam za porównanie, ale kojarzy mi się z nieodwracalnym wyrzuceniem z szafy rzeczy, która za jakiś czas okazuje się jednak niezbędna. No i w końcu człowiek to nie przedmiot, może się zmienić, a może jest taki okropny, bo tak naprawdę to potrzebuje jakiegoś wsparcia? Ale przecież najwygodniej go z naszego życia "wyrzucić", po co ma je nam zagracać?

Trzeba przyznać, że lansowana ostatnio moda na życie proste, nieskomplikowane, nieobarczone nadmiarem rzeczy, spraw i obowiązków jawi się niezwykle kusząco. Jednak tak naprawdę okazuje się mirażem, a większość rad, jak żyć lepiej, stanowi zwyczajną projekcję naszych tęsknot za takim właśnie prostym i radosnym egzystowaniem. Sprowadza się do jednego: pozbądź się tego, co cię denerwuje, co ci przeszkadza, co wydaje się zbędne i złe. A kiedy już to zrobisz, doświadczysz życia bez obciążeń, bez trosk i bez ograniczeń. Niby racja, ale czy rzeczywiście na tym to wszystko polega?

Widzę, że się zagalopowałam powyżej. Bo tak naprawdę to chciałam tylko napisać, że życie w trybie "slow" to niekoniecznie życie "proste" w rozumieniu często dziś lansowanym. "Slow" znaczy dla mnie niespiesznie, uważnie, z niezbędnym dystansem, bez zbędnego stresu, z dbałością o siebie, ale też o innych. O to, co jest. Niewyrzucone. I - jak wspomniałam wczoraj - raczej wybiórczo niż całościowo. Inaczej prędzej czy później znajdziemy się pod presją tego, że choć tak bardzo chcemy zwolnić (wolniej gotować, wolniej jeść, wolniej sprzątać, wolniej... itd.), to w każdym fragmencie życia jest to po prostu niemożliwe. Ale to nic. Luz. Życie po prostu takie jest. Może kiedyś znajdę receptę na lepsze. Dziś jest mi dobrze tak, jak jest.

Dobrego dnia!

3 komentarze:

  1. Wspaniały widok z okna, nie do wiary, że gdzieś obok przebiega bardzo ruchliwa droga

    OdpowiedzUsuń
  2. Przejmować się można sprawami, na które ma się realny wpływ. Pozostałe należy z godnością przyjmować (recepta dotyczy również kontaktów i tych prywatnych i tych zawodowych). Sprawdzone osobiście - działa. W niektórych przypadkach potrzeba więcej samokontroli.
    Z takim widokiem można niespiesznie żyć i czuć się dobrze, nie tylko dziś:)

    Sasza

    OdpowiedzUsuń
  3. Podzielam to podejście, jest mi bliskie... prostotę rozumiem bardziej jako styl bycia i umysłu, niż minimalizm wokół, zwłaszcza w ekskluzywnym wydaniu, co, nie oszukujmy się, dobrze wygląda w katalogach, a nie w domu, w którym się żyje pełnią życia...Ach, jak często zawadzają mi różne sprzęty i przedmioty niezbędne do prowadzenia domu, pamiątki, sentymentalne bibeloty, kartony na szafie, miska i wiadro w łazience, których nie mam gdzie upchnąć na małej przestrzeni, pokrowce z gościnnymi kołdrami pod łóżkiem, ale co zrobię...Tylko dystans może mnie uratować ;-)

    OdpowiedzUsuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.