wtorek, 12 listopada 2013

W moim domu nie szanuje się książek

... z cyklu "Dyrdymałki"

 

Nie dotykaj, bo pobrudzisz! Ostrożnie! Nie rusz, po co ci ta książka, i tak nie umiesz czytać! Odłóż na miejsce! No i jak ta półka teraz wygląda? Poukładaj te książki według wielkości i nie rób w nich więcej bałaganu! Ooo! Podarłeś! Więcej nie dam ci już żadnej książki! 

 

Przecież książki trzeba szanować! 


To nie wandalizm
To efekt samodzielnego i z wielkim zaangażowaniem "czytania" z pamięci przez dwójkę Starszaków moich + samodzielne przewracanie stron:)


Podoba ci się książeczka? Tak, właśnie tak przewraca się strony... Oj, nie szkodzi, skleimy taśmą. Najpierw wytrzemy rączki z jabłuszka... Proszę, można oglądać. Pięknie czytasz! I jak ładnie pomalowałeś te obrazki! To nic, kupimy drugą, czytaj śmiało. A co tu tak popodkreślane? Najśmieszniejsze fragmenty, mogę spojrzeć? Tam, gdzie te zagięte rogi? To dobrze, łatwiej znajdę.

Jeśli tylko książka jest własnością Dziecka, może z nią robić, co zechce. Książka nie jest w moim domu relikwią. Książka służy do czytania. Oglądania. Notowania na marginesach. A nawet do zaginania rogów, jeśli taka potrzeba właściciela. Bo to wszystko świadczy o prawdziwym, żywym i bardzo myślącym kontakcie czytelnika z książką.  Zacieśnia więzi.

I dlatego egzemplarz "Brzechwy dzieciom" w naszym domu tak właśnie wygląda. Bo to książka "przejściowa". Czyli taka, co to treść ma odpowiednią do wieku, gdy dziecko już rozumie i uwielbia te wiersze, ale jeszcze nie bardzo potrafi samodzielnie kartki cienkie przewracać. A im mniej potrafi, tym więcej przewraca. Samo. Z widocznym powyżej skutkiem. 

A ja nie zamierzam dziecku w tym przewracaniu wcale przeszkadzać. Bo w moim domu książek się nie "szanuje". W moim domu książki się czyta. O książkach się rozmawia. I na kanapie, i podczas posiłku przy stole. Co chwilę ktoś się zaśmiewa. I co chwilę ktoś inny pyta, z czego. I czasem się książkę pobrudzi, pochlapie. Co z tego? Jeśli własna, to nic. Gdy wypożyczona, to nigdy brana do stołu. 

"Szanowanie" książek polegające na stawianiu ich w roli relikwii na ołtarzu regału to nie dla mnie. Nie dla moich dzieci. Niech czytają, niech przewracają, niech notują, podkreślają i nawet rogi (choć serce boli) zaginają. Nie zamierzam im tego zabraniać. 

Bo gdy już te książki tak na zabój pokochają, to same zaczną je jak świętości traktować. A póki co, dobrze jest jak najbardziej skracać dystans. Między dziećmi i książkami. Reszta sama przyjdzie. Sprawdzone.

Reasumując: jeśli widać, że to, co małe dziecko robi z książką, nie ma na celu jej zniszczenia, a jest jej adekwatnym do wieku "używaniem", należy mu pozwolić to robić. Nawet wtedy, gdy w efekcie książka ulegnie zniszczeniu, nawet gdy rozpadnie się na strzępy. 

Pod jednym warunkiem - powtarzam - gdy darcie kartek nie jest dla dziecka celem samym w sobie, lecz jedynie "skutkiem ubocznym" obcowania z książką rączek niewprawnych w przewracaniu stron. Co więcej, zabranie tak zaangażowanemu czytelnikowi książki poskutkować może w jego umyśle jak najgorzej pojętym "szacunkiem" - dystansem: książki nie są dla mnie, nie umiem się z nimi obchodzić. 

W starszym wieku, kiedy ręce dziecka być może będą w stanie bezszkodowo przewracać strony, pewnie nie będą już chciały. Bo wcześniej nabrały dystansu i niezbyt dobrych skojarzeń. 

Niektórzy co prawda rodzą się czytelnikami i nic nie jest w stanie ich do książek zniechęcić, ale to niektórzy. Większość z nas na czytelników trzeba było wychować. Przez czytanie dzieciom - a nie przez zmuszanie do czytania dzieci. Przez stwarzanie okazji do bycia sam na sam z książką - nie przez wpajanie źle pojmowanego "szacunku", czyli dystansu (nie dotykaj, bo pobrudzisz!, uważaj!, za mały jesteś! nie potrafisz!). Przez budowanie jak najlepszych skojarzeń niemalże od urodzenia - a łączenie negatywnych bodźców z książką dobrych skojarzeń nie zrodzi. 

Powiem więcej. Uważam, że nawet w sytuacji, gdy małe, nierozumiejące wiele dziecko, celowo niszczy książkę, należy mu ją jedynie zabrać, podsuwając w to miejsce zabawkę, na której może się wyżyć. Nie powinno się go za niszczenie książki karać. Ponieważ najsłuszniejsza nawet kara spowoduje niechęć do przyszłych książek. Tak rozumuję po obserwacji dzieci ukaranych słusznie za celowo popełniony zły uczynek. Po analizie zachowania dorosłych - przecież nie lubimy ludzi, którym zrobiliśmy coś złego i słusznie ponosimy konsekwencje. Wiemy, że nam się te konsekwencje należą i przyjmujemy, że źle postąpiliśmy, ale i tak nie lubimy obiektu, który doznał od nas krzywdy, prawda?

