sobota, 3 sierpnia 2013

Slow morning

Od początku lipca z uporem maniaka próbuję wprowadzać w życie idee slow food, slow life itp., czyli generalnie żyć wolniej. Mam ku temu powody, wszak Rodzina wzbogaciła się o Nowego (trzeciego już) Potomka, zaś ja skończyłam czterdzieści lat. Uznałam więc, że najwyższy czas ZWOLNIĆ, a w niektórych sferach życia nawet wrzucić WSTECZNY BIEG.

 

Widok zachęca do leniuchowania na leżaku

Jest początek sierpnia, czas na pierwsze PODSUMOWANIA. A gdyby to było zbyt wielkie słowo jak na zaledwie miesiąc prób, powiem, że po tym niedługim okresie nachodzą mnie takie oto LUŹNE REFLEKSJE:

Po pierwsze gotowanie, a przed nim robienie zakupów w zgodzie z założeniami ruchu Slow Food absolutnie uniemożliwia slow life, czyli życie nieśpieszne, na luzie.
Jeśli bowiem dużo czasu poświęcimy na zakupy, to czy aby na pewno będziemy go mieli pod dostatkiem na ugotowanie? No tego, cośmy zakupili w trybie slow.  Podejrzewam, że większość ludzi oprócz praktykowania Slow Food musi coś (cokolwiek, choćby najmniejszego) w życiu robić. Na przykład chodzić do pracy, czasem sprzątnąć, coś wyprać, wyprasować itd. Nie wiem zresztą, jak większość, ja w każdym razie muszę. 
Tak więc nawet przy optymistycznym założeniu, że podczas powolnych, ekologicznych, bazarkowych zakupów się odpoczywa i nie trzeba mieć na to czasu później, no więc nawet przy takim założeniu reszta dnia upływa w dzikim pośpiechu. Czas relaksu minął na bazarku. Teraz czas włączyć tryb przyśpieszony. Ale, ale! To wszystko zadziała wyłącznie wtedy, gdy ktoś lubi robić zakupy, przeciskając się przez tłumy ludzi, dźwigając siaty (zamiast wieźć fanty w wózku), usiłując wydobyć z portfela potrzebną gotówkę. Jeśli oczywiście udało się portfel przed kieszonkowcem uchronić i wciąż się go ma. To jest prawda o bazarku. A ponadto na targu w moim mieście wcale nie ma rolników sprzedających to, co sami wyhodowali. Są zawodowi handlarze zaopatrujący się w towar na wielkiej wojewódzkiej giełdzie, czyli tam, gdzie zwykłe sklepy osiedlowe. Mają to samo co hipermarkety, tylko droższe. Pomidory holenderskie, papryka hiszpańska (na wiosnę!) itp. 

Po drugie - taki wniosek narzuca mi się po miesiącu usiłowań - jeśli wrzucam luz o poranku, później gonię, żeby się wyrobić. Muszę mieć pomysł na błyskawiczny obiad, muszę mieć pomoc do Dziecka (czyli Starsze Dziecko bądź Męża), muszę mieć na przykład wczoraj posprzątane, wyprane i wyprasowane i w ogóle żadnych pilnych prac w planie. Mogę też zrobić odwrotnie (ach, ten luksus wyboru!) - spiąć się przed południem, zrobić, co się da i już po obiedzie wyłożyć się na tarasie na zakupionym niedawno leżaku. O ile oczywiście jest pochmurno, bo inaczej miejsce to przypomina patelnię. Bo taras jest "nasłoneczniony". Według światłych porad miesięczników budowlanych, które się zastosowało. I o ile oczywiście Dziecko Najmłodsze zechce też się wyłożyć we własnym wózeczku oraz spać. Co rzadko jest pewne. Właściwie to nigdy.

Można by tak analizować dzień pod kątem wszystkich innych czynności, tylko po co? Wniosek zawsze będzie taki sam: ALBO RYBKI, ALBO AKWARIUM. Albo wolno gotujesz, albo wolno jesz. Albo wolno kupujesz, albo odpoczywasz przy kawie, książce lub jakkolwiek. To znaczy nie da się WSZYSTKIEGO robić powoli. Ale można do wszystkiego mieć WOLNY stosunek. Wolny od napięcia, od przymusu. Być może kiedyś dojdę do jakichś innych głębokich wniosków. Dziś nie stać mnie na więcej. Luz. Zresztą i tak Niemowlę płacze, bo głodne. Idę się spełniać w roli Matki Karmiącej. Powoli.

Marzę o chłodnym śniegu w tym upale

2 komentarze:

  1. W takie gorące dni, też z nostalgią wspominam chłodniejsze czasy ;-) Pozdrawiam Ala
    P.S. Fajny blog :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję za miłe słowo!Także pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.