piątek, 6 września 2013

Śpiesz się powoli, czyli Slow Life po polsku

... z cyklu "Dyrdymałki"

 

Wspominam sobie...

 

Temat życia na wolniejszych obrotach (czyli takiego, które usiłuję od jakiegoś czasu prowadzić i opisywać:) powraca jak bumerang w prasie, w telewizji, na różnego rodzaju portalach internetowych, a ostatnio został wywołany do tablicy także na poświęconym minimalizmowi prostym blogu znanej blogerki Ajki, gdzie Autorka oraz jej czytelnicy z nostalgią wspominają jedyną bodaj jasną stronę ponurej epoki komunizmu: otóż czas dla innych i dla samych siebie.  


Bez wątpienia podejmowanie prób wdrażania idei minimalizmu służy dążeniu do celu, jakim ma być życie umiarkowane, proste (albo choć prostsze), bez nadmiaru obciążeń, które zwykle fundujemy sobie sami. Ostatecznie ma nam przynieść ulgę niespiesznego tempa, uwolnić od zbytecznych trosk o to, czego tak naprawdę nam nie trzeba, a co - zamiast nam służyć - tylko kradnie nasz czas. 

Dzieciństwo i wczesny wiek młodzieżowy mojego pokolenia upłynęły w schyłkowym, a zarazem najbiedniejszym chyba okresie komunizmu (ocet na półkach). W każdym razie takie miało się wrażenie po dziesięciolatce fundującego kredytowe banany Edwarda Gierka. Wtedy też moi Rodzice musieli się zmagać z trudami wychowania bezpampersowego, bezsłoiczkowego, bez automatycznej pralki, że o samochodzie i zmywarce nie wspomnę. To wszystko przy trójce dzieci oraz jednej pensji.

No właśnie. Na tej jednej pensji warto się chwilę zatrzymać, bo to właśnie ona wiele wyjaśnia. W kwestii ówczesnego "Slow Life'u", który w tamtych czasach zwykło się określać swojsko brzmiącym powiedzeniem "śpiesz się powoli". Pełniło to krótkie zdanko funkcję ostrzegawczą i było stosowane wymiennie z innym, równie uroczym, mianowicie: "Jak się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy." O ekstrawagancjach nazywanych dziś szumną etykietą "Slow Life" nikt nie słyszał, za to wszyscy bardzo dobrze wiedzieli, że ludzie, ich sprawy i czynności zasługują, a raczej wymagają koniecznej uwagi, gdyż brak takowej prędzej czy później (raczej to pierwsze, w każdym razie zawsze) na pewno się na nas samych zemści. Dlatego też robienie czegokolwiek, tudzież traktowanie kogokolwiek po tak zwanych łebkach zwyczajnie się nie opłaca i należy temu, co się robi poświęcać możliwie największą dawkę własnej uwagi. Nikt naszych Starszych Wiekiem tego nie uczył, w każdym razie nie pod szyldem "treningu uważności", "smakowania życia" i tym podobnych.

Ale wracając do wspomnianej już jednej pensji. Bogato nie było. Jednak było. No na przykład wczasów nie było, za to wakacje u dziadków w wymiarze dwóch miesięcy darmowe były - i Mama mogła tam z nami pojechać. Ciuchów co sezon (długo się domyślałam, co to sezon) nie było, za to dżinsy lub wyrób dżinsopodobny raz w roku był (i nie wolno było potargać), a kurtka zimowa to jak się wyrosło, zaś kupowało się na wyrost, by na dłużej starczyło. Na kawiarnię dla Rodziców nie było, za to na codzienną kawę z sąsiadkami czas był, gdy obiad w garnkach dochodził i się na Ojców Rodzin powrót z pracy czekało. Soków w kartonach nie było, za to owoce na jakieś dwieście słoiczków na zimę z działki były.

