czwartek, 22 sierpnia 2013

"Straszna" książka, czyli Nora Roberts i ja

... z cyklu "Czytam sobie..."

 

Próbuję się zrelaksować - a wychodzi ze mnie zołza

 

Nie zwykłam dzielić książek na kobiece i męskie. Ani na takie, których czytania "z góry" należy się wstydzić (dla niektórych to synonim książek "kobiecych"), oraz te, z którymi dobrze się poobnosić, a także czytać w publicznym miejscu, wysoko unosząc okładkę, aby każdy dokładnie ją widział i mógł nas, prawdziwych czytelników (he he), bez trudu odróżnić od zwykłych czytaczy kieszonkowej literatury wagonowej, kobiecej czy jak tam ją nazwać. Nieważne jak, bo zawsze i tak niesprawiedliwie.


Dlatego rok w rok w lipcu i sierpniu bez najmniejszej żenady poluję na obniżki w księgarniach, a nawet i w hipermarketach. Te ostatnie wystawiają książki jak, nie przymierzając, prawie przeterminowany towar albo zakurzoną kolekcję wymiętolonych ciuchów. W wielkich koszach, pod jednocyfrową ceną z groszami. Większość takiego asortymentu nadaje się na śmietnik, jednak, kto się postara, wśród porozpruwanych i brudnych szmat znajdzie i t-shirt z dobrej bawełny za 2 zł, i szorty dla dziecka na w-f w tej samej cenie, i wiele innych fantów, które wcześniej wisiały w alejkach za zwykłe pieniądze. Czyszczenie półek, ot co. Tak samo rzecz ma się z książkami. Pełno makulatury, ale można też znaleźć coś fajnego. Przecenionego. Na przykład na 2,50 zł - tak kupiłam w zeszłym roku świetną "babską" powieść do czytania na leżaku przy kawie. I słowo daję, nie liczyłam na wysoki poziom tejże. Nie liczyłam na żaden poziom. A było miło, słodko, jak przy jedzeniu dobrego deseru z pyszną kawą. Książka była amerykańska, polska wersja językowa nie raniła uszu, fabuła nie bardzo obrażała intelekt. Szczęśliwe zakończenie w pakiecie. Słowem - sukces, czyli w tym wypadku ukojenie zharatanych nerwów i wyjałowionego całoroczną umysłową harówą mózgu na urlopie. Całość dwa pięćdziesiąt plus wkład własny, czyli kawa z mlekiem, herbatniki i leżak. Wtedy jeszcze bez Niemowlaka, więc pełny luz o dowolnej porze dnia. Albo nocy.

