środa, 16 października 2013

"Co w szafie piszczy?", czyli nowy cykl na blogu

 ... z cyklu "Co w szafie piszczy?"

 

 

Marzy mi się blog, który pokazałby autentyczną zawartość autentycznej szafy autentycznej kobiety. Oraz jej autentyczne próby sensownego ubrania się każdego dnia.


Odkąd piszę swój blog, odwiedzam także wiele innych, a niektóre nawet znajdują się na mojej liście blogów obserwowanych. Sporo wśród nich blogów tak zwanych "modowych". Jedne znane bardzo, inne trochę mniej, ale ich popularność nie ma większego znaczenia dla moich obserwacji i nasuwających się po nich wniosków. No, może "wniosków" to za duże słowo, trafniej byłoby użyć "refleksji". A więc nasunęło mi się kilka luźnych refleksji, którym pozwolę tu zaistnieć, wszak to mój blog i mogę na nim pisać, co chcę:)

Po pierwsze - bardzo lubię oglądać modę na zdjęciach. Zwłaszcza modę "do noszenia" i zwłaszcza na zdjęciach amatorskich. Taką można znaleźć na blogach. Od dwóch lat obserwuję jeden znany blog, zaś od paru miesięcy kilka tych mniej znanych. Ewoluują. Na początku każda blogerka - bo jakoś nie dotarłam do żadnego modowego blogera - pokazuje, co ma najlepszego. W sensie świeżości spojrzenia na modę. Zestawy bywają mniej lub bardziej typowe, jednak zawsze czymś zaskakują. Bo tak ma być. Bo o tę oryginalność w każdym blogu chodzi.
No, ale mija miesiąc,dwa, trzy... Mija pół roku. To jeszcze pół biedy, bo pora roku nie zdążyła się powtórzyć, więc wyciąga się z tej szafy, co w niej jest i po problemie. Gorzej, gdy mija rok i pokazało się już wszystko, co było do pokazania. Aaa! Nowości! No przecież szafę się uzupełnia, nowe z nowym sezonem rzeczy kupuje. Załóżmy, że tak, że chodzimy na zakupy i mamy nowe ciuchy. Tylko ile? 

A więc po drugie - ile normalny człowiek (w tym wypadku dziewczyna lub całkiem dorosła kobieta) jest w stanie "przetrawić" ubrań w ciągu roku? Złośliwy odpowie: tyle, na ile ją stać - i będzie to w przypadku niektórych prawda. Wiadomo, że modowe blogi mają być inspiracją, mają pokazywać przykłady, prowokować do zmian, zachęcać do odważnych ciuchowych decyzji albo - przeciwnie - podpowiadać, jak się zwyczajnie, a odpowiednio do sytuacji, ubrać. Okey. Teoretycznie prezentowane zestawy nie powinny się powtarzać, bo nie miałoby to sensu. Zdarza się jednak, że niektóre blogerki wykorzystują te same elementy stroju więcej niż raz. Najczęściej dwa, a rzadko trzy razy. Robią to albo z braku funduszy na wciąż nowe ciuchy, albo w odpowiedzi na pojawiające się w komentarzach złośliwe pytania, jak to jest, że ciągle mają coś nowego, skąd mają na to pieniądze i w ogóle to gdzie one to wszystko mieszczą?! Chcąc udobruchać czytelniczki, wrzucą od czasu do czasu jakiś stary (czyli na przykład mający trzy miesiące i założony do tej pory jeden raz) element i okraszą go szumnym wpisem, że oto właśnie uroczyście założyły kolejny raz tę samą rzecz i fakt ten uwieczniają na zdjęciu zamieszczonym na ten dowód we wpisie.

