środa, 4 grudnia 2013

Części zamienne:) albo zwierzenia

... z cyklu "Uroda życia"


Mój Mąż jest dowcipny:


"Części zamienne" - mówi

Albo to:

Podobno naukowcy wynaleźli urządzenie, dzięki któremu człowiek będzie mógł spać tylko dwie godziny i się wyśpi. Oczyma wyobraźni widzi już pracodawców masowo kupujących urządzenie swoim pracownikom. Poza dyrektorami szkół, oczywiście, oni po prostu każą je swoim nauczycielom zakupić. 

W tym momencie ja ryczę ze śmiechu, ale już po sekundzie lub dwóch zamiera mi on na ustach i zdaję sobie sprawę, że w pierwszym odruchu zareagowałam na ten absurd rechotem normalnego człowieka, którym po półtorarocznej abstynencji od pracy powoli się staję. W miarę jednak upływu czasu wielkimi krokami zbliżam się do chwili, gdy przyjdzie mi na powrót nurzać się w oparach absurdu, jakim widzi mi się polska oświata i dlatego właśnie śmiech mi na ustach zamiera, co wyżej wspomniałam.

Jakieś dwa lub nawet dwa i pół roku temu w akcie desperacji po kolejnym ministerialnym rozporządzeniu popełniłam nawet anonimowo (pod nazwiskiem to nie jestem taka głupia:( takie coś, czemu dziś na potrzeby posta tego tu zmieniam tylko początek. 

Więc jeśli ktoś - w niewinności swego rozumienia reguł świata pracy, w którym to pracodawca zapewnia narzędzia pracy - nie zrozumiał, czemuż to ryknęłam śmiechem na "dowcipne" (ale tylko z pozoru) słowa Małżonka mojego, niech posili się tymi moimi dawnymi żalami, a na koniec pośmieje się serdecznie z przytoczonego u góry dowcipu:)

A oto i żale:

Luźne zwierzenia belfra, czyli lenia


Pewnego dnia minister polskiej edukacji, zwanej też dumnie oświatą i to narodową w dodatku, odkryła Amerykę!!! Mianowicie obwieściła światu, że oto warsztat pracy polskiego nauczyciela powinien być WYPOSAŻONY!!! Stosowne „obwieszczenie” można znaleźć w Internecie.


Normalny człowiek pracujący w każdym innym zakładzie (firmie, biurze, sklepie, na budowie) miejsce pracy wyposażone w stosowne narzędzia oraz odzież i obuwie - jeśli takie potrzebne lub wymagane – posiada. I nie jest to żadna sensacja. Ale przecież nie w szkole, która, jak wszystkim wiadomo, normalnym miejscem pracy nie jest. O nie! Tu się nie pracuje. Tu się realizuje po-wo-ła-nie! Czyli dokłada wszelkich możliwych starań i środków (także materialnych – WŁASNYCH oczywiście), aby „nieść przed narodem oświaty kaganiec” – jak pisze poeta. 


Podczas każdej konferencji, narady, akademii itp. trąbi się o tym nauczycielskim powołaniu do znudzenia. Chyba tylko po to, aby uciszyć ewentualne głosy bąkające nieśmiało, że przydałby się kawałek brystolu, szpilki oraz tubka kleju do wykonania gazetki. Za uczniów, a jakże, bo przecież należy u nich kształtować właściwe poczucie estetyki, a sami tak ładnie nie zrobią, żeby się dyrekcji spodobało. Czasem jakiś odważny kamikadze wyżebrze trochę różnych materiałów od rodziców, z tak zwanych pieniędzy „klasowych”, jeśli klasa takowe posiada. Ale nie za często, bo przecież musi z nich starczyć także na kwiatki i inne składki trafiające się w ciągu roku szkolnego. A kamikadze dlatego, że za każdym razem naraża się: a) tymże rodzicom mogącym stwierdzić (skądinąd słusznie), że przecież szkoła jest darmowa i oni za swoje gazetek robić nie będą, b) dyrekcji, która sama skąpiąc na materiały albo te już udzielone długo wypominając, stwierdzi, że nie mamy prawa wyciągać od rodziców pieniędzy. Też słusznie zresztą.


