poniedziałek, 30 września 2013

Drugie dno, czyli naprawdę prawdziwa głębia

... z cyklu "Czytam sobie" 

 

Czwarta strona okładki:)

 

Czytając "recenzje" zamieszczane na skrzydełkach lub czwartych stronach okładek niektórych książek, często się zastanawiam, dlaczego różni "krytycy" okładkowi lub inni rozpisują się tam o tak zwanych drugich dnach, głębokich metaforach itp. 


Najczęściej jest bowiem tak, że nawet jeśli od biedy da się w tych książkach doszukać tych ukrytych przez autorów znaczeń, to nie widać powodów, dla których te znaczenia zostały w akurat tak zawoalowaną formę ubrane. Niektóre treści są ograne i proste jak budowa cepa, słowem banalne, a nawet jeśli nie, to nie pojmuję, dlaczego mam się ich w tych pseudoartystycznych wytworach doszukiwać. Kto wie? Może dlatego że dla artystów stanowią one nowo odkryte idee, którymi postanowili obdarować publiczność? Która oczywiście artystom do pięt nie dorasta i dlatego musi się dokształcić, błądząc po meandrach ubranych w wybujałą formę myśli kwitnących w umysłach autorów. Nie żebym nie ceniła metafor lub też innych bardzo artystycznych środków stylistycznych. Cenię. Zwłaszcza jak ktoś ich sprawnie i - co istotne - celowo używa. Ale wydaje mi się, że celowo w żadnym razie nie oznacza natrętnie, narzucająco, "po oczach bijąco", czyli - krótko mówiąc - "czytelnika jak idiotę traktująco". Że niby jak nie będzie wystarczająco dużo głębi w drugich, trzecich i dziesiątych dnach, to i artyzmu nie stanie, a wtedy powieść za prostacką uznana zostanie? - rymuję! rymuję! na poetkę pozuję! Na mój gust to wręcz przeciwnie. I tu się wymądrzę, że po mojemu to ta głębia się w prawdziwych dziełach znajduje, owszem, ale mimochodem. Że nikt, a już na pewno nie prawdziwy artysta, jej tam specjalnie na dziesiątym dnie nie ukrywa. I że o taką głębię to nie ma obawy ani prawdziwy pisarz, ani jego dzieł krytyk, który w recenzjach wcale nie musi na nią palcem (pardon, piórem) pokazywać. Bo tak sobie myślę, że z prawdziwą głębią, głęboką metaforą i tak zwanym drugim dnem (też prawdziwym) to jest tak, że i przeoczyć ich nie sposób, i palcem pokazać trudno. Że właśnie na tym to polega. Mój wniosek? Prosty i wcale nie odkrywczy - jak mi okładka podpowiada, czego mam w książce szukać, to wiem, że na pewno w niej tego nie znajdę.


czwartek, 26 września 2013

Gluten - free chocolate cake - ŁATWE

... z cyklu "Gotuję sobie"

 


Pociąg do czekolady mnie nie opuszcza, a że w naszym domu od siedmiu lat gotujemy i pieczemy w dwóch wersjach (z glutenem i bez), pomyślałam, że mogę się podzielić przepisem na na przykład (!) czekoladowe ciasto, które powstaje w dosłownie 10 minut, jeśli nie liczyć pieczenia.


Ja piekę je jedno po drugim, najpierw bez glutenu. Aha, dodam jeszcze, że oprócz zwykłej mąki nie użyję kurzych jajek. W zamian wezmę bezglutenową mąkę do pieczenia chleba (z dodatkami umożliwiającymi pieczenie) i jajka przepiórcze (4 jajeczka przepiórcze za 1 kurze).

Zaznaczam, że to nie jest ciasto przygotowane z zachowaniem rygorów dla osób chorych na celiakię. To ciasto dla osoby ze "zwykłą" alergią na gluten pszenny i owsiany, krowie mleko i kurze jaja. Nie stosuję rygorów rozdziału produktów glutenowych i bezglutenowych, jak przy celiakii. Ale jeśli ktoś stosuje, to stosuje i ten przepis też mu się nada.

Nie używam specjalnych przepisów na bezglutenowe potrawy i ciasta, tylko podmieniam składniki na takie, które są "nieszkodliwe".