Z takim właśnie dobrym i, jak się jeszcze okaże, naiwnym nastawieniem, ujrzawszy pewnego razu dyskontową ofertę książkową na wakacje, odbyłam uroczystą wyprawę do Lidla (dlaczego uroczystą i dlaczego do Lidla, pisałam jakiś miesiąc temu - Niemowlę) niby to po jedzenie, ale tak naprawdę wiadomo: po zakup czterech książek w kieszonkowym formacie. Cykl dzienny mego Dziecka pozwalał na "godzinkę-do-półtorej" oddechu, jeśli wstałam o wpół do siódmej rano, więc zachłannie rzucałam się na każde słowo pisane, jednocześnie konsumując śniadanie. I tę poranną "godzinę-do-półtorej" zamarzyłam spędzić na czytaniu takiej samej lekkiej, acz przyzwoicie napisanej powieści. Aby choć przez chwilę poczuć się jak na prawdziwych wakacjach, jak ostatnio rok temu. Kupiłam. Obejrzałam. Pogłaskałam i powąchałam. Czym dopełniłam własnego rytuału, bowiem książki to nie tylko fabuła, zbiór rozdziałów i liter. To także gładkość okładki, twardość grzbietu, zapach farby i chłód powietrza na policzkach, kiedy przepuszczam wszystkie kartki pod kciukiem tak, że twarz ogarnia mi wywołany przez ich ruch powiew. Czwarta strona okładki wabi wyliczeniem zgrabnego zestawu składników gwarantujących pełny odlot od rzeczywistości, jeśli tylko dobrze je wykorzystać. Bo i bogaty, przystojny adwokat, i stara posiadłość na bagnach, i kochanka, i tajemnica. A do tego kusząca okładka. Wiem, wiem, to szczyt głupoty, ocenianie książki po okładce, ale cóż to komu szkodzi w wakacje? Jednak w tym przypadku trzeba było zachować wstrzemięźliwość. Bo niby wszystko gra. Zniechęcony do miłości prawnik, co w dodatku umie majsterkować (ba! samodzielnie robi sobie meble odziany w jakże męski pas na narzędzia!), wielki dom owiany tajemnicą, piękna, trudna do zdobycia Angelina oraz mieszkające w posiadłości duchy! Po prostu samograj na lato! A do tego Nora Roberts, która na swych książkach zarobiła już 23 miliony dolarów, więc prawdopodobnie dysponuje przyzwoitym warsztatem, co - miałam nadzieję - wyrazi się sensowną, choć niekoniecznie realistyczną, fabułą, a także niekompromitującym pisarza poziomem językowym. 
Płonne nadzieje! Trudno stwierdzić, czy to, że bohater "podniecił się aż do wzwodu" oraz "w ciągu sześciu miesięcy (...) raz tylko miał stosunek seksualny" to zasługa samej Roberts, czy raczej "twórczy" wkład translatorki. W każdym razie słowa te padają w nader romantycznych "okolicznościach przyrody", kiedy to boski Declan (imię bohatera) z tęsknotą patrzy na bawiącą się z psem przyszłą swą kochankę. I wzdycha. I podnieca się. "Aż do wzwodu". Pogratulować wyczucia języka! Autorce bądź tłumaczce, trudno stwierdzić, nie czytając oryginału. A dalej jest już tylko weselej! Przystojny nasz majsterklepka spotyka tajemniczą nieznajomą, która okazuje się być właścicielką doskonale prowadzonego (a jakże by inaczej!) baru, i tak sobie oto z nią poczyna (próbując poderwać ową damę akurat stojącą za kontuarem - wszak ruch ogromny)): "(...) dla nas jeszcze po dwa piwa (...). A potem zadzwoń po pogotowie, Leno, bo co na ciebie spojrzę, to mi serce zamiera." Na to, uprzednio tajemniczo przez narratora przedstawiana, Lena mówi do siedzącego obok kolegi Declana: "Wiesz, Remy, twój przyjaciel jak zacznie nawijać, to idzie mu jak z płatka..." - i tak przez 371 stron kieszonkowego wydania powieści "Noc na bagnach Luizjany". Litości! Czy wydawnictwo Książnica w ramach oszczędności pozbyło się już wszystkich redaktorów? Czy ten tekst przed wydaniem ktoś w ogóle przeczytał? Czy może ktoś odpowiadający za redakcję znajdował perwersyjną przyjemność w czytaniu takich koszmarków językowych? Bo o ile można jeszcze zrozumieć, że ciała dwojga młodych bohaterów "kołysały się zgodnym rytmem gładkich jak jedwab ruchów frykcyjnych", że to "techniczne" wyrażenie w zamyśle autorki (tłumaczki?) ma tej scenie dodać pikanterii, o tyle doprawdy trudno zgadnąć, czemu w usta uroczej starszej pani, babki dziewczyny, włożono tak wulgarny tekst, którym się do swej wnuczki zwraca, udzielając jej życiowej rady (jak to babcia, która musi zastąpić jej nieodpowiedzialną matkę): "Bo widzisz... tak wygląda kobieta, na której mężczyzna położył rękę, ale nie skończył swojej roboty." (!!!) Na to wnuczka inteligentnie: "Sama potrafię tę robotę skończyć, jeśli tylko o to chodzi." Ale babcia nie da się przecież zbić z tropu: "Po cóż miałabyś się drapać w miejsce, które swędzi, jeśli ktoś może je podrapać za ciebie...? To nic, że zbliżam się do siedemdziesiątki... Wciąż jeszcze potrafię się poznać na mężczyźnie, który jest chętny i umie te rzeczy robić." Bez wątpienia wiek nie ma tu nic do rzeczy. Ja rozumiem, że autor, budując postać, chce wprowadzić jakąś rysę, coś, co nada jej trochę "głębi" i czytelnika zaskoczy. Ale doprawdy, nie trzeba wielkiego talentu, by po kontrolnej lekturze własnego "wytworu" stwierdzić, że coś tu nie gra. Że takiej żenady nie usprawiedliwia nawet konwencja literatury lekkostrawnej, niewymagającej, a nawet z założenia płytkiej. Bo kupując tego rodzaju książkę, mam świadomość, za co płacę 10 złotych i 99 groszy. I wiem, że to Nora Roberts, wszak nie samym Miłoszem żyje człowiek. Tylko po autorce bestsellerów, które przyniosły jej dotychczas majątek w wysokości około 23 milionów dolarów, mam chyba prawo spodziewać się przyzwoitego poziomu pisarskiego rzemiosła? Rzemiosła, nie artyzmu! Lecz są to, jak widać, wymagania zbyt wygórowane. I choć nie liczyłam na zaskakującą intrygę, a wręcz przeciwnie - chciałam fabuły do bólu przewidywalnej, by się zrelaksować, to jednak wypadałoby zachować przynajmniej elementarny poziom logiki (wszak chrześcijanie nie wierzą w reinkarnację, jak się w książce sugeruje). Choć nie szukałam tu językowych eksperymentów, to jednak miałam prawo oczekiwać składni i frazeologii zgodnej z powszechnie uznanymi regułami, zamiast dowiadywać się, że "to będzie wesele, o którym przez lata będzie się wspominało..." (ale to już wyłączna "zasługa" tłumaczki").