A przecież robienie gazetek za własne pieniądze (niemałe, bo takie materiały są drogie, jak się zsumuje) to małe piwo w porównaniu z wymaganiami stawianymi nauczycielom pod względem używanych w pracy technologii, w tym informacyjnej. Której intensywne wykorzystywanie jest warunkiem otrzymania stopnia awansu od kontraktowego w górę, czyli od początku pracy (dla niewtajemniczonych).


Oprócz przygotowania materiałów dydaktycznych praktycznie wszystkie czynności administracyjne (sprawozdania, ankiety, plany pracy, programy, listy uczniów, rodziców i wszystkich innych „nieświętych”, a gdzieniegdzie także dzienniki) mają być wykonane techniką komputerową. I biada temu, kto śmiałby oddać cokolwiek ze wspomnianej wyżej papierologii w wersji „długopisowej”. Nie mówię, że to źle. Wprost przeciwnie, na komputerze pracuje się szybciej i efektywniej – o błogosławiona metodo „kopiuj – wklej”! Chodzi oczywiście o wklejanie różnych danych, tabelek itp., nie o tworzenie plagiatów. Jednak konia z rzędem temu, kto pokaże mi dyrektora (lub sprawiedliwiej – organ prowadzący, czyli samorząd), który zapewnia wszystkim swoim nauczycielom swobodny dostęp do stanowiska komputerowego z drukarką, skanerem itp. przez osiem godzin dziennie, czyli tyle, ile de facto powinien pracować w szkole belfer. 

Niby można korzystać z pracowni informatycznych, ale tylko wtedy, gdy jest w nich informatyk (ponosi on odpowiedzialność materialną, więc jest tam alarm, do którego kod zna tylko on – i słusznie, bo jak ma za coś odpowiadać, jeśli każdy może tam wejść, kiedy chce?). Problem polega jednak na tym, że gdy informatyk jest w szkole, to prowadzi lekcje, a wtedy siłą rzeczy komputery są zajęte. A nawet gdyby jakimś cudem ostał się jeden wolny, bo na przykład wybuchła zaraza i połowa uczniów zachorowała, to i tak nie wpuści nas do pracowni, bo kto by chciał być non stop hospitowany przez kolegów? 

Kolejne miejsce to 4 (słownie: cztery) komputery w bibliotece, szumnie zwane Centrum Multimedialnym. Otwartym w godzinach pracy biblioteki, czyli mniej więcej od 8.00 do najwyżej 14.00. Prawie zawsze nauczyciele mają w tych godzinach lekcje lub dodatkowe zajęcia z dziećmi. Przy czym należy zauważyć, że owo Centrum jest przeznaczone dla uczniów i nauczyciele mogą z niego korzystać tylko w wypadku, gdy nie ma chętnych dzieci. A tych nigdy nie brak. Zresztą zwykle mogłabym usiąść do komputera w szkole dopiero około 15.00, ale wtedy to już nawet sekretariat zamknięty (bo pracuje od 7.00, a więc przepisowe 8 godzin), nie mówiąc o bibliotece. 

No więc mój komputerowy warsztat pracy znajduje się w domu. To komputer, który sama sobie z mojej wysokiej nauczycielskiej pensji kupiłam. To własna drukarka, używana do produkcji wszelkich szkolnych dokumentów, dyplomów itp., oczywiście przy wykorzystaniu prywatnego tuszu i papieru, często drogiego, ozdobnego. To wreszcie własny prąd, którego komputer zżera wcale niemało. No i dostęp do Internetu, za który sama płacę. Niby słusznie, używam go także w sprawach prywatnych, ale wcale nie głównie, a poza tym muszę prowadzić służbową korespondencję elektroniczną. W domu oczywiście, bo dlaczego nie w szkole, wyjaśniam powyżej.