Składniki 
po lewej "zwykłe" - po prawej bezglutenowe

4 jajka kurze - 16 jajeczek przepiórczych
szklanka cukru - szklanka cukru
kostka margaryny - kostka margaryny
szklanka mąki pszennej - szklanka mąki bezglutenowej Schaar do pieczenia chleba
trzy łyżki stołowe kakao (wsypać do szklanki) - trzy łyżki stołowe kakao (wsypać do szklanki)
dosypać do połowy szklanki mąkę ziemniaczaną - dosypać do połowy szklanki mąkę bezglutenową
dwie łyżeczki proszku do pieczenia - dwie łyżeczki proszku do pieczenia
zapach lub cukier waniliowy - zapach lub cukier waniliowy
czekolada gorzka - czekolada gorzka
około pół łyżki oleju - około pół łyżki oleju
margaryna do wysmarowania blachy - (albo papier do pieczenia) - margaryna do wysmarowania blachy

Ciasta robiłam jedno po drugim, ale dokładnie tak samo, więc dla oszczędności miejsca i czasu scalam zdjęcia i - podobnie jak przy składnikach - po lewej będzie na zdjęciu "zwykłe", zaś po prawej bezglutenowe.

A zatem do dzieła!


Sposób wykonania - piszę dokładnie tak lakonicznie, jak podyktowała mi to kiedyś, lata temu moja Chrzestna. Tylko wtedy ten przepis był w jednej wersji, a ja go przerobiłam na drugą. To znaczy wcale nie przerobiłam, lecz wstawiłam odpowiadające mi składniki. 

No więc SPOSÓB WYKONANIA

Wstawić margarynę do rozpuszczenia.

 
I w tym czasie - wbić do garnka jajka. 



Zapomniałam sfotografować kurze - ale domyślicie się, jak wyglądają:)

Jajka ubić całe z cukrem.



Wlać gorącą margarynę.


Wymieszać.


Wsypać mąkę.


A do wersji z glutenem mąkę kartoflaną z kakao.


Dodać proszek do pieczenia.

Sypałam łyżeczką, ale brakło mi trzeciej ręki, żeby zrobić zdjęcie:)

Zapach - ja daję cukier waniliowy (pardon, wanilinowy:).


Wymieszać.


Wylać na blachę.


Piec 30 - 35 minut w temperaturze 180 stopni. Z termoobiegiem, ale może być bez, tylko dłużej.


Sprawdzić patykiem - jak się upiekło, będzie suchy po wyjęciu. Nie martwić się, że opadnie. Raczej nie opadnie, a jeśli ma opaść, to opadnie i tak po wyjęciu, ale to nie z powodu patyka, tylko z jakiegoś innego. Nie wiem, jakiego:)


Po przestudzeniu, ale nie do samego końca, w miarę ostrożnie wyjąć z blachy i ułożyć sobie na takiej podstawie, aby było wygodnie posmarować ciasto czekoladą lub posypać cukrem pudrem (ładnie wygląda, bo kontrast). 







Ja smaruję deserową czekoladą, bo - jak wspomniałam na początku - mam ciąg na czekoladę i jem ją, gdzie się da, a jeśli nie ma ciasta, ciasteczek albo takiej w proszku do kawy, to wchłaniam minimum tabliczkę gorzkiej tak po prostu. Nie wiem, kiedy to się skończy, ale jak na razie jest miło. Nie przybywa mi, jeśli by kto pytał. Lecz to tylko z powodu karmienia Małego. Wiem. Jak przestanę karmić, to będę musiała też skończyć z czekoladą. Przynajmniej się ograniczyć. Przyznacie, że to niezły argument za karmieniem piersią?

A wracając do ciasta, całkiem już przestudzone smarujemy rozpuszczoną z olejem czekoladą. Olej to po to, żeby polewa po zastygnięciu nie stała się na powrót twarda jak tabliczka czekolady, bo to bardzo utrudnia krojenie, choć w jedzeniu nie przeszkadza:)


No więc tak to z grubsza wygląda.

Z glutenem

I bez

To mniej wyrośnięte jest bezglutenowe. Żeby nie było za słodko. Ale moja Siostra potrafi je tak zrobić, że na oko w ogóle nie ma różnicy i trzeba uważać, aby się nie pomylić. 