Wiarygodne to to nie jest i nikt nie udaje, że ma takie być. Wszak wszystkim blogerkom chodzi o to (i nic w tym złego, żeby nie było, że zawiść przeze mnie przemawia), aby pozyskać sponsorów, którzy zechcą obdarowywać je ciuchami w celu zareklamowania się. Trzeba tylko wpierw zdobyć odpowiednią liczbę odwiedzin na blogu. Chyba nie jest to bardzo trudne, gdyż:

Po trzecie - nawet na tych - wydawałoby się - najmarniejszych (złe słowo, powinnam napisać: najskromniejszych) blogach widoczne są marki, co sugeruje udział jakichś sponsorów. A może się mylę? Wyprowadźcie mnie z błędu, jeśli tak.

Po czwarte i z moich wniosków (sorry, refleksji) chyba najważniejsze - zapytam głupio, bardzo głupio: na co komu tyle ciuchów? Po co pisze się na blogu, że się będzie w spodniach chodzić w różnych konfiguracjach (no bo przecież pasują do wszystkiego) przez kilka sezonów, skoro już w następnym tygodniu pokazuje się - i przekonująco stwierdza - że się właśnie zakupiło kolejny absolutny hit, całkowicie zaskakującą nowość, która - uwaga! uwaga! - posłuży nam kilka sezonów. I będzie pasować do wszystkiego. W następnym tygodniu tak samo przedstawia się inne spodnie, tudzież sweterek, apaszkę, torebkę czy płaszczyk. 

Przyznaję, że trochę mnie to denerwuje, a z czasem to nawet coraz bardziej. Niby wiem, co to konwencja bloga. Niby rozumiem instytucję sponsoringu (jakkolwiek to brzmi). Niby przyjmuję do wiadomości cele blogerek (te deklarowane i te nie). Że mają być przykłady, inspiracje i najnowsze trendy. Nawet wtedy, gdy się jednego dnia stwierdza się, że "trendy właśnie umarły" i już wszystko jest modne tylko po to, by następnego radośnie oznajmić, że oto "według najnowszych trendów..." itd. Efekt jest taki, że żadnego modowego bloga nie da się śledzić dłużej niż pół roku, no góra dwa razy tyle, czyli rok cały. Nie dłużej, bo po prostu zaczyna on zjadać własny ogon, jego autorka zaczyna pleść trzy po trzy, przeczyć sama sobie i jeśli udaje jej się uniknąć śmieszności, to wykazuje się niezwykłym na tym polu talentem.

Te spostrzeżenia nie dotyczą profesjonalnych blogów o modzie, nastawionych na prezentowanie tego, co pojawia się na pokazach, w prasie, w showroomach itd. One z założenia eksponują stale nowości i nikt tu nikogo nie czaruje, że w tym chodzi, że to jego. W odróżnieniu od dziewczyn pokazujących niby to zawartość własnych szaf po to, aby zainspirować czytelniczki i ewentualnie zapytać je o opinię. Przepastne muszą to być szafy. Zaiste. Skoro mieszczą w swych wnętrzach, skromnie na oko szacując, po piętnaście t-shirtów, ze dwadzieścia bluzeczek, co najmniej dziesięć koszul, z piętnaście sukienek, tyle samo spódnic, spodni itd., długo by wyliczać. 

Nie przeszkadza mi istnienie takich blogów. W żadnym razie. Fajna działalność, jeśli ktoś nie ma lepszego pomysłu na spożytkowanie energii i się nudzi. 

Marzy mi się jednak blog, który pokazałby autentyczną zawartość autentycznej szafy autentycznej kobiety. Oraz jej autentyczne próby sensownego ubrania się każdego dnia. Z lepszym lub go... mniej lepszym skutkiem. Dodatkowo odnotowujący ewentualne ciuchowe zakupy wraz z ich uzasadnieniem albo właśnie stwierdzający kompletny brak uzasadnienia, takie zakupowe szaleństwo, nierzadko odżałowane. I zestawy kompletowane (a często kombinowane) każdego dnia. Także wtedy, gdy pogoda niepewna i zupełnie nie wiadomo, co założyć. Albo w dniu, gdy nie zdążyło nam wyschnąć pranie, więc brakuje niektórych elementów, co się je w pocie czoła zaplanowało. Na święto i na co dzień. Do pracy i do parku. Oficjalnie, wieczorowo (ale bez przesady, no bo kto tak naprawdę miewa takie ekstraokazje?) i całkiem porannie, wygodnie, lecz nie sportowo. I tak dalej, i tym podobnie. Każdy (i każda) wie, o co chodzi.

