niedziela, 29 grudnia 2013

Zwykła ściema albo zaczynam się powtarzać

... z cyklu "Co w szafie piszczy?"


Ta "odnoga bloga" ma takie założenie, aby przez rok ubierać się prawie:) codziennie w ciuchy, co już w szafie piszczą:), starać się tak kombinować, aby zawsze mieć przynajmniej "jedno coś innego", niczego nowego nie kupować, czyli tak łopatologicznie sobie samej unaocznić, ile normalna, zwykła, nieszalejąca w sklepach kobieta da radę ciągnąć bez tych powtórek. Założenie to poczyniłam TU, czyli w pierwszym wpisie z tego cyklu. Co gorsza, obiecałam, że w przypadku całkowitych powtórek zwinę wątek. 


A zatem... 
Skończyła się kalendarzowa jesień, trwa klimatyczna wiosna:), zimowe ciuchy zimują w szafie. No, może poza kilkoma mroźnymi dniami. Słowem: zaczynam się powtarzać:((
Ale póki co, nie skończę pisania o tym, co udaje mi się wykombinować z moich skromnych zasobów. Póki co... Przecież zawsze znajdzie się jakiś jeden, przynajmniej jeden, element różniący cały zestaw od tego, co poprzednio, a podobnie.
No i chodzi mi po głowie myśl taka, raczej mało odkrywcza, że nawet jak się z tych samych elementów udaje ułożyć kilka sensownych całości do ubrania na różne okazje (spacer z dzieckiem, randka z mężem, imieniny cioci, zakupy i praca:), to i tak przecież na każde z tych wyjść mam tylko JEDEN zestaw. I niewiele zmienia, że z niewielkimi odstępstwami powstały z tych samych puzzli. A taka metoda komponowania szafy to popisowy numer każdego światłego stylisty czasopismowego, gazetowego, blogowego itp. Psu na budę, bo:
  • spacer z dzieckiem - codziennie (teoretycznie:) - tydzień dni ma siedem, miesiąc średnio trzydzieści, pora roku... itd.
  • randka z mężem - raz na pół roku?, raz na miesiąc?
  • imieniny cioci - zależy, ile ma się cioć:), ale w sumie rzadko
  • zakupy - raz w tygodniu
  • praca - raz dziennie, niestety:( - tydzień dni ma pięć, miesiąc średnio dwadzieścia, pora roku... itd.
Teoretycznie rozwiązaniem byłoby tu skompletowanie całej szafy wg dokładnego oszacowania potrzeb i od podstaw w taki sposób, aby wszystko do wszystkiego pasowało i o każdej porze roku ze wszystkim nosić się dało. Czyli od zera. Gdyż normalnie nie znam człowieka (znaczy kobiety), co by taką zawartość szafy choćby w połowie posiadał. Czyli że ja też nie. A ubierać się, dopasowując ciuchy jeden z drugim próbuję. Bo muszę. Na różne okazje, temperatury, pogody i niepogody też. I jeszcze żeby było wygodnie, ciepło oraz adekwatnie. Niekrępująco, niekompromitująco, ładnie (???).

To wszystko, o czym mówię tuż wyżej, robi większość kobiet, robię ja, szafy idealnej nie mając, funduszy skąpiąc albo ciekawsze:( dla nich zastosowanie znajdując. Nie jest lekko. Nie jest. I jeszcze jest tak, że niektóre z ubrań rzadko używane głównie leżakują, tudzież wieszakują:), a inne eksploatuje się ciągle, udając, że zestawy nowe się z nich tworzy przy pomocy szaliczka, apaszki, chusty i innych bzdetów, chociaż i tak przecież widać, że to samo jest. A jak na dokładkę pogoda i okoliczności trafią się szczególnie wymagające, to po prostu nie da się ułożyć takiego kompletu, żeby jednocześnie był odpowiedni do temperatury, aury, wygodny, ładny, fajny, dobre samopoczucie produkujący:) i niepowtarzalny. U mnie zwykle kończy się to tak, że, nie zważając na nic, wskakuję w dokładnie, kropka w kropkę identyczny zestawik, w którym zawsze na taką okazję, w taką pogodę i gdy chcę wyglądać super, paraduję. I się z tego cieszę, bo się świetnie czuję, a to, jak wiadomo, połowa, a nawet trzy czwarte, sukcesu, jeśli idzie o wygląd, jest. 

Czyli że co? Że lepiej się powtarzać i dobrze czuć? Wygląda na to, że tak. Chociaż oczywiście lepiej byłoby mieć takich "dobrzerobiących" zestawów więcej. Ale pewnie i tak, jak znam życie i siebie, znalazłabym sobie wśród nich lepsze i "lepsiejsze", a nawet "najlepsiejsze" i co wtedy? Się pytam!

Zresztą, jałowe to dywagacje, bo kto ma tyle pieniędzy, aby szafę od zera skompletować?! I to na już, nie na za rok, na za półtora. Nie stopniowo. Bo stopniowo to szczytne założenie, tylko nierealne. Gdyż ubierać człowiek musi się już. Nie za rok, nie za półtora, nie stopniowo, cokolwiek to znaczy. Bo takie "stopniowe" kompletowanie idealnej szafy nie bardzo jest według mnie możliwe, ponieważ z biegiem miesięcy zmieniają się pory roku, a z nimi potrzeby. Mieszanie natomiast nowych ze starymi skutkuje tym, że na etapie przejściowym nic nie pasuje do niczego. Nie mówiąc o tym, że nowe się niszczy, że w ogóle nie ma efektu, że jak się raz nowego spróbuje, to wrócić do starego się nie chce, bo się po prostu nie jest w stanie zaakceptować starego wyglądu. Poza tym zmienia się zawartość sklepów, a z nimi nasze "masthewy", "chcęto" czy jak to jeszcze nazywają blogerki - pozdrawiam! A jak się fundusze ograniczyć musi, a w międzyczasie dopadnie nas okazja, gdy się ubrać jakoś musimy, a elementu zestawu odpowiedniego (nieważne - modnego czy nie) brak, to go natychmiast dokupić musimy i to całkiem niezależnie od sporządzonej wcześniej w pocie czoła listy, którą przecież z takim trudem, sukcesywnie i nie bez wyrzeczeń (ech, te śliczne kozaczki od czapy i ta niepasująca do niczego, za to zupełnie odlotowa czapa z czterema pomponami:) zrobiłyśmy.