Kolejną sprawą jest telefon. Niby nikt nam nie każe go posiadać. Nie ma przymusu. Ale przecież „dobra szkoła to ta, której nauczyciele nawet późnym popołudniem lub wieczorem są dostępni pod telefonem” (dla starszych uczniów lub rodziców tych młodszych). To jedno z kryteriów wyboru najlepszej szkoły dla dziecka lansowanych niedawno przez „Twój Styl”. Pomijając fakt, że taki nauczyciel nie ma wcale prawa do odpoczynku (ale przecież on nie pracuje, tylko realizuje powołanie), to nikt nam telefonu służbowego nie dał i nigdy nie da. A używać każe. Tylko pytam się, czego? Czego mam używać do rozmów telefonicznych z rodzicami po południu, skoro nie mam służbowego telefonu, o odrębnym numerze nie wspominając? Nie dość, że używam (i płacę za połączenia) prywatnego do celów, było nie było, służbowych, to jeszcze ryzykuję, rozdając na prawo i lewo swój prywatny numer (który w przypadku rodziców uczniów jest zaliczany do tzw. danych wrażliwych, czyli szczególnie chronionych – ale jak widać nie w przypadku nauczycieli). Jeśli tego nie zrobię, zostanę zaraz okrzyknięta złym, niewrażliwym na potrzeby uczniów i ich rodziców urzędnikiem, a przecież skoro mam zawód – powołanie, to do czegoś mnie to zobowiązuje! A i dyrekcja swoje dołoży, że niby mam rację, ale jednak trzeba być człowiekiem. No więc jestem. Popołudnia i wieczory spędzam w strachu, że zadzwoni ktoś spoza znajomych lub rodziny i będę musiała (po uczciwie odpracowanych ośmiu godzinach) wysłuchiwać pretensji, tłumaczyć się z wystawionej oceny czy wpisanej uwagi albo zajmować się cudzymi rodzicielskimi problemami, zamiast powychowywać trochę własne dzieci. A wyłączyć telefon trudno, kiedy chce się mieć jakiekolwiek prywatne życie towarzyskie i kontakt ze znajomymi.


O wszelkiego rodzaju artykułach piśmienniczych, literaturze fachowej, czy choćby zestawie podręczników, z których uczę, nawet tu nie wspominam. Każdy belfer wie, że musi je sobie zapewnić sam. Zwłaszcza podręczniki stanowią duży wydatek, więc nic dziwnego, że wybieramy wydawnictwa, które oferują zestawy dla nauczycieli gratis. Przecież szkoła nam ich nie kupi. Kogo to będzie obchodziło, gdy wybiorę lepszy moim zdaniem podręcznik, a wydawnictwo nie da mi gratisu? Zresztą zrobi to wyłącznie pod warunkiem, że zamówię książki hurtem dla wszystkich uczniów bezpośrednio w firmie. Ale wtedy oczywiście rodzice posądzą mnie o przyjęcie tzw. „korzyści majątkowych”, czyli trzech książek (tzn. podręcznika, ćwiczeń i książki metodycznej) raz na parę lat, gdy je zmieniam na inne. Najlepiej, żebym w celu uczenia ich dzieci kupiła je sobie sama, skoro nie pracuję, tylko „jestem powołana”. Dlatego każda zapobiegliwa dyrekcja zakazuje swoim nauczycielom przyznawania się rodzicom do otrzymania zestawu nauczycielskiego od wydawnictwa.


Był czas, że prasa wiele pisała o niektórych świetnych firmach komercyjnych dostosowujących godziny i miejsce pracy do potrzeb pracujących mam. Mogły i pewnie mogą nadal pracować we własnym domu. To bardzo dobrze. Niektóre przedsiębiorstwa delegują także innych pracowników do wykonywania obowiązków w ich domach. Za obopólną zgodą oczywiście. Fajna sprawa. Znamy to – tak pracują wszyscy nauczyciele, kiedy już odbędą lekcje, zebrania i indywidualne spotkania z rodzicami. Po konferencjach, spotkaniach grup przedmiotowych, wycieczkach, dyskotekach, wieczorkach, spektaklach szkolnych, kółkach, zajęciach wyrównawczych i innych rozlicznych atrakcjach. Wtedy to zabierają się do tworzenia papierów, rozliczeń, podliczeń, analiz, prognoz, diagnoz, petycji, przemówień, zamówień, planów.