Ona dwa dni po mnie zrobiła to samo ciasto bez glutenu (też prowadzi taką kuchnię częściowo), ale w wersji wielkanocnej, to znaczy bez czekolady, za to z lukrem. Bo tak naprawdę to jest przepis na ekspresową babkę wielkanocną, która jest pyszna. Gdy wlać ciasto w foremkę do babki, wyjdzie babka:)

Tymczasem tak to Dzieło Siostry wygląda - połowa przełożona powidłami:

Z lampą błyskową jakieś bardziej żółte:)

A tu bardziej naturalne bez lampy:)

Nawiasem mówiąc, kiedy kiedyś, dawno temu usiłowałam kupić takie ciasto w sklepie bezglutenowym, bo jeszcze nie ryzykowałam samodzielnego pieczenia, to mi powiedziano, że to niemożliwe, aby było ładne, dobre i normalne po prostu. W ofercie mieli jakiś badziew zakalcowaty albo rozpadający się. I tak naprawdę to był powód, dla którego obie z Siostrą zaczęłyśmy same próbować pieczenia. Teraz wiemy, że można tak upiec nawet biszkopt. I to taki, że nikt nie pozna, że jest bez glutenu i z przepiórczych jajek. Nigdzie się takiego nie kupi. I każdy z tak zwanych profesjonalistów się zaklinał, że to niemożliwe, aby taki upiec, więc dlatego nie ma go w ofercie. Bzdura. Potrzebowałyśmy mieć dobre torty na komunię, to zrobiłyśmy biszkopty. I już. Wkrótce je pokażę. 

A teraz coś dla tych, co twierdzą, że ze mnie w kuchni pedantka i że mam porządek:


wtorek, 24 września 2013

Stefan Chwin i Paweł Huelle

... z cyklu "Czytam sobie"

 

Nie ma czasu na książki, to przynajmniej poczytam o książkach:)

 

Ostatni "Magazyn Literacki" przy "Tygodniku Powszechnym":

 

"Zapytaliśmy polskich powieściopisarzy kilku pokoleń o ich artystycznych mistrzów, nauczycieli, a wreszcie - ostatnie literackie fascynacje..."


Stefan Chwin: "Jeśli chodzi o mistrzów literatury, to nie miałem takich, których traktowałbym jako wzór." Tu myślę, jaki ten Chwin mądry, nie chce tępo naśladować, chce być twórczo oryginalny, wow! Tymczasem Pan Chwin dalej: "Miałem natomiast paru pisarzy, których pisaniu uważnie się przyglądałem, by nie popełniać błędów, jakie popełniali. Z Dostojewskim spierałem się już w liceum." 

Paweł Huelle: "Mistrzowie? To bardzo trudne pytanie, ponieważ w tym fachu nie ma się jednego mistrza. U bardzo wielu podpatruje się rozmaite rzeczy."

I kogo byście chcieli przeczytać?

Kwestia postawy. Wobec literatury (własnej i cudzej). Wobec czytelnika. Wobec życia wreszcie. 

Żeby już nie owijać w bawełnę. Za pokorna to ja sama też nie jestem. Są jednak jakieś granice. Tak mi się wydaje. Przyzwoitości. W każdym razie wolę trzymać z tymi (i czytać tych), co u innych (kolegów po fachu - konkurencji!) raczej dobrego (nawet, a może i zwłaszcza) do naśladowania poszukują. Niż z tymi, co rzekomo samemu chcąc się doskonalić, punktują innych błędy (błędy w punktujących oczywiście rozumieniu), a tak naprawdę pragną sobie co nieco w samoocenie (samozadowoleniu?) podreperować.

Skąd to wiem? Nie wiem. Czuję z klimatu wypowiedzi Pana Chwina. Subiektywne to. Wiem. Przepraszam urażonych. Wolę Huellego.

Jeśli chodzi o Pana Chwina. No ja w liceum także byłam na etapie spierania się z autorytetami, choć akurat nie z Dostojewskim. Mało mnie wzruszał. Raczej nudził. Taka jestem płytka, no! A w ostatnim dodatku do TP - "CONRAD" Michał Paweł Markowski wspominał coś o "umysłowych licealistach". To tak na marginesie.

Wiem, że to powyżej takie trochę niespójne. Nie będę mimo to spajać, bo mi wyjdzie jakaś tyrada, a nie chcę.

