środa, 18 września 2013

Święta naiwności albo "life is brutal"


"... and full of zasadzkas" - chciałoby się powiedzieć. Jak się kiedyś dowcipnie mawiało:)


Zagłębie komarów wokół mojego domu

 

Z cyklu "Dyrdymałki" 

 

To już jesień...

No bo tak. Dopóki wakacje - piątka dzieci w domu, w tym dwoje przyszywanych plus niemowlę dwu, a potem trzymiesięczne. Po pierwszym września - jedno własne niemowlę w czwartym, a nawet już w piątym miesiącu życia. Żywotne bardzo. A nawet bardzo bardzo. Dopóki wakacje - cisza o poranku = małe śpi = czas dla siebie = czytanie czegoś miłego = dobry nastrój na trudy całego dnia. Po pierwszym - usilne próby zachowania ciszy o poranku przez dwoje wybierających się do szkół i jednego wychodzącego do pracy + jeszcze usilniejsze usiłowania:) utrzymania w trybie nocnym niemowlaka (coraz rzadziej zakończone sukcesem) = napięcie, bezsilność, frustracja i głód (śniadania) oraz niemożność dokonania najskromniejszej choćby porannej toalety. Dopóki wakacje - wydatna pomoc (zabawianie i spacerki przed domem) czwórki Starszeństwa uwielbianego przez Najmłodsze i vice versa. Dziś - wyraźnie widoczny 
B R A K  takowej. Dopóki sierpień - regularne dłuższe drzemki dziecięcia najmłodszego i chwila na kawkę oraz beztroskie blogowanie:) za dnia. Wrzesień to już prawie ciągłe radosne kwiki dziecięcia domagającego się noszenia, podskakiwania, podśpiewywania lub kwiczenia (do wyboru), z rzadka przerywane krótką drzemką następującą po coraz dłuższym wymachiwaniu wózkiem w te i we wte. Co to oznacza, pisać tu nie muszę, bo wie to każdy, kto miał dziecko jeszcze nie chodzące, siedzące też nie bardzo, za to ciekawe świata niezmiernie. Świata poza łóżeczkiem, kojcem i kocykiem naturalnie. No. No więc zimna kawa - ale to w sumie praktyczne, bo jak zimną chlupnę na dziecko, nic się nie stanie. Plama to naprawdę nic w tej sytuacji. No więc na śniadanie kanapki, ale wszystko osobno na talerzu, aby dało się wsadzić do ust bez ryzyka rozrzucenia składników wokół nas - choć to przecież takie malownicze. No więc ciepły posiłek około wieczora, gdy już ktoś wróci i zdejmie mi z rąk słodki ciężar. Który nawiasem mówiąc coraz cięższy, co też nie ułatwia. O praniu, sprzątnięciu lub choćby ogarnięciu domu zapominam na sześć dni w tygodniu. Idziemy po całości w sobotę. I nie zawsze się wyrabiamy, jak na przykład jest coś do załatwienia na mieście, czyli trzeba coś kupić do jedzenia, ubrania (dzieciom, bo ja nie potrzebuję już nic:) 




Tak teraz z grubsza wygląda Slow Life in my way:) I wszystko się zgadza. Jeśli się uparcie utrzymuje, że Slow Life to stan umysłu. Jeszcze się tego trzymam. Jeszcze daję radę.  W końcu nie jestem debiutantką. W końcu to jest trzecie dziecko. 




Jeszcze mam nadzieję. Święta naiwności? Może. Tak. Miało być śmiesznie. No trudno, "life is brutal". Ale jednak widzę to "światełko w tunelu":) - gdy patrzę na to zdjęcie mojego Najstarszego Dziecka.

Może to kogoś zdziwi, że tak narzekam, a mimo to piszę. No właśnie. Mimo to. Co słyszę w tle, nie wspomnę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.