Żeby jednak nie wyjść na całkowitą zołzę, co to kupuje wiadomego gatunku książkę, a potem się czepia, chcę oddać sprawiedliwość i powiedzieć, że to był naprawdę dobry (choć mało oryginalny) pomysł na fabułę (dwutorowo prowadzona akcja, którą dzieli sto lat). Na letnią, niezobowiązującą powieść z dreszczykiem. I że miejscami można spotkać naprawdę śmieszne fragmenty dialogów ("- No cóż! Nie odczuwam braku pieniędzy, choć wiadomo, że szczęścia się za nie nie kupi" - odkrywczo wykrzykuje nasz bohater, a na to jego ukochana zalotnie: "- Ach, mój drogi, chyba chodzi ci o to, że nie wiesz, gdzie tu można robić zakupy"). Albo taki oto akapit, gdzie autorka (czy też tłumaczka) wspina się na stylistyczne wyżyny własnego pisarstwa: "Czymkolwiek były: czarną magią czy po prostu starymi butelkami, podobał mu się ich wygląd, gdy zwisały z drzew w jego ogrodzie. A kiedy znowu stuknął dwiema o siebie, spodobał mu się także ich brzęczący głos." - mowa o butelkach mających odstraszać duchy, które pragną wcielić się w główne postacie (duch żeński w postać męską i odwrotnie - nie-straszna słabizna).

No i tak naprawdę książka w znakomitej swej części jednak rozczarowuje, tym bardziej, że jej pierwszy rozdział, a w nim genialnie zmysłowo i prawdziwie uchwycony moment karmienia niemowlęcia piersią może rozbudzić apetyt na dobrą, ujmującą prozę. Widać, że Nora Roberts w tym momencie doskonale wie, o czym pisze. I choć wątpię, żeby kiedykolwiek przeżyła, opisany przez siebie równie dobrze, gwałt, jakiego na młodej matce dokonuje jej własny szwagier, to ten fragment powieści dowodzi właśnie talentu pisarki. Dlaczego wobec tego później Declan, "mając na uwadze zęby psa, (...) wolał zaryzykować dłoń niż fiuta", zaś jego dziewczyna usilnie starała się nie zasnąć i czekała na niego, "aby - jak sama czule i adekwatnie się do niego zwraca - zapewnić tym (jego) jajom gimnastykę"? To już doprawdy trudno zgadnąć.

I już zupełnie na marginesie. Nie cytuję wulgaryzmów dlatego, że mnie kręcą. Nie kręcą. A autorka - lub tłumaczka - myślała chyba, że czytelnika właśnie kręcą. Albo że czynią powieść bardziej pikantną, ja wiem... bez zahamowań, może taki styl miał się wbić w amerykańską pruderię? Może miało być bardziej sexy? Nie mam pojęcia. Wyszło żenująco. Pisanie o seksie, w erotycznym klimacie jest niezwykle trudne, zwłaszcza po polsku. I jest miarą talentu autora. Użyte tu słowa powodują najzwyklejsze błędy stylistyczne, ale nie dlatego, że są wulgarne. Dlatego, że po prostu nie pasują. A szkolne  błędy u poczytnej pisarki to naprawdę duża przesada.

2 komentarze:

  1. Podoba mi się sposób, w jaki analizujesz książki, od podszewki... nie zawsze zwracamy uwagę na stylistykę, język, czytamy mechanicznie, nie przywiązując wagi do błędów.
    Wydaje mi się, że większość błędów wynika z tłumaczeń. Nie każdy potrafi dobrać odpowiednie słowa, albo ma za mało czasu i stąd wielosć przeróżnych słownych "potworków".
    Nie czytałam tej ksiązki, ale widziałam na jej podstawie film.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, że o filmie to ja nawet nie słyszałam:) Dzięki za miłe słowa.

      Usuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.