niedziela, 1 września 2013

Staję na palcach, czyli o pożytkach z niewiedzy

... z cyklu "Czytam sobie"

 

Wakacje, wakacje...

 

Kiedy czytam swój ulubiony tygodnik, często jestem pytana, dlaczego właściwie robię to od deski do deski. Bo najpierw go przeglądam, patrzę, co jest i cieszę się na to, co mnie szczególnie interesuje. Podczas czytania jednak nie pomijam niczego, co pismo zawiera, a zakres tematyczny odnajduję w nim dość szeroki.


Wiadomo przecież, że nie wszystko interesuje mnie (jak i każdego normalnego człowieka) w równym stopniu. Wiadomo, że nie na wszystkim się znam, nie o wszystkim kiedykolwiek słyszałam i że niektórych opisywanych zagadnień zwyczajnie nie ogarniam. Z takiej astrofizyki na przykład. No ale już w połączeniu z filozofią... Albo i z teologią chrześcijańską... Podobnie przedstawiają się sprawy, gdy akurat odbywa się w kraju jakiś festiwal muzyki dawnej albo i całkiem współczesnej. Wtedy łamy (niektóre) tygodnika wypełniają arcy-fachowe wynurzenia speców od muzykologii i to bardzo zaawansowanej. Trudno je zrozumieć tak zwanemu zwykłemu człowiekowi, czyli mnie. No ale swego czasu trudno mi było pojąć dodawanie ułamków zwykłych oraz rozbiór logiczny zdania pojedynczego, a teraz proszę! Umiem to :)! To, a nawet więcej. Co oczywiście wcale nie oznacza, że zamierzam przy pomocy prasowych artykułów wykształcić się na muzykologa tudzież astrofizyka - teologa, jak - nie przymierzając - ksiądz Michał Heller. Ale z czasem, pomalutku, powolutku coś (częściowo) zaczynam kojarzyć, coś (po trochu) mnie wciąga i ... I koniec. Nie zgłębiam, nie kontynuuję tematu. Nie chcę. Nie muszę. Tyle co przeczytane w gazecie przy śniadaniu całkiem mi wystarczy. To jest dla mnie rozrywką. To mnie bawi. Czysta perwersja. Wiem. Wiem, to nienormalne, że bawi mnie fakt, iż nie wiem i się nie dowiem tak wielu rzeczy. Nie mówiąc już o ich zrozumieniu. Ale! Zachowuję spokój :)). Gdyż zdarzają się przy porannym mym czytaniu także treści, które bardziej niż inne mnie interesują, a nawet ekscytują. Które czytam jednym haustem, zachłannie, które od razu głośno (albo cicho - Dziecko śpi) komentuję. Bo się z nimi zgadzam albo wręcz przeciwnie. A komentuję, gdyż się akurat na jakimś zagadnieniu znam - hura! hura! 

No i właśnie niektórzy uważają za stosowne zwrócić mi czasem troskliwą uwagę, że właściwie to ja chyba tracę czas. Tak czytając o tym, co mnie nie interesuje, nie dotyczy, czego nigdy nie zamierzam się nauczyć ani nad czym nie zamierzam się pochylić. I być może, że zaśmiecam sobie umysł, jakbym miała jeszcze mało spraw na głowie. No po prostu chyba więcej sensu miałoby wyłuskiwanie tylko treści, które jakoś tam mogą mnie dotyczyć. I ich zgłębianie. Bo może być, że na inne to tak trochę czasu szkoda. Tak niektórzy uważają za stosowne mi uprzejmie napomknąć. A, i jeszcze dorzucić z satysfakcją lekko sarkastyczną uwagę, że skoro pochłaniam wszystko, jak leci, to pewnie tak naprawdę nie interesuje mnie nic, za to się snobuję i mam aspiracje. Tak zwane. Oczywiście.

