niedziela, 10 listopada 2013

Zakupy

... z cyklu "Co w szafie piszczy"

 

Nie, nie będzie to wpis o sobotnich zakupach w galerii. Znaczy nie kupowałam ciuchów. To będzie zapis kolejnego dnia, kiedy wychynęłam poza własne podwórko i udałam się na zwykłe, nudne zakupy domowe, aby w ten przedłużony weekend nie zabrakło żadnego dobra w naszej lodówce i spiżarni:)

 

No więc tak: przez cały dzień zimno, ciemno, ponuro i leje. Normalnie to ja taką pogodę lubię. Jednak od czasu do czasu przy tak niskim ciśnieniu dopada mnie migrena. A wtedy albo uda mi się ją zdusić w zarodku, zanim na dobre się rozkręci, albo nie istnieję w świecie żywych przez trzy dni. Wczoraj udało mi się to połowicznie. Dlatego wybrałam się do pewnego wielkiego sklepu, by jak najszybciej nawrzucać do wózka jedzenia.




Na siebie natomiast narzuciłam to, co było miękkie i elastyczne (polarowa bluzka na spód), ciepłe i z kapturem (polarowa bluza na wierzch) oraz nie wymagało żadnych przygotowań typu prasowanie, dopasowywanie itp. (wielokrotnie już pokazywane wąskie dżinsy - jedyna konkretnie ometkowana rzecz na mnie). Buty kupiłam sobie kiedyś, że niby będę w nich biegać, choć nie są do tego przeznaczone, ale nie są też wizytowe, ale truchtać się w nich trochę da, no i da się je też włożyć tak normalnie do dżinsów i iść.

Zgodnie z tym, co ta "odnoga bloga" ma na celu, napiszę teraz, ile co ma lat i ile mnie kosztowało. 

Otóż dżinsy mają chyba ze 4 lata, kosztowały 150 zł po przecenie. 

Za ciemnobrązową bluzkę polarową pod spodem dałam jakieś 3 lata temu dokładnie 9,99 zł w Decathlonie - to była promocja tego konkretnego koloru. Oprócz brązu był też neonowy róż, takiż żółty oraz biały - po 30 złotych! Ja nie wiem, jak kto, ale wg mnie to ten brąz był kolorem najsensowniejszym, a trzech dych bym za tę bluzeczkę nie dała. A jest świetna - jak latem idę w trochę wyższe góry, zwijam ją w rulonik i w ten sposób prawie nic nie waży i prawie nie zabiera miejsca w plecaczku. Do tego biorę zwiniętą w przewieszoną przez głowę torebeczkę 20 cm na 10 kurtkę przeciwdeszczową i nic mnie nie rusza. Bluzka jest bardzo cienka i bardzo ciepła.

No a polarowa bluza w kolorze kawy z mlekiem i z ciemnobrązowym dnem kaptura kupiona chyba z 8 lat temu w jakimś "cash and carry" za niecałe 30 złotych. Nie używam bardzo często (ale też nie przesadnie rzadko), więc nieźle się trzyma.

Buty z tego samego miejsca, ale to już aż 70 złotych. Bez groszy, wiadomo - takie ceny są:)

A więc ciepło otulona i skutecznie zakapturzona ruszyłam z moją 7-letnią torbą HO::LO (160 zł - przyznaję się bez bicia:) w teren, abyśmy do wtorku z głodu nie umarli. 

Niektórzy lubią się do galerii wystroić. Ja także, ale nie wtedy, gdy mam wypełnić sklepowy wózek jedzeniem. Noszenie - jak by napisała "rasowa blogerka modowa" - "stylizowanego seta":) wymaga jednak kondycji zarówno psychicznej (a u mnie ból głowy), jak i fizycznej (jakieś obcasy, żakiety, spódniczki wąskie itp.).




I dlatego ciężkie czasy dobrze jest przeczekać w takim ciuchowym schronie:))

2 komentarze:

  1. No coz, zakupy w supermarkecie, to nie wernisaz i najwazniejsze byc ubranym wygodnie:) Smieszne sa paniusze w szpilkach, sukieneczce mini i z mala torebeczka jak do teatru, ktore "szaleja" szukajac musztardy na najnizszej polce :)) No bo wyobrazcie sobie jaki maja dylemat: kucnac na tych obcasach 15cm czy raczej wypiac sie i schylic (w tej miniowie) :))

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja najbardziej w takim ciuchu miękkim lubię auto prowadzic. Szkoda że nie zawsze mam taką mozliwosc

    OdpowiedzUsuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.