Zastanawiam się, czy taki blog w sieci istnieje. Szczerze mówiąc, nie przykładałam się za bardzo do poszukiwań. Może dlatego, że sama mam ochotę coś takiego popełnić:) Taki mały eksperyment. Który przy okazji zaspokoi właściwą większości kobiet (sorry, jeśli nie chodzi akurat o Ciebie, szanuję to:) potrzebę pozowania do zdjęć po uprzednim ubraniu się w to, co się przez lata (naprawdę!) w szafie zgromadziło. No i przy okazji utrwali się tę figurę, która, jak wiadomo, wieczna nie jest, ten wiek, bo w końcu to już "z górki" i w ogóle, pamiątka będzie. Podobno teraz od tego ma się blogi. Tak mówią blogerki. Że na pamiątkę. Nie wierzę im. Ale przecież ja to co innego:)) Więc do dzieła! 

Na początek spróbuję sfotografować całą zawartość mojej szafy i napisać, ile co ma mniej więcej lat, a także jakiej jest marki (jeśli jest) i ile kosztowało (jeśli pamiętam). Spróbuję wstawić zdjęcia każdego zestawu, w którym będę wychodzić gdzieś poza własne podwórko. Będę miała ułatwione zadanie, gdyż przebywam na urlopie macierzyńskim i nie co dzień idę na tak zwane miasto. Dziecko na powietrze wyprowadzam przed dom, a poza ogrodzenie wypuszczam się wtedy, gdy dopadnie mnie na to ochota. Codzienne zakupy nie zaprzątają mi głowy, ponieważ załatwiamy je raz w tygodniu, a drobiazgi typu pieczywo Mąż dokupuje po drodze z pracy. Szczerze mówiąc, tylko takie sprzyjające okoliczności pozwalają mi podjąć ten wątek na blogu. Gdybym miała codziennie ubierać się do pracy, opiekować dzieckiem, domem i ogólnie ogarniać codzienność, nie znalazłabym czasu na tego typu fanaberie. A tak, będę je sobie realizować, bo chcę. Bo sądzę, że sprawi mi to przyjemność. Może przy okazji zmobilizuje to większej ciuchowej kreatywności. Postaram się nie powtarzać zestawów, jednocześnie wykorzystując wielokrotnie te same elementy. To będzie czas próby - do tej pory wydawało mi się, że w mojej szafie większość rzeczy do siebie pasuje. Teraz okaże się, czy to prawda, czy pobożne życzenia. 

Sprawdzę, kiedy zacznę się całkowicie powtarzać i będzie to sygnał, że pora zwijać wątek. No bo przecież nie zacznę kupować ubrań tylko dlatego, aby zrobić fotkę na blog. A u mnie w szafie ciuchy żyją naprawdę bardzo długo. Bluza - rekordzistka ma 20 (słownie: dwadzieścia!) lat i ciągle jest w użyciu, choć już 10 lat temu zmieniła status z "wyjściowej" na "domową".

Już się cieszę, a na dobry początek kilka zdjęć, które pojawiły się już na tym blogu (plus ostatnie nowe) i które pokazują moje ciuchowe "haczyki", czyli elementy, które "zahaczają" jedne o drugie, tworząc różne kompozycje.

