niedziela, 3 listopada 2013

Warsztaty kreatywnego pisania

... z cyklu "Czytam sobie"

 

Wiesław Myśliwski na okładce "Magazynu Literackiego" w Tygodniku Powszechnym

 

"Choć trudno w to uwierzyć, gdy zaczynam pisać książkę, nie wiem, o czym ona będzie. To intuicja mną kieruje, to ona sprawia, że takie akurat, a nie inne przypadki słowo ściąga do siebie. Słowo jest magnesem."


To Wiesław Myśliwski w zatytułowanej "Gra z czasem" rozmowie z Michałem Nogasiem, zamieszczonej w 41. numerze Tygodnika Powszechnego. Kto to Wiesław Myśliwski, tłumaczyć nie trzeba, wystarczy tylko na wszelki wypadek wspomnieć, że jest podwójnym laureatem Nagrody Literackiej "Nike" - w 1997 r. za powieść "Widnokrąg" i w 2007 r. za "Traktat o łuskaniu fasoli". A zresztą, nawet gdyby ich nie otrzymał, bo na przykład nikt by go do tej nagrody nie zgłosił, i tak pozostawałby jednym z największych autorytetów polskiej prozy współczesnej. Bo właściwie od "Kamienia na kamieniu" za mistrza jest uważany. Kropka.

Chodzi za mną ta rozmowa już od dłuższego czasu, nawet pozaznaczałam sobie co smaczniejsze kawałki i po prostu muszę je przytoczyć. Bo wśród wylewających się z księgarnianych półek mas zadrukowanego papieru w kolorowych okładkach łatwo przeoczyć rzeczy, które bez względu na temat będzie się po prostu dobrze i zachłannie czytało. Bez względu na temat, bo to rzeczy wyśmienicie napisane. To tak jak z najlepszym winem albo perfumami. Mówimy, że lubimy te, a innych nie. Ale takie mówienie dotyczy produktów z co najwyżej średniej półki. Gdy sięgnąć po te naprawdę najlepsze z najlepszych, nasze preferencje przestają mieć znaczenie, bo ich jakość jest tak dobra, że po prostu nie da się jej nie docenić. W każdym razie ja tak mam. Sprawdziłam na sobie.

I tak myślę, że ten skutkujący tonami makulatury pęd do pisania (a nawet, jak to nazywają, "twórczego"(sic!) pisania - jakby mogło być jakieś inne) w narodzie, spowodował popyt na tak zwane warsztaty kreatywnego, bądź twórczego (ha!) pisania. Które uczą adeptów sztuki pisarskiej na przykład tego, że powieść mianowicie winna posiadać wstęp, rozwinięcie oraz zakończenie! Serio. Mnie tego nauczyli w podstawówce, najdalej w trzeciej klasie, a później już tylko egzekwowali stosowanie tej konstrukcji w wypracowaniach. Tylko że w wersji dla przyszłych pisarzy to się nazywa "struktura trzech aktów". Można i tak. Ale jak ktoś nie wie, że ma być wprowadzenie, rozwinięcie i że zakończyć jakoś trzeba, to czym on tak naprawdę dysponuje? I czy warto go czytać? Nawet jeśli coś tam napisze? Wiem, bo wyczytałam to w jednym z internetowych portali, który chwali się, że uczestnicy organizowanych przez tenże portal warsztatów często zostają autorami poczytnych książek, a nawet i wykładowcami uczącymi innych, jak pisać, aby inni chcieli czytać. Tak na marginesie - to oczywiście ważne, aby czyjeś pisarskie wytwory były przez publiczność chętnie czytane, niemniej wydaje się, że powinno się to (czytanie) dziać wskutek wysokiej jakości tworu, nie zaś z powodu wyłącznie technicznych umiejętności stosowania stosownych zabiegów. A takich zabiegów uczą na tych warsztatach i nie tylko na wspomnianej wyżej platformie.

Nie twierdzę w żadnym razie, że na tych warsztatach nie szlifują rzemiosła właśnie jakieś wybitne talenty. Jednak będę się upierać, że owe talenty z powodzeniem obyłyby się i bez tego szlifowania, a nawet może i wyszłyby na nieszlifowaniu lepiej, bo zachowałyby więcej własnej świeżości, niepowtarzalności, a niechby i konstrukcyjnej nieporadności, czym mogłyby nawet zyskać oryginalny, niepodrabialny styl.
Oczywiście tylko w przypadku, że osoby te piszące dysponowałyby najprawdziwszym pod słońcem talentem pisarskim.

Bo talentu nikt się nie nauczy, nawet na najlepszym warsztacie świata prowadzonym przez najlepszego pisarza świata.

A Wiesław Myśliwski nie jest może najlepszym pisarzem świata, ale jak na mój gust, wystarczająco dobrym i dlatego mu wierzę, gdy mówi:

"Gdy mam pierwsze zdanie, mam książkę, choć jeszcze niczego o niej nie wiem. Naprawdę. Oczywiście, gdy przygotowuję się do pisania nowej powieści, zbieram materiały, notatki, ale wszystko to jest dość chaotyczne. Zanotuję jakiś dialog, zdanie o wymyślonej scenie. Gdy nazbiera mi się już tego tak dużo, że więcej zwyczajnie nie chce, to i tak nic z tego jeszcze nie wynika. To jest wciąż materia martwa. I dopiero w momencie, gdy ta materia wyda głos, czyli pierwsze zdanie, uruchamia się, prawdziwie ożywa. Dlatego później nawet nie zaglądam do tych notatek. Ale potrzebne mi jest zebranie wszystkiego dla uzyskania pierwszego zdania. To się powtarza przy każdej mojej książce."

