niedziela, 17 listopada 2013

"Poranek taki cichy...

... dzień powoli wstaje"

 

Takie zdjęcia robi moje Najstarsze, kiedy do szkoły co rano zdąża:)

 

Jak to w niedzielę, chciałoby się powiedzieć. 

 


Wstaje mgłą...


... z cyklu "Uroda życia" - "Dyrdymałki"


Co do Pawła Kukiza, to piosenka, z której tytułowy cytat zaczerpnęłam, nie mogę się nadziwić i pogodzić też nie z jego dzisiejszym wizerunkiem. Idole młodości...




A fotki pstryknęłam, kiedy wyszłam na taras po śniadanie, bo zepsuła się nam lodówka i czekamy na serwis. Dobrze, że to nie lato.

Ale o czym to ja chciałam... No tak, piszę, że poranek cichy, że wszystko powoli i w ogóle leniwa niedziela. Pomijając pobudkę o 5.30, udawanie martwych do 6.10 i żałosne próby ogarnięcia się aż do teraz - 9.28 - jest faktycznie leniwie:) A myśli gonią. Swoim torem. Zainspirowane wczoraj tym - zgroza! Wywiad z Moniką Zakrzewską, w którym głosi ona - wyraźnie zresztą podpuszczana przez redaktorki - swe kuriozalne poglądy na temat łączenia przez kobiety (i mężczyzn) pracy z obowiązkami rodzicielskimi, rozruszał dość skutecznie myśli me funkcjonujące od półtora roku w trybie "slow", aby życie w ciąży i na macierzyńskim było "nice". 

Pracuję, odkąd skończyłam studia. Mam troje dzieci. Na każde z nich przysługiwał mi innej długości urlop macierzyński. Zawsze było go zbyt mało. Zawsze wracało się do pracy z poczuciem żalu i tęskniło się za pozostawionym w domu malutkim dzieckiem. A wrócić trzeba było. By pracy nie utracić i by bieżące pieniądze były. Nie to jednak mnie szokuje we wspomnianym wywiadzie, że "ekspertka Konfederacji Lewiantan i przeciwniczka przywilejów dla matek" wraca do pracy, nie wykorzystawszy dodatkowych sześciu tygodni urlopu macierzyńskiego, a całe 36 rodzicielskiego oddaje ojcu dziecka. Nie to, że - mając dobrą i satysfakcjonującą pracę - chce ją podjąć. Bo w końcu w pracy (przynajmniej w normalnej) nie siedzi się 24 godziny na dobę i nawet pracujący na cały etat rodzic widuje dziecko i z nim przez część dnia oraz wieczór jest. 

Chodzi mi o jej kaleczący dziecko stosunek do maleństwa:

"(...)im dłużej jestem z synem, tym bardziej jest on ze mną związany, a ja z nim. Dlatego mój szybszy powrót do pracy będzie dla nas łatwiejszy do zniesienia."

Zaprawdę, więź z własnym kilkumiesięcznym dzieckiem jest czymś strasznym, należy ją jak najszybciej zerwać, w przeciwnym razie wkrótce przywiązanie malucha do swojej mamy stanie się dla niej nie do zniesienia.

Redaktorka najwidoczniej nie wierzy w to, co słyszy, więc dopytuje. Ja też nie wierzę, kolejny, tak modny dziś, lapsus językowy, przejęzyczenie po prostu, myślę, więc czytam:

"Siedząc dłużej w domu, za bardzo byś się przyzwyczaiła do dziecka czy za bardzo odzwyczaiła od pracy?
I jedno, i drugie. Widzę, że dziecko zaczęło być skoncentrowane na mnie. Coraz bardziej mnie szuka i za parę miesięcy rozstanie byłoby o wiele trudniejsze."

No więc to jest tak: dziecko dopiero co zaczyna sobie uświadamiać łączącą go z matką więź, którą nie bez przeszkód ze strony mamusi (czytaj: wywiad) buduje od narodzin. Na to mamusia jego wpada w panikę i usilnie pragnie tej więzi uniknąć, dla przyzwoitości (tak to odebrałam ja) wspominając w wywiadzie o tym, że będzie tęsknić, że oczywiście, ble ble ble...

Może w związku z moim dziesięcioletnim już zaangażowaniem w projekty Fundacji ABC XXI mam nieco zwichrowane w jedną stronę poglądy. Może. Wydaje mi się jednak, że mimo wszystko udało mi się zachować jako taki poziom obiektywizmu wobec proponowanych przez Fundację programów edukujących rodziców, a to z tego prostego powodu, że od 14 lat mam do czynienia z praktyką - zarówno w domu, jak i w życiu zawodowym. Wiem jedno: lekko nie jest. Zarabiać trzeba. Dziecko to jest człowiek, który ma swoje prawa - tak, prawa, np. do stworzenia zaspokajającej elementarne poczucie bezpieczeństwa więzi z matką oraz z ojcem, choć z nim na innych zasadach. 

Dobrze by było, gdyby każda mamusia uświadamiała sobie, że to jest dziecka prawo - nie przywilej, nie prezent, który ona mu daje - PRAWO. Bo bez stworzenia takiej więzi mały człowiek nie ma szans na prawidłowy rozwój. Taka jestem mądra, bo zamiast w bardzo postępowym Kongresie Kobiet, uczestniczyłam parę razy w jakże zachowawczej (ojej, ojej!) Konferencji "Mądre Wychowanie", gdzie doświadczeni w pracy terapeutycznej eksperci dość dokładnie wyjaśnili zebranym znaczenie więzi dla rozwoju dziecka, a także daleko idące negatywne konsekwencje powstałych we wczesnym dzieciństwie zaburzeń tejże. 

Okazuje się, że nie chodzi tylko o radosne dzieciństwo, lecz o całkiem poważne umiejętności społeczne - lub ich brak - całkiem dorosłych obywateli. Polecam szczegóły:


Linki wzięłam ze strony Internetowego Uniwersytetu Mądrego Wychowania http://moodle.iumw.pl/mod/page/view.php?id=2205, gdzie udzielam się osobiście:) Myślę, że się Uniwersytet nie obrazi, zapraszam zresztą na świetne kursy dla rodziców tam prowadzone. 

Reasumując: dla mnie taki stosunek do własnego dziecka to jest stosunek zaburzony. Wiem, radykalne postawienie to sprawy, ale moje osobiste. Żal tego dziecka. Już niech ta matka idzie do pracy, w końcu zostawienie dziecka z ojcem na część dnia to opcja najlepsza z najlepszych w tej sytuacji. Tylko niech ona nie głosi dumnie wszem i wobec, że ta więź staje się zbyt silna i że musi ją przerwać, aby się jeszcze silniejsza nie stała, bo to już będzie po prostu nie do zniesienia. Może i ona będzie spełniona i szczęśliwa, może i syn będzie ją w przyszłości podziwiał, że taka silna i ambitna. Na pewno będzie się musiał uczyć tworzyć związki od podstaw dopiero w dorosłym życiu. Z przyszłą żoną i z dziećmi. Jeśli zechce je mieć.

Koniec. Dość.10.43.



2 komentarze:

  1. Świetnie napisane, zgadzam się co do całości z Pani poglądami;
    I bardzo dziękuję za ten wpis; tak dobrze przeczytać coś wartościowego między tym panoszącym się wszędzie belkotem.
    Serdecznie pozdrawiam,
    Kaśka

    OdpowiedzUsuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.