No właśnie. Temat działki już od dawna chodzi mi po głowie nie bez powodu, gdyż dziś Slow Food oraz częściowo Slow Life proponuje posiadanie własnego ogródka w celu polepszenia standardu życia. Własnego oczywiście. Nie wiem, w jakim stopniu dla moich Rodziców uprawa tego niewielkiego kawałka ziemi stanowiła relaks, a jeśli już, to czy takowy był zamierzony, ponieważ w tamtym czasie celem podstawowym było pozyskanie z tej ziemi jak największej ilości dóbr różnorakich. Łącznie z możliwością hodowli kur, a w porywach i prosiaków, jaką działka stwarzała, gdy się miało odpowiedni budyneczek postawiony. A więc wszelkiego rodzaju owoce - te na grządkach, na krzaczkach i na drzewach rosnące oraz po altance się pnące winogrona ciemne. A więc warzywa i jarzyny, co się je wprost z ziemi po wytarciu jadło młode, jak na przykład marchew lub rzodkiewkę czy kalarepkę. O ogórkach ze skórką i pomidorach czystych wprost z krzaczka nie wspominając. A więc koniczyna i lucerna pomiędzy drzewkami owocowymi rosnąca, do karmienia żywych stworzeń koszona i rwana. I to wszystko bez nawozu żadnego, co się zawsze z dumą podkreślało. I pamiętam kogel-mogel z jajka wprost na działce ukręcony (nie słyszałam o salmonelli).

No tak. Tylko że to wszystko w obfitości tak przeogromnej wymagało niemałego wkładu pracy. Efekt był wspaniały, gdy się miało własne owoce od maja do października. Świeże, niewymęczone transportem, w nieograniczonej ilości. Rwało się je solidarnie po szkole i w wakacje, potem niosło(!) wiadrami do domu, obierało, myło, słoiki z piwnicy na trzecie piętro nosiło, wkładało, zakręcało, gotowało (Mama) na kuchence do dziesiątej na wieczór, a na koniec padało do łóżek. To wszystko oczywiście nie my, nie dzieci, choć pomoc z naszej strony zawsze jakaś była. Stosowna do wieku, ale była. Bo musiała. Lecz to głównie na Rodzicach cała robota spoczywała. 

To JAK ONI TO ROBILI?! Nie wiem. Naprawdę nie wiem. I w dodatku nie do pomyślenia było, aby obiadu porządnego nie było. Porządnego, czyli co najmniej drugie danie złożone z mięsa lub ryby, ziemniaków i dodatku w postaci na przykład mizerii, zasmażanej kapusty, sałaty z działki (czyli ubłoconej najczęściej, więc wymagającej długiego płukania), sałatki z pomidorów itp. Za obiad "byle jaki" uchodziły wtedy naleśniki albo placki ziemniaczane, bo wymagały stosunkowo mniejszego nakładu pracy według Mamy, choć już nie według mnie.