W przypadku książek i niszczących je (nawet celowo) dzieci może być tak samo. A stawka jest zbyt wysoka. Bo tu nie chodzi o ten jeden konkretny egzemplarz, czyli trochę papieru, tektury i farby drukarskiej. Tu chodzi o CZYTANIE. I jeśli dzieciak ma znielubić książki i z tego powodu w przyszłości NIE CZYTAĆ, to już ostatecznie jestem nawet skłonna złożyć na ołtarzu przyszłych zysków (CZYTANIA) te kilka podartych (nawet celowo) egzemplarzy. Gdy zawiodą inne środki, czyli podmiana niszczonej książki na zabawkę do wyżycia cię, tłumaczenie itp. 

A na marginesie: celowe wyżywanie się na książkach polegające na darciu ich i ogólnie niszczeniu to jest wg mnie wyraz jakiejś skrywanej przez dziecko frustracji, objawiającej się agresją wobec książki - bo wobec na przykład ludzi ta agresja jest tłumiona w obawie przed konsekwencjami. I tym należałoby się zająć - przyczynami frustracji rodzącymi u dziecka agresję. Bo zajadłe i celowe niszczenie Bogu ducha winnych książek to może (choć nie musi) być objaw głębszego i poważniejszego problemu.

CZYTANIE natomiast - CZYTANIE z własnej woli, z radością, z zaangażowaniem, z miłością do książek - prędzej czy później (raczej prędzej:) poskutkuje umiejętnością myślenia, bogatą wyobraźnią, empatią, właściwym systemem wartości, umiejętnością selekcji informacji, większą wiedzą, szerszymi horyzontami, niedawaniem sobą manipulować ani się omamić. 

Dziecko stanie się kiedyś dorosłe. Dobry świat to świat zaludniony przez ludzi odznaczających się takimi jak powyższe cechami. Dominacja ludzi bez wyobraźni, samolubnych, egoistycznych, za nic mających system wartości, etykę, słowem bliźnich - to piekło, które trudno sobie wyobrazić.

Powie ktoś, że przecież bywają miejsca bez książek, gdzie całkiem niedawno królował analfabetyzm i mimo to trudno porównać je do piekła. Tak. To miejsca, gdzie żyli ludzie nieznający alfabetu, bez dostępu do książek. Warto jednak mieć na uwadze, że dawniej, a pewnie i dziś, w takich miejscach literatura (!) istnieje w formie mówionej, w formie opowieści ustnych, które są przekazywane z pokolenia na pokolenie i w ten sposób starsi formują umysłowość, wrażliwość i system wartości młodszych. A wszystko różni się tylko "nośnikiem" - w jednym przypadku to zadrukowany papier, w drugim słowo mówione. Które i dziś coraz częściej wraca do łask - ja lubię audiobooki:)

Więc doprawdy, handryczenie się o pojedyncze potargane przypadkiem albo i nie egzemplarze to chyba zbytnia małostkowość.





Książka zawsze jest najlepszym prezentem - to na pół roczku:)

7 komentarzy:

  1. ciekawe co piszesz
    jeśli by tak ktoś "szanował" książki w domu, to nie wykluczone, że dziecko książeczkę taką jak na końcu bezszkodowo mogłoby otworzyć dopiero po ukończeniu 14 roku życia:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że wcześniej. Moi tak zniszczyli Brzechwę około 4. roku - później już nie niszczyli. Ale za to nie zniechęcili się moim ciągłym zwracaniem uwagi, aby szanowali. Zresztą piszę o jakichś skrajnych przypadkach, gdy nie działa tłumaczenie. Wtedy może lepiej odpuścić i nie walczyć, a gdy się nie zniechęci, to jak podrośnie, samo zacznie cenić, bo cenimy, co lubimy, nieprawdaż?

      Usuń
  2. Bardzo podoba mi się takie podejście, mam podobne i liczę na to, że Ania będzie z książkami za pan brat.

    OdpowiedzUsuń
  3. A u mnie w domu się książki czyta i szanuje ja nie lubię zniszczonych książek . Teraz gdy mam dziecko wiem,że takie rzeczy będą mieć miejsce i już teraz kupiłam synkowi książeczki do niszczenia by nie niszczył tych do czytania:)

    OdpowiedzUsuń
  4. "Książek się nie szanuje, książki się czyta" - bardzo mi się to podoba. Ktoś kiedyś napisał, że miłośnicy książek (w oryginale było "book lovers", stąd też zabawna dwuznaczność i aluzyjność tekstu) dzielą się na dwa rodzaje - pierwsi to kochankowie platoniczni - stawiają książkę na piedestał i traktują jak świętość, drudzy to kochankowie namiętni, którzy robią z książkami różne perwersyjne rzeczy. Przyznaję, ze traktowanie książek po macoszemu nie zawsze przechodzi z wiekiem - ja czytam w wannie, w łóżku, leżąc na plaży, czasem o zgrozo przy jedzeniu, chociaż to psuje i przyjemność jedzenia, i czytania. To książkom czasem szkodzi. Zdarza mi się zagiąć rogi, rozłamać klejoną książkę albo podkreślić coś, co mnie urzekło. Moje książki są podniszczone i takie je lubię, nabierają charakteru, mają swoją historię. Oczywiście celowego bezsensownego niszczenia nie popieram, ale moje dziecko nigdy nie miało takich zapędów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No wypisz-wymaluj ja:) Tylko w wannie nie czytam, odkąd jedną utopiłam. No i lubię sobie czytać przy jedzeniu, ale raczej dobrą prasę, np. o książkach. Pozdrawiam Miłośniczkę Książek!

      Usuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.