Lato 2013

Lato 2012

Lipiec 2013

Wrzesień 2013

Wrzesień 2013

9 komentarzy:

  1. Czekam niecierpliwie na te posty:) a czemu twarzy nie pokazujesz?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aga, taka koncepcja:). No i trochę jednak pokazuję:)

      Usuń
  2. Jest ogromna ilość blogów tego typu, o którym mówisz. Powiedziałabym nawet, że duża większość blogerów ma powtarzające się zestawy.
    Nie wiem, jakie blogi oglądasz, ale z tego, co zauważyłam te najbardziej promowane działają na tej zasadzie. Poza tym większość młodych dziewczyn odsprzedaje ciuchy dalej, a potem kupuje coś nowego i to pokazuje i w ten sposób to się kręci.
    Sama mam uzbierane ok 150 różnego typu rzeczy na górę, ok 30 par spodni, 50 spódnic, z 20 sukienek.. Mam 26 lat, zbieram od ok 15. Wszystko mieści się ładnie w małej szafie. Nie wszystko do siebie pasuje, ale też nie kupuję za dużo i nigdy nic nie wyrzucam, ewentualnie przeznaczam do recyklingu lub oddaję komuś, lub szyje coś innego. W galeriach handlowych nie kupuję 2-3 razy do roku jak nie rzadziej, najwięcej używanych.
    Trzymam kciuki za tę serię! Polecam założyć profil na szafa.pl - o wiele łatwiej dodawać zdjęcia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 50 spódnic?? matko i córko...

      Usuń
  3. Myśle, ze w tej refleksji jest pewien błąd rozumowania ;) Otóż, gdy blogerka wychwala wielofunkcyjnosc jakiej części garderoby a potem i tak słuch po niej ginie (po ubraniu, nie po blogerce) nie oznacza, ze blogerka drugi raz tego ciuszka nie włoży. Być może pomiędzy sesjami zdjeciowymi codziennie chadza w tych, dajmy na to, spodniach w najróżniejszych zaestawieniach. Często blogerki piszą, ze nie chcą zameczac obserwatorów, żądnych świeżej krwi, tym samym
    ciuszkiem. Życzę powodzenia, bo za grosz nie mam wyczucia modowego ale poogladac innych lubię ;)
    I.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję i zapraszam ze skromną nadzieją, że na coś się może przydam:)

      Usuń
  4. Blogi o modzie są świetne, a dziewczyny które prezentują stroje niejednokrotnie wyglądają po prostu bajecznie! Co nie zmienia faktu, że mnie, zwyczajnej dziewczynie wstającej codziennie o 6 (ostatnio 7 dni w tygodniu), chodzącej do pracy, na fitness i spotykającej się z ludźmi ciężko jest się na nich wzorować.Mam wrażenie, ze to są zestawy stworzone na góra 1,5h i jeżdżenie taksówką/samochodem albo siedzenie w biurowcu. Pięknym bloggerkom nigdy nie jest zimno, szpilki nigdy nie są za niskie, a makijażu nigdy dość. Tymczasem ja jestem niską, szybko marznącą, przemykającą po normalnych nierównych chodnikach dziewczyną.
    Fajny pomysł, będę zaglądać na 100% :)
    Z drugiej strony uważam, że lepiej mieć mniej ubrań, tworzyć z nich fajne zestawy, najlepiej jak większość rzeczy do siebie pasuje i zmieniać, zmieniać :) przecież co sezon można podreperować szafę 1 parą spodni, kilkoma parami rajstop, czy bluzeczką. Gust się zmienia, moda się zmienia, fasony, a minimalizm pozostaje niezmieniony :) mniej zestawów, mniej czasu przed szafą, więcej czasu spędzonego na hobby lub z rodziną/przyjaciółmi

    Przepraszam, ze komentarz jest aż tak dlugi, ale trafiłaś dokładnie w to, o czym od dłuższego czasu myślę.

    Pozdrawiam, Agnieszka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ nie ma za co, długie komentarze sprawiają wiele przyjemności. Moje zamierzenia dość dokładnie pokrywają się z Twoimi oczekiwaniami, więc wszystko przed nami. Zapraszam i pozdrawiam!

      Usuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.