środa, 13 listopada 2013

Jeszcze niedzielnie

... z cyklu "Co w szafie piszczy?"

 


Jakoś tak nie było miejsca na wrzucenie tu tego, w czym chodziłam po świecie w niedzielę, więc dopiero dziś. A dziś środa.




Bo dzień wcześniej, w sobotę, też się włóczyłam poza domem:), co w tych czasach jest dla mnie istną rozpustą, ponieważ Dziecię wietrzę u siebie na podwórku, gdzie chadzam po domowemu, czego nie uznaję za ubranie, ale już to kiedyś tłumaczyłam, zatem nie będę się powtarzać:)

Jak ja lubię takie zdania układać, jak to wyżej. Prawda, że śliczne? A jeśli zachodzi potrzeba, to mogę i dłuższe, co mi tam!




Do rzeczy. Jak zwykle o tej porze - listopad - jestem w mojej sztruksowej kurtce przejściowej (7 lat), która ma wystarczająco uniwersalny charakter, aby dało się jej użyć i w luźniejszym, i umiarkowanie eleganckim zestawie. No i nie zmarznąć, co ważne. Nie wiem, jak ona to robi, ale mimo dość intensywnego używania przez tyle lat (pomijając ostatni rok, który spędziłam na kanapie) w ogóle się nie niszczy. Czasem to sobie nawet perwersyjnie wyobrażam, że się wytarła, przetarła, ogólnie rozlazła i nie mam innego wyjścia, tylko kupić sobie nowe odzienie. Niby i bez tego mogę kupić, ale zawsze jest coś ważniejszego, wiadomo. 

Dżinsy, jak dżinsy, spisują się od kilku lat przez okrągły rok, więc nie ma się nad czym rozwodzić. Świetnie mieszczą się w kozakach - tych samych wygodnych na kauczuku od 5 lat.

Istotna jest chustka - bo gnieciona, a to dla kogoś, co nie potrafi malowniczo zaplątać tego wokół szyi, bezcenne. Się toto zawija i już. Samo jest. Kosztowała jakieś 6 złotych (słownie: sześć) i wcale nie rozchodzi się w rękach, na co wskazywałaby cena. Mam ją od roku, czyli nabytek z gatunku "najnowsze":)




No i pod spodem dość okropny pomarańczowy sweterek, co to został jakieś cztery lata temu zakupiony w sieciówce za kilkadziesiąt złotych (chyba z 60, o ile dobrze pamiętam). Urzekł mnie kolor i to był błąd. To znaczy nie kolor był tym błędem, ale gatunek. Obchodzę się jak z jajkiem, piorę w najlepszym płynie, w ręcznym i wełnianym programie pralki, suszę rozłożony na suszarce i nic. Z każdym użyciem wygląda na coraz bardziej zużyty, co mnie denerwuje, bo chociaż niby taka jest kolej rzeczy, że jak się ich używa, to się zużywają (ha!), ale jakoś wiele innych swetrów moich i Męża tak się nie zachowuje i mimo dłuższego stażu wyglądają na młodsze od tego o połowę, a niektóre nawet na prawie nowe.
Jeszcze wrzucam go pod kurtkę, jeszcze od biedy do pracy da się wyjść, ale już niedługo, niedługo...

I biały golf "ratunkowy", który pełni w szafie raczej funkcję pomocniczą, niż samodzielną. Też z sieciówki, też ma kilka lat - jednak starszy od sweterka - i jeszcze trzyma fason. Był już pod tą samą kurtką jako ratunek przed koniecznością wiązania chustki tu.

Do tego torba długowieczna i wielka - akurat do dżinsów. Zrobiona z recyklingowanej plandeki tirowej, a pasek z samochodowych pasów bezpieczeństwa. Robi je firma, która fasony co prawda powtarza, ale wzorów już nie, bo się nie da. I to jest fajne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.