We własnym domu.


Na miejscu wykonywania pozostałych obowiązków (czyli domu) kończą się jednak podobieństwa między belframi i pracownikami normalnych firm. Oni bowiem otrzymują pełne wyposażenie miejsca pracy, czyli np. komputer, drukarkę, skaner, telefon (z niezbędną funkcją faxu oczywiście), a także artykuły piśmiennicze i finansową rekompensatę za zużytą podczas pracy energię elektryczną. Inna sprawa, że w ten sposób pracodawca chce ich pewnie zmusić do pracy non stop. Jednak dla nauczyciela takie warunki pracy to nierealna bajka. Ale za to wymagania nie mniejsze, a i pracy administracyjnej oraz wręcz menedżerskiej (organizacja rozlicznych imprez, konkursów, często obejmujących wiele instytucji oraz pozyskiwanie sponsorów – do których dzwoni się najczęściej ze swojego telefonu i do których jeździ się własnym samochodem) tyle samo, co zajęć dydaktycznych. O ile nie więcej, niestety. Kto nie wierzy, służę przykładami. Udokumentowanymi i nagradzanymi. Honorowo oczywiście – patrz: powołanie.


Łatwo sobie na nauczycielach poużywać. Że pracują 18 godzin –  bo reszty nikt nie chce widzieć. Że niedouczeni – o szkoleniach i studiach podyplomowych za własne pieniądze i w weekendy też nikt nie wie. Że wolne wakacje, ferie i różne inne „okołoświąteczne” dni – spróbujcie prowadzić lekcje i spotykać się z rodzicami przez te dziesięć miesięcy, a zobaczycie, jak to psychicznie wykańcza i prędko zatęsknicie za własnym 26 – dniowym urlopem, byle tylko nie mieć do czynienia ze szkołą. O morderczym i ciągłym hałasie w podstawówce i przedszkolu nawet nie wspominam. Choć przecież bywa on stosowany jako metoda torturowania więźniów, a poza tym naukowo udowodniono, że wzbudza agresję. A ja po dwudziestominutowej walce z uczniami podczas dyżuru mam być następnie uosobieniem cierpliwości i spokoju podczas lekcji. Co na to psychologowie? Możliwe to czy nie?


Myślę, że oprócz zwykłych pedagogów – fachowców, pracuje w oświacie bardzo wielu takich właśnie więźniów, więźniów własnego powołania. I w tym miejscu piszę to bez ironii. Więźniów, którzy mimo ciągłego upokarzania przez kolejne rządy, ministrów, dyrektorów, rodziców, a od niedawna nawet uczniów, trwają ciągle w zawodzie, utrzymując, że lubią dzieci, lubią uczyć, wprowadzać w życie pomysły, ulepszenia, nowe metody. Znoszą cierpliwie wszystkie kopniaki, a na pytania, czemu wcale się nie bronią, reagują zdziwieniem – przecież nie walczy się z wiatrakami. Nic dziwnego, gdzieś widziałam badania pokazujące, że nauczyciele to najmniej asertywna grupa społeczna.


A więc poużywajcie sobie. Do woli. Nikt wam nie odda.


No. Tak to sobie mediów lokalnych używałam do spuszczania powietrza z napiętego do granic możliwości systemu nerwowego po kilkunastu latach prób dostosowania się do absolutnie fantastycznych oraz absurdalnych reguł panujących w rodzimym systemie szkolnictwa. Które to reguły u początków chwalebnej mej zawodowej drogi postrzegałam jako "taki żart", który najpewniej zaraz się skończy, bo "niemożliwe, aby czterdzieści dorosłych wykształconych osób serio grało w tę grę, oni tylko tak się bawią, to taka konwencja jest" - tak sobie myślałam podczas pierwszej w życiu, tuż po studiach, konferencji rady pedagogicznej, przysłuchując się "obradom" szanownego ciała. Pedagogicznego. 