Dziś się mocno zastanawiam, jak to możliwe, że Rodzice wtedy w ogóle nie narzekali. To znaczy narzekali, ale na co innego akurat. Na przykład na kartki. Albo na kolejki. Nigdy na działkę - z niej byli dumni (a my, dzieci, wraz z nimi), że mają tyle najlepszego jedzenia (owoce, warzywa, jarzyny, jajka, drób i czasem wieprzowinę) bez ograniczeń. Nigdy na brak samochodu - ci, co je mieli, musieli jakoś "zasłużyć" w tej komunie na talon (Tata nie chciał "się zasługiwać"), a także musieli skądś mieć na niego pieniądze, czyli oboje pracowali i tę drugą pensję w całości odkładali (dzieci z kluczem na szyi, brak obiadu w domu, a w szkole to wiadomo, że ugotowany z resztek pozostałych po zaopatrzeniu wszystkich "ogniw" po drodze),  wskutek czego jedli "chleb z margaryną" (i to nie były czasy ram, flor i tym podobnych wynalazków, wtedy palma była luksusem albo masło roślinne), a coś lepszego od święta, aby zaoszczędzić na to auto. Cytuję ze "świadectw" koleżanek mamy i moich, które wtedy słyszałam - być może były te "świadectwa" przesadzone. A najbardziej to na brak czasu nie narzekali. Kiedyś, choć już później, zapytałam ich o to. I dowiedziałam się, że jak to? Bo przecież oni czas mieli. Że przecież gdyby go nie mieli, to by działki nie uprawiali, kur nie hodowali, słoików nie zaprawiali i obiadów nie gotowali. No i by z dziećmi czasu nie spędzali, a spędzali, tak było, wiem, co mówię. Myśmy z nimi wszystko robili, ale w ogóle nie mieliśmy poczucia, że pracujemy, jak by dzisiejsze dzieci natychmiast rodzicom wypomniały. Bo na działkę biegliśmy po nasz "luksus", gdy inne dzieci miały kilka wymęczonych truskawek i pół kilo robaczywych czereśni z zieleniaka. Kwestia sposobu traktowania tego, co jest. A jak przyjemnie było wynieść na dwór michę tego, co się z działki do domu przyniosło. I częstować wszystkich naokoło. Miło. I za darmo.


Czyli mieliśmy niewiele i musieliśmy na to wszyscy dość ciężko pracować, ale żyliśmy z poczuciem, że jest dokładnie odwrotnie. Bo jakoś tak wpoili nam Rodzice, że więcej to nam wcale nie potrzeba. Że i tak mamy więcej od innych. Choć przecież auto bardzo ułatwiłoby nam życie, bo w popołudniowe odwiedziny do rodziny w sąsiednim mieście nie tłuklibyśmy się trzema autobusami - najpierw miejskim na dworzec, potem zwykłym do drugiego miasta i znów miejskim do właściwej dzielnicy. Tam kawa, ciasto, kanapki dla dzieci i pod wieczór z powrotem do domu dokładnie tym samym sposobem. Dla małolatów to była nawet frajda. Mniejsza dla Rodziców, a konkretnie dla Mamy, bo to z nią się przeważnie jeździło. No i, nawiasem mówiąc, kieszeni to nie rujnowało. Chyba. Skoro dość często jeździliśmy... Gdybym ja dziś miała tak odwiedzać z trójką dzieci własną siostrę, to bym sobie dała spokój. A myśmy się cieszyli (słowo!), że to tak niedaleko i że takie dobre połączenie - bo Mama miała już te wszystkie godziny odjazdów tak opanowane, że wiedziała, na który autobus należy się wybrać, aby to się pozgadzało.

No tak mniej więcej było. Tak to pamiętam. I gdy rozbieram to wszystko na czynniki pierwsze, widzę, że było tego naprawdę dużo do zrobienia, że wymagało to naprawdę sprawnej logistyki. Oraz że gdybym to ja dziś miała tak funkcjonować, to bym najpierw ogarniała (bo to jest jednak możliwe do zrobienia, choć wielkim kosztem), potem narzekała, a na końcu bym zwariowała albo innych doprowadziła do szaleństwa wytworzoną przez siebie samą atmosferą pośpiechu i ciągłej gonitwy.

A Oni nie. Oni inaczej. Spokojnie. Będzie, co będzie. Przecież wszystko się zrobi. I na czas. Bo się zrobić musi. I odpocznie się. A jakże. 

Pozazdrościć.

Wszystko to jest jak widać kwestią podejścia, sposobu przeżywania i po prostu właściwego stosunku do życia. Są bowiem sprawy, które w danym momencie trzeba załatwić, których nijak ominąć się nie da i które wymagają sporego wysiłku. A to wszystko zależnie od czasów. Kiedyś wcale nie było mniej obowiązków, tylko one były zupełnie innego rodzaju. No i ludzie zupełnie inaczej do nich podchodzili. Bez nadmiernych materialnych żądań i na luzie. Dziś byśmy powiedzieli: minimalistycznie i w duchu Slow Life.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.