Aha, nie mówię, że zła jest dyskusja, że dobre jest tylko wzajemne sobie słodzenie. Nie. Dobrze jednak czuć, gdzie i kiedy przyzwoicie innych docenić, a kiedy wypowiedzieć się z dystansem (jeśli się taki ma), ujawnić to, co się mniej albo wcale nie podoba. Wszak pytanie o mistrzów było, o literackie fascynacje, a to nie to samo, co prośba o wypunktowanie uchybień. 

Po pierwszym niesmacznym akapicie niedługiej wypowiedzi Stefana Chwina jak mam mu uwierzyć, że powieść to "prosta historia na trzysta stron"? A tak przecież jest. Według mnie także. Że powieść to nie "proza dywagacyjna albo monologiczna"? Że nie "zbiór anegdot powiązanych gadaną narracją"? Że to przesąd, "że proza fabularna to jest proza gorsza od prozy afabularnej, bo nie potrafi udźwignąć głębi"? No jak? - pytam wzniośle. Choćbym chciała, nie mogę. Ale wierzę. Tylko nie z tego powodu, że mnie Pan Pisarz przekonał, bo po takiej "autoreklamie" na początku nikogo nie można przekonać (chyba), ale z tego, że sama tak myślę. 

A wskazanie Pawła Huellego na Bunina jako pisarskiego mistrza - cudo! Jak On o Nim pisze! Wierzę. Albo nie. Wiem. Bo kiedyś czytałam. A Huellego nie. Jeszcze. Ale kuszą mnie "Opowieści chłodnego morza" od dawna. Chyba kupię jakiegoś audiobooka, bo Małe robi się coraz większe, w związku z czym czasu na czytanie książek nie mam prawie wcale - ledwie go starcza na czytanie o książkach:) Ale słuchać mogę. Podczas noszenia na rękach, podczas przewijania, karmienia. Może się Dziecko literacko podciągnie:)

środa, 18 września 2013

Kulinarny kompromis

... z cyklu "Gotuję sobie"

 

Mąż i Ojciec wchodzi z Potomstwem do domu i natychmiast pada pytanie Potomstwa: - Co na obiad?  Męża rzut oka na patelnię i piekarnik: - Kompromis. Dziś na obiad kompromis.





Żeby nie było, że fast food i że niezdrowo, wrzuciłam (to znaczy nie ja, a Córka, ja z Maluchem na rękach) na patelnię z odrobiną oleju takiego oto brokuła, posoliłam (to znaczy nie ja...) troszkę i podusiłam:)) kilka chwil, ale nie za wiele, aby nie stracił koloru (piękny, choć tu go nie widać) i fasonu. No a frytki to już totalny gotowiec, robiony w piekarniku na blaszce, więc przynajmniej tyle, że nie nurzany w głębokim tłuszczu przeze mnie. Są z prawdziwych ziemniaków, nie z mączki formowane, więc dobre. A przynajmniej lepsze.

Święta naiwności albo "life is brutal"


"... and full of zasadzkas" - chciałoby się powiedzieć. Jak się kiedyś dowcipnie mawiało:)


Zagłębie komarów wokół mojego domu

 

Z cyklu "Dyrdymałki" 

 

To już jesień...