Ale to nie był żart. Więcej - z każdą kolejną konferencją i z każdym kolejnym rokiem szkolnym było już tylko gorzej. Aż przywykłam, zaimpregnowałam się, przestało mnie to bawić. To dlatego pisałam na początku tego postu o tym, że po półtorarocznej abstynencji zareagowałam na dowcipny komentarz Męża zdrowym rechotem normalnego człowieka.

Pozdro! Cześć!

8 komentarzy:

  1. To się rozpisałaś:) absurdy w naszym kraju to normalne tylko czasem się zastanawiam czy się śmiać czy przejść na porządku dziennym do pewnych kwestii bo skoro normalne to i śmiać się nie wypada:)Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wypada, wypada, śmiech to zdrowie, więc: Na zdrowie!

      Usuń
  2. oj, w życiu bym nie pomyślała, żeby dzwonić do nauczyciela na komórkę a nie na nr szkoły w godzinach pracy, ale może jestem z innego pokolenia...
    w innych fachach, na pocieszenie, też niby u kogoś pracujesz i dostajesz warsztat pracy, ale za Twoje własne koszty reprezentacyjne, że tak powiem, nikt nie zwraca

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, to chyba nie tylko kwestia pokolenia, ale kultury i wyobraźni:)

      Usuń
  3. To można sobie dzwonić do nauczyciela, gdy ma się fantazję albo problemy wychowawcze z własnym dzieckiem? Szkoda, że nie wiedziałam o tym wcześniej :))). Może byłoby mi łatwiej. No, ale poważnie - miałam nr komórki do wychowawczyni swojego Dziecka, ale skorzystałam z niego tylko raz - gdy chciałam podziękować Jej za miłą współpracę przez te wszystkie lata gimnazjum, liceum i jeszcze wcześniej 2 w podstawówce, anie było mnie w kraju i nie mogłam zrobić tego osobiście. To była naprawdę fajna dziewczyna i mimo, że moje Dziecko ideałem nie było, znajdowałyśmy (W GODZINACH JEJ PRACY) zawsze jakieś sensowne rozwiązanie. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No proszę, a ja, jako wychowawca, przesiedziałam półtorej godziny w kuchni podczas domowego przyjęcia komunijnego mojego syna, bo mama mojego ucznia musiała się wygadać i mimo moich sugestii nie zamierzała skończyć wypowiedzi. A ja, głupia byłam, nie potrafiłam przerwać tej rozmowy.
      Co do całeeeeeeeego posta - święta prawda. Jednak ja już przestałam dyskutować z osobami, które z politowaniem komentują nasze (nauczycielskie) problemy. Ja ich tylko zapraszam na długą przerwę. Niech postoją pięć minut na korytarzu, i niech w tym czasie opanują pięć awantur, bijatyk, w hałasie powyżej 70 decybeli rozwiążą kilka problemów i odpowiedzą kilku uczniom na pytania: co trzeba na następną lekcję przynieść i dlaczego mam nieprzygotowanie w ostatnim tygodniu (mam 12 klas)
      z poważaniem i serdecznym zaproszeniem do pracy w szkole - OR
      Cała wypowiedź

      Usuń
    2. Dzięki za Twoje słowa! Co do decybeli, mąż mój mówi, że zbyt łagodnie nas potraktowałaś - 70 jest w dobrze wyciszonym samochodzie, na przerwie to my mamy dobrze ponad sto, lekko licząc. Tak mówi.

      Usuń
    3. Sprawdziłam tu: http://www.phie.pl/pdf/phe-2012/phe-2012-4-888.pdf
      Zgadza się. Maksymalny poziom w czasie przerw to około 120 db, dodatkowo dowiedziałam się, że będę żyła o jakie 8 - 12 lat krócej z powodu tego hałasu. Tako rzecze WHO.

      Usuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.