Poza tym - nie zacytuję, bo nie pamiętam konkretnego źródła - przypominam sobie jedną z licznych "złotych rad" dla początkujących "pisarzy": aby codziennie coś pisali, czy im się chce, czy nie, czy wymyślone zdania wydają im się dobre, czy nie, i tak mają je zapisywać, bo w ten sposób rzekomo kształtują swój styl, wprawiają się w pisaniu.

A tu Myśliwski:

"Doświadczam nieustannie własnej bezradności. Nie olśnień, a bezradności. Bywa tak, że przez cały dzień, siedząc nad białą kartką papieru, nie napiszę ani jednego zdania. To mnie jednak nie martwi."

No i jak się ma to zwierzenie uznanego pisarza do codziennego zapisywania stron nawet najgłupszymi wytworami własnych myśli przez ludzi aspirujących do miana twórców?

Co prawda odsiedzieć swoje należy, także według autora "Widnokręgu", ale jest jedna znacząca różnica - on wtedy zamiast byle czego raczej niczego nie pisze:

"Siedzę dalej. Przy prozie ważna jest systematyczność, to, żeby siedzieć nawet nad pustą kartką, nawet wtedy, gdy człowieka boli głowa i w ogóle o niczym nie chciałby myśleć. Ale powinien odsiedzieć te parę godzin. Ponieważ jest to, tak kiedyś powiedziałem, bezradność owocująca. Lenistwo jest w tym przypadku twórcze, o ile można to w ogóle nazwać lenistwem."

No i jeszcze o tym mówi, że jego książki (a wszystkie uznane za wybitne) powstają raczej metodą improwizacji, niż według starannie opracowanego schematu konstrukcyjnego, planu zdarzeń. Przedziwnie. Ale to chyba tylko prawdziwy mistrz tak potrafi.
A więc:

"Załóżmy taką sytuację - pisze pan jakąś scenę, nawet jakąś drobną. Napisał pan zdanie, wprowadził czytelnika w tę scenę, ale od razu pojawia się panu kilka następnych zdań. Bo to napisane już zdanie wywołuje od razu kolejne. I musi pan z tych kilku zdań wybrać to jedno jedyne, ponieważ każde, które się pojawiło, ciągnie narrację w inną stronę. To jest piekielnie trudne. Powiedziałem już kiedyś, że w gruncie rzeczy moje książki są improwizacjami."

Amen.

I jeszcze coś, co powinien mieć stale w głowie każdy chcący się na różnego rodzaju warsztatach pisarskich na pisarza wykształcić:

"Po napisaniu książki muszę z niej wyzdrowieć. Zrzucić ją z siebie. Nawet muszę zacząć jej nie lubić Robię to po to, żeby się nie powtarzać, żeby myśleć jak debiutant. Muszę na nowo zacząć od swojej debiutanckiej bezradności, doświadczać tego, jak nie umiem pisać, a nie - jak umiem. Przekonanie, że umie się pisać, jest pierwszym krokiem do klęski. Nie ma gorszej sytuacji od tej, gdy pisarz zaczyna pożerać własny ogon, będąc przekonanym, że jest fachmanem, zawodowcem. Pisze książkę po książce. A w sztuce ilość nie przechodzi w jakość."

I nikomu nie dam się przekonać, że literatura nie zawsze musi być sztuką. Może i nie musi. Tylko że wtedy to nie jest literatura, a makulatura.

I już ostatnia rzecz: w mojej prywatnej klasyfikacji książka dobra, artystyczna to rzecz napisana z użyciem autentycznego pisarskiego talentu, wcale nie chodzi tu o zawarcie w treści różnych "intelektualizmów" albo innych "artyzmów" udowadniających takowe umiejętności autora. Autor książki dobrej nie potrzebuje bowiem niczego udowadniać, on artystą i intelektualistą po prostu jest.

5 komentarzy:

  1. Pozostałam bez słowa. Gratuluję pióra.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie rumień się. Nie trzeba. Widać po Twoich tekstach profesjonalizm. Ale za to wytłumacz mi, czy to rzeczywiście prawda o tych kursach. Nie uwierzę! To po co ci kursanci chodzili do szkoły?! A tak poza tym, to wydaje mi się, że albo ktoś ma tzw. "lekkie pióro" albo żadne warsztaty mu nie pomogą, nawet te, które uczą tak podstawowych rzeczy, jak wstęp, rozwinięcie, zakończenie. Natomiast sama technika pisania, czy to czekanie na pojawiające się w głowie te właśnie, a nie inne słowa, czy też mozolna praca w postaci ciągłego notowania, przerabiania, itp. jest sprawą indywidualną. Ma prowadzić do dzieła, a nie produktu na sprzedaż. Ważne jest też, czy ma się coś naprawdę istotnego do powiedzenia. Są autorzy, którzy piszą, bo piszą, bo to ich sposób na zarabianie, a ich książki są niczym klony rozprzestrzeniające się na rynku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za miłe słowa. Jeśli chodzi o kursy, to mogę Ci podrzucić link do tych "kwiatków". W sumie to nic dziwnego - popyt napędza podaż. Pozdrawiam!

      Usuń
  3. Dzięki, ale chyba nie wybiorę się na kursik :))))))))). Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.