sobota, 19 października 2013

Moda i wygoda - kozaki na jesień

... z cyklu "Co w szafie piszczy?"

 

 

Jeśli chodzi o wygodę w modzie, to najważniejsze są według mnie wygodne buty.


Problem w tym, że takie buty zwykle kojarzą się wszystkim z rozczłapanymi łapciami (jak dla mnie tak wyglądają wszystkie "emupodobne"), ewentualnie sportowymi sandałami (no, z tych zabudowanych to najwyżej z adidasowatymi lub trampkowatymi), a w ekstremalnie "eleganckim" wydaniu z balerinami.

Te wszystkie buty są z pewnością bardzo wygodne i większość normalnych kobiet je w swojej szafie posiada, bo żyć bez nich nie sposób.

Jednak! Jednak na posiadanie wyłącznie takich może sobie pozwolić chyba tylko uczennica, studentka albo osoba mająca pracę absolutnie niewymagającą NIGDY bycia elegancką. O, przepraszam, uczennica lub studentka może być w oficjalnej sytuacji elegancka i w balerinach. Całkiem dorosła kobieta już nie. Według mnie. No tylko porównajcie sobie w lustrze ten sam zestaw w obcasach i w balerinach, a zrozumiecie. 

Dobra, nie chodzi tylko o formalny wymóg elegancji. Ja lubię buty na obcasach, bo mi moje niezbyt długie nogi czynią trochę dłuższymi i ogólnie sylwetka mi się jakaś taka smuklejsza robi.

Natomiast niektórzy projektanci szpilek albo innych butów na obcasie z uporem maniaka wmawiają nam, że ich buty jednak są wygodne, że można w nich nawet biegać. Któryś próbował, że tak twierdzi? Bo mnie życie miłe. Nogi też swoje lubię, więc połamać nie chcę.

Do rzeczy. Czy da się przez CAŁY DZIEŃ chodzić w butach na obcasie? Będąc w pracy wymagającej chodzenia, niechby i w pomieszczeniu, a nie tylko siedzenia za biurkiem, pod którym można ewentualnie buty niewygodne zrzucić? Otóż da się. Tylko zależy na jakim. Obcasie oczywiście. 

Nie będę opowiadać bajek, że do własnej pracy podążam piechotą na klasycznych obcasach (choć to o rzut beretem), że w niej kilka godzin w takich butach biegam, a następnie z uśmiechem na ustach wracam (także piechotą) do domu, by z kolei oddać się takiemu samemu bieganiu, tylko w sprawach kuchenno - pralniano - porządkowych. Z uśmiechem na ustach naturalnie.

Co wcale nie znaczy, że całkiem rezygnuję z codziennego poprawiania sobie humoru (czytaj: optycznego wydłużenia nóg przy pomocy odpowiedniego obuwia). Nie, nie. Chodzi tylko o to, że jakieś cztery albo pięć (zabijcie mnie, nie pamiętam) lat temu siłą determinacji weszłam w posiadanie obłędnych jak dla mnie wysokich do samych kolan zamszowych kozaków na wysokich kauczukowych koturnach. 

I tu właśnie jest pies pogrzebany. Są na koturnach z kauczuku - ważne, że te koturny są całe (tzn. w środku też) z tego kauczuku, bo to powoduje niesamowitą amortyzację stopy podczas chodzenia. Tego nie zrozumie żaden facet, żaden projektant butów. O ile sam oczywiście nie chodził na twardych obcasach. Widzę po sklepach wiele takich kozaków, ale nie kupiłabym żadnych, bo wszystkie wyglądają, jakby ich koturny tylko były tym kauczukiem (wiem, uczepiłam się go) obite po wierzchu, a w środku siedział jakiś sztywny plastik lub drewniany klocek. Chodzenie w takim czymś dłużej niż godzinę boli. Nie jestem masochistką. Dziękuję. 

Te kupiłam kilka lat temu, więc zdążyły mi się do stóp dopasować i nawet obcierały mnie tylko kilka dni. Chodzę w nich na okrągło, choć nie są ocieplane, wkładam wtedy grube skarpety po prostu. W ogóle się nie niszczą, wciąż jak dla mnie wyglądają obłędnie, są naprawdę świetnej jakości i tu powinna paść nazwa marki, ale nie padnie, bo nie chodzi o markę, tylko o zasadę. Były drogie - jak dla mnie. Około 450 złotych. Dla mnie sporo, to najdroższa rzecz do ubrania, jaką mam, jaką wszyscy mamy w domu. Było warto. Te buty nosiłabym na okrągło, nawet latem, do czego zresztą namawia mnie mój Małżonek, mówiąc, żebym się nie przejmowała, tylko brała przykład z amerykańskich seriali, gdzie bohaterki chadzają w podobnych jak rok długi, nawet do krótkich rękawów.

Ja takiego hardcoru nie uprawiam i ograniczam się do wiosny, zimy i jesieni:) Zakładam do dżinsów wąskich i szerszych, do spodni w kant i do ołówkowych spódnic. Nie rezygnuję z nich przy wąskich spódnicach dżinsowych i przy szerokich eleganckich marszczonych. Nie muszę chyba wspominać, jak doskonale prezentują się z koktajlową sukienką na popołudniowej uroczystości? Z koszulową bluzką i ze swetrem. Tym dopasowanym i tym rozwleczonym. Do kurtki i do marynarki. Po prostu je uwielbiam.

Podsumowując:
  • odpowiednia (czyli bardzo, bardzo, choć nie powyżej kolan) wysokość cholewki wydłuży nogę,
  • zgrabne koturny z miękkiego kauczuku pozwolą chodzić w nich (nie tylko spędzić) cały dzień z bez porównania mniejszym wysiłkiem niż w klasycznych twardych obcasach,
  • najwyższa jakość - pozwoli używać ich przez kilka lat i nie dość, że się nie rozpadną, to jeszcze będą wyglądały prawie jak nowe, a w każdym razie niezniszczone, a poza tym ta jakość często (choć nie zawsze, przyznaję) zapewnia wygodę (ze względu na jakość kopyta, na którym but robiono - tak słyszałam w tv i chyba to jest prawda).

Pozostałe rzeczy, które mam tu na sobie to:
  1. Sweter Charles Vögele z wyprzedaży - 20 zł i 4 lata stażu (bardzo mięciutki i wcale się w praniu nie rozciąga)
  2. Spódnica De Facto z wyprzedaży (choć ołówkowa, to ze stretchem, więc wygodna) - 30 zł i 2 lata stażu
  3. Kurtka całkiem no name z Makro - 60 zł i 10 lat stażu (ma okropny kołnierz, więc zakrywam go golfem albo innym szalem)
  4. Rajstopy Consay 60 den - 6 zł i 7 lat stażu (nie noszę ich codziennie, ale i tak są nie do zdarcia:)
  5. Kozaki Prima Moda - 450 zł i 5 lat stażu (best of the best of the best!)





2 komentarze:

  1. Jak tylko zobaczyłam zdjęcie to buty wpadły mi w oku super brakuje mi akurat takich na jesienne wyjścia w spódnicy czy w spodniach o wąskich nogawkach.Oj muszę teraz szukać takich bucików:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Mąż ma rację, kozaczki fajne, na cały rok, tez letnie chłodniejsze dni, czy do letniej sukienki, szortów w upalny dzień

    OdpowiedzUsuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.