No bo tak. Dopóki wakacje - piątka dzieci w domu, w tym dwoje przyszywanych plus niemowlę dwu, a potem trzymiesięczne. Po pierwszym września - jedno własne niemowlę w czwartym, a nawet już w piątym miesiącu życia. Żywotne bardzo. A nawet bardzo bardzo. Dopóki wakacje - cisza o poranku = małe śpi = czas dla siebie = czytanie czegoś miłego = dobry nastrój na trudy całego dnia. Po pierwszym - usilne próby zachowania ciszy o poranku przez dwoje wybierających się do szkół i jednego wychodzącego do pracy + jeszcze usilniejsze usiłowania:) utrzymania w trybie nocnym niemowlaka (coraz rzadziej zakończone sukcesem) = napięcie, bezsilność, frustracja i głód (śniadania) oraz niemożność dokonania najskromniejszej choćby porannej toalety. Dopóki wakacje - wydatna pomoc (zabawianie i spacerki przed domem) czwórki Starszeństwa uwielbianego przez Najmłodsze i vice versa. Dziś - wyraźnie widoczny 
B R A K  takowej. Dopóki sierpień - regularne dłuższe drzemki dziecięcia najmłodszego i chwila na kawkę oraz beztroskie blogowanie:) za dnia. Wrzesień to już prawie ciągłe radosne kwiki dziecięcia domagającego się noszenia, podskakiwania, podśpiewywania lub kwiczenia (do wyboru), z rzadka przerywane krótką drzemką następującą po coraz dłuższym wymachiwaniu wózkiem w te i we wte. Co to oznacza, pisać tu nie muszę, bo wie to każdy, kto miał dziecko jeszcze nie chodzące, siedzące też nie bardzo, za to ciekawe świata niezmiernie. Świata poza łóżeczkiem, kojcem i kocykiem naturalnie. No. No więc zimna kawa - ale to w sumie praktyczne, bo jak zimną chlupnę na dziecko, nic się nie stanie. Plama to naprawdę nic w tej sytuacji. No więc na śniadanie kanapki, ale wszystko osobno na talerzu, aby dało się wsadzić do ust bez ryzyka rozrzucenia składników wokół nas - choć to przecież takie malownicze. No więc ciepły posiłek około wieczora, gdy już ktoś wróci i zdejmie mi z rąk słodki ciężar. Który nawiasem mówiąc coraz cięższy, co też nie ułatwia. O praniu, sprzątnięciu lub choćby ogarnięciu domu zapominam na sześć dni w tygodniu. Idziemy po całości w sobotę. I nie zawsze się wyrabiamy, jak na przykład jest coś do załatwienia na mieście, czyli trzeba coś kupić do jedzenia, ubrania (dzieciom, bo ja nie potrzebuję już nic:) 




Tak teraz z grubsza wygląda Slow Life in my way:) I wszystko się zgadza. Jeśli się uparcie utrzymuje, że Slow Life to stan umysłu. Jeszcze się tego trzymam. Jeszcze daję radę.  W końcu nie jestem debiutantką. W końcu to jest trzecie dziecko. 




Jeszcze mam nadzieję. Święta naiwności? Może. Tak. Miało być śmiesznie. No trudno, "life is brutal". Ale jednak widzę to "światełko w tunelu":) - gdy patrzę na to zdjęcie mojego Najstarszego Dziecka.

Może to kogoś zdziwi, że tak narzekam, a mimo to piszę. No właśnie. Mimo to. Co słyszę w tle, nie wspomnę.

poniedziałek, 16 września 2013

Cukinia na makaronie

... z cyklu "Gotuję sobie"

 

Cukinia w pomidorach na makaronie


Sezon na cukinię w pełni, więc korzystam póki można, bo wkrótce już jej nie będzie. Chyba że z importu.


Dziś na świderkach w trzech rodzajach: na razowych ekologicznych (to ja), na kukurydzianych naturalnie bezglutenowych (dziecko) i na zwykłych pszennych (dziecko + mąż).

Miałam dodać paprykę, ale zjedliśmy surową. Też dobra :)

Kolejność łatwo poznać po obrazkach, zresztą żadna to filozofia, chodzi tylko o pomysł. 









A cukinia jak to cukinia zbyt fotogeniczna nie jest, choć bardzo się starałam jej nie zdefasonować:)
Mąż stwierdził, że lepiej smakuje jak wygląda i chyba ma rację.

Zapraszam do spróbowania!

niedziela, 15 września 2013

Powracam do formy, czyli my size's "old", but not me

... z cyklu "Uroda życia"


Jak już mieszczę się w tę  (najwęższą) spódnicę i w najwęższe dżinsy, to znaczy, że powoli wracam do świata normalnych ludzi :)


Jakby MATKA się do takich nie zaliczała. No trudno. Tak to czuję. Weszłam. I się chwalę. A pamiętam, jak rok, równo rok temu po odkryciu, że Ktoś we mnie zamieszkał, natychmiast pojechałam na niedzielę do Wrocławia wystrojona w tę najwęższą kieckę, bo świadoma byłam, że następnego razu może już nie być, wszak zostawanie po raz trzeci MATKĄ tuż przed czterdziestką nie musi się skończyć powrotem do starego rozmiaru.

Na szczęście się skończyło. 