A ja lubię sobie czytać takie treści, do których zmuszona jestem choć troszeczkę stanąć na palcach. Gdyż normalnie to mój wzrok tam nie sięga. A gdy się trochę podniosę, widzę więcej. I horyzont się rozszerza, a co! Wiadomo, tak próbują dodać sobie centymetrów małe dzieci. By zobaczyć, co dorośli postawili na tym stole, co ukryli na wysokiej dla nich szafie. Ciekawość im każe. A z czasem dorastają i już wszystko wiadomo. Że na stole kilka brudnych naczyń i gazeta, a na szafie stos pokrytych kurzem pudeł. Aż wreszcie dorastają i rzeczy dotychczas poza zasięgiem rąk oraz wzroku stają się w prosty sposób osiągalne. Jak to w życiu. Bo też jeśli chodzi o wiedzę, tak samo jest. Gdy się czegoś dowiesz, liźniesz nieznajomych jakichś pojęć, chcesz więcej. I nawet niekoniecznie musisz tego od razu szukać (choć i tak się zdarza). Czasem wystarczy ci poczucie choć niewielkiej satysfakcji, gdy napotkasz coś, co wcześniej już widziałeś i mniej więcej już kojarzysz, o co chodzi. Jakbyś trochę podrósł i więcej widział.

Takie proste, niepozorne wręcz korzyści są dla mnie cenne. Ale z biegiem lat przychodzi coś jeszcze innego. Cenniejszego. To nie jest pogłębiona bardzo wiedza ani poszerzony daleko horyzont. To coś więcej. To poczucie niemożności ogarnięcia wszystkiego wynikające z wielokrotnego stanięcia naprzeciw nieznanego i niezgłębionego, choćby to niezgłębione dla mnie należało do podstawowego zakresu wiedzy innych, a przynajmniej niektórych. Niby nic, niby banał. Tylko że kiedy nie spotykasz ludzi, którzy więcej od ciebie wiedzą, gdy nie dotykasz treści, których nie rozumiesz, to ze wspomnianym biegiem lat zaczyna ci się wydawać, że tak właściwie to wiesz wszystko albo prawie wszystko, a to, czego nie wiesz, tak naprawdę wcale nie jest ważne, a poza tym szkoda na to czasu, bo i tak jest niepotrzebne do niczego. A wtedy - a jakże! - zaczynasz dawać rady. Pouczać. A nawet nauczać. Albo i sądzić. Bo przecież ty wiesz. Wiesz bez wątpienia. Bo i jakie masz mieć wątpliwości, skoro w swojej dziedzinie dowiedziałeś się, jak ci się wydaje, już wszystkiego, zaś dziedziny pozostałe nie mają większego znaczenia. W każdym razie dla ciebie. Więc masz tę pewność. Więc wiesz, że wiesz, zatem masz prawo sądzić. A ci, co mają wątpliwości, według ciebie po prostu są niedouczeni, zbyt mało wiedzą. Skoro zaś się od osądzania powstrzymują, a jeśli już, to swą wypowiedź niuansują, to chyba wcale nie powinni się odzywać, lecz wpierw douczyć. By mieć pewność.

No tak. I właściwie to jest racja. Ten kto powstrzymuje się od jednoznacznych sądów, rzeczywiście wie, że mało wie. A cała heca polega na tym, że pozostali, jeszcze mniej wiedzący i dlatego właśnie pewni swej pewności jak nikt inny, też tak o wstrzemięźliwym w sądach myślą. Że mało wie. A skoro tak, to dobrze, że siedzi cicho i tylko niech nie wchodzi nam w paradę, niech nam nie przeszkadza w pouczaniu, nauczaniu, rad jedynie słusznych dawaniu.

Tego nie chcę. Tego się boję. Stanięcia kiedyś w pewności, że wiem wszystko, a w każdym razie tyle, aby czuć się w prawie osądzać i pouczać zamiast wspierać, trwać i poszukiwać. Dlatego z chęcią i determinacją czytam zwłaszcza to, czego nie znam. I z radością przyjmuję do wiadomości fakt, że jest tylu ludzi znających się tak dogłębnie na sprawach, o których ja cieszę się, że mogę się dowiedzieć, że one w ogóle istnieją. I że oni od czasu do czasu próbują w tym moim ogólnym tygodniku coś napisać językiem dla laików. Dla mnie. Bo ja, dzięki temu, że tak staję na tych palcach, ciągle jeszcze, mimo wieku, trzymam pion*. Przynajmniej tyle.

*Trzymać pion - w moim rozumieniu to tyle, co: patrzeć w górę z zadartą głową i wyciągniętą szyją, a nie garbić się, aby, kiwając wskazującym palcem, pouczać, osądzać z pozycji tej, co to z racji wieku wszystkie rozumy posiadła i teraz hojnie z nich udziela. Zgarbić to się można, a nawet się powinno, tylko w celu pochylenia się do kogoś, wsparcia i podania ręki. 

Tyle. Koniec. Niech się zacznie już ta niedziela. Deszcz mi w rynnach chlupocze. Uwielbiam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.