Oto ja rok temu:



A to też ja teraz:)

Co prawda niedawno chwaliłam się już tą spódnicą pod pozorem pokazania minimalizmu w modzie, ale co to szkodzi pokazać się jeszcze raz? Dodałam ten sam żakiet i prawie tę samą bluzkę, tylko wzięłam buty na obcasach, bo wtedy były baleriny, ale trudno w końcu, abym przez cały dzień latała po Wrocku w wysokich obcasach:)

W każdym razie dopina się i dlatego mogą sobie być te szerokie poziome pasy, bo cienko w pasie jest. Cieszę się z tego podwójnie, bo w kierunku chudnięcia nie robiłam kompletnie nic. Najpierw nie mogłam ze względu na stan po urodzeniu, a potem nie miałam siły ze względu na obowiązki przy dziecku.

piątek, 13 września 2013

Maliny

... z cyklu "Wspominam sobie"

 

To akurat maliny u mojej Rodziny:)

 

Jeśli chodzi o maliny, to najlepsze były oczywiście kiedyś:) i oczywiście na Mazurach, gdzie jeździliśmy rok w rok na dwumiesięczne wakacyjne pobyty. No i oczywiście nie w ogródku, tylko w lesie. Nawet nie zrywaliśmy ich do garnuszków, tylko siedzieliśmy w tym lesie i drapały nas gałęzie, aż się do syta najedliśmy. A te pobyty to nie w żadnym pensjonacie, ośrodku wczasowym itp., lecz u Dziadka na wsi.

 

 

W ogródku i "na - tak zwanym - ogrodzie" (dalej od domu, takie mniejsze pole uprawne) to rosły ogórki, marchewki, koper, cebula, pietruszka i ziemniaki. Plus jakaś stara jabłonka, śliwa i grusza. Nikt nie sadził krzewów malin, bo to - i jeszcze jeżyny, jagody (czarne), a także borówki (czerwone) - rosło w lasach, które otaczają wieś z czterech stron świata. Zresztą i tak na przydomowych grządkach za dużo miejsca nie było, bo to wieś z rynkiem była. Taka, co to kiedyś, kiedyś prawa miejskie posiadała. Więc otaczały ją pola, pastwiska, a za nimi lasy.



Krowi raj: trawa, rzeka i cień pod drzewami

No i odkąd pamiętam, z tych pastwisk co rano i co wieczór pędziło się krowy. Dom Dziadka stoi przy samej ulicy, więc dwa razy dziennie słychać stukanie krowich kopyt o asfalt. I dziś także, bo niby dlaczego coś miałoby się zmienić?


I kto tu ma pierwszeństwo? Widzicie znak drogowy?

Kiedyś sama bywałam tam w wakacje, a w tym roku wysłałam swoje starsze Dzieci. Przywiozły mi zdjęcia, których użyłam w poprzednim wpisie. Bo i jezioro niedaleko (2 kilometry przez las), i rzeka (200 metrów ulicą)... Po prostu bosko!

 
Droga nad jezioro


Jezioro:)

Ale, ale! Wracam do malin. 
Dziś, to znaczy od dawna już, maliny rosną na działce moich Rodziców, która bywa dla nas źródłem różności pysznych. Takie maliny to owocują od wiosny do jesieni przez kilka ładnych miesięcy i człowiek ma wrażenie, że nigdy się nie kończą. Ostatnie ich owoce bywają jeszcze w listopadzie, o ile ich mróz nie zetnie.

Listki już ledwie, ledwie, ale malinki jeszcze całkiem, całkiem...

Są świetne do jedzenia, ale w okresie największego wysypu można się pokusić o zrobienie z nich czegoś pysznego na zimę, na pluchę i na pochmurne dni.


.
Oto słoik PRAWDZIWEGO SOKU Z MALIN!

Prawdziwego, to znaczy nie takiego jak w sklepach są, bo w ich składzie malin nie uświadczysz, a jeśli już to ilości od 0,5 do 1 % - najwyżej! Wiem, bo zeszłej zimy Mąż usiłował kupić taki sok ciężarnej żonie. I się mu nie udało. Nie mam nic przeciwko sokowi z buraka lub amerykańskiej borówki, ale niech się to nazywa Sok z buraka i Sok z borówki, a nie Sok z malin. Po prostu.

A tu są prawdziwe maliny z bardzo niewielką ilością cukru, bez kropli dodatkowej wody. 

Czysty Slow Food, a co! Prezent od Rodziców. Otworzę w potrzebie.