Poza tym wiele razy widziałam na różnych portalach rady i przykłady tak skompletowanych szaf. Oraz ich właścicielek podawanych za wzory posiadające minimalną ilość ubrań i tworzące z nich maksymalną ilość zestawów. O, proszę, oto siedem części garderoby, z których właścicielka tworzy siedemdziesiąt siedem zestawów na siedemset siedemdziesiąt siedem okazji metodą "góra do dołu - dół do góry", jak - nie przymierzając - Madzia Karwowska usiłująca się oszczędnie wystroić na wizytę do ministrostwa Zawodnych:). Widziałam i zdanie sobie wyrobiłam: to zwykła ściema. Osoba taka wygląda za każdym razem tak samo, bo: 
  • po pierwsze - zegarek, pasek, buty i apaszka także sporo (jak nie najwięcej) kosztują, a musi być ich po kilka z każdego,
  • po drugie - takie elementy tak naprawdę wiele nie zmieniają,
  • po trzecie - kiedy prać, skoro w kółko należy chodzić w tym samym, zmieniając tylko "górę do dołu - dół do góry":)?

Się wyżyłam, a teraz do rzeczy. Tak paradowałam w święta i przed nimi. Wcześniej także bywałam "w świecie", czyli na zakupach na przykład albo w kościele, ale się nie wysilałam i wskakiwałam w rzeczy, których w identycznych lub prawie identycznych zestawieniach używałam.

Pierwszy dzień świąt i kojarzy mi się refren: "Ale to już było...:)" - kliknijcie, prawda, że prawie tak samo?

A tu nieśmiertelna kurteczka i złoty szal!:)) - kliknijcie sobie i porównajcie:)

Drugi dzień świąt - rodzinne spotkanie. Góra, i dół "po raz pierwszy na ekranie":) - spódnica lat 5 (sieciówka, 6 dych po przecenie), bluzka lat 5 (sieciówka, 3 dyszki), buty lat 7, ale widzę, że do wymiany - jak to dobrze czasem pstryknąć fotkę obuwiu:))

12 komentarzy:

  1. Ja mam za małą szafę na moje ubrania:( jest ich tyle,że ho ho a i tak ciągle nosze 3-4 ulubione zestawy wiadomo po 3-4 na każdą porę roku:) . Piękna spódnica ta brązowa:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i tak to właśnie jest. Ale gdyby ktoś nam kazał coś wyrzucić lub oddać, to byłby problem, prawda?

      Usuń
  2. IMHO kilka ubrań w szafie wystarcza ale pod jednym warunkiem:) no i w tym warunku tkwi niestety wszystko - one po prostu muszą być bardzo drogie, bardzo dobrej jakości i bardzo ładne (Warunek raczej łączny niż rozłączny)-wtedy można w nich przechodzić kilka sezonów i nie dostać obrzydzenia, a i otoczenie będzie wciąż zachwycone:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. bez przesady z tą drogością.
      miałam najzwyklejsze tshirty, które c&a sprzedawało w ramach akcji promocyjnej avanti, w porywach za około 12-15 pln za DWIE sztuki.
      koszulki w bdb stanie przeżyły bodajże ze 3 lata.

      miałam też spódnicę z vero mody, kupioną za 40pln, którą nosiłam 10 lat, i która tę dyszkę przeżyła w stanie naprawdę dobrym.

      Usuń
    2. niestety pozostaję przy swoim zdaniu, choć oczywiście w sieciówkach można znaleźć bazę
      tyle, że Tshirt do dla mnie nie jest pełnoprawne ubranie tylko ciuch na siłownię czy do pielenia działki:)

      Usuń
    3. aha, żeby nie wyszło, że jestem snobką-swoje tshirty na siłownie kupuję wyłącznie na wyprzedażach po 1 zł w ciucheksie, żal mi kasy na coś co jakbym nie prała i nie "odwanniała" i tak po 2 miesiącach wyrzucę na śmietnik:)

      Usuń
    4. bez przesady- każda firma ma swoje lepsze i gorsze chwile.
      i daleka jestem od chwalenia wielkopańskich marek, że niby takie niewiadomo jak cudowne pod względem jakości są.

      no wiesz, to kwestia gustu- dla mnie basciowy thsirt- to podstawa "góry".

      wystarczy w sumie: popatrzeć na rzeczy- które się ma najdłużej w szafie.
      i które nadal są w dobrym stanie i trzymają fason.
      - u mnie akurat część z nich to sieciówki.

      pewnie, mogłabym chcieć posiadać kurtkę burberry, ale imho: wydanie 3 tysięcy złotych na jeden ciuch, to przerost formy nad treścią.

      Usuń
    5. Ja zauważyłam, że często nie do końca cena decyduje o jakości, zwłaszcza w przypadku bawełnianych koszulek. Po prostu biorę toto w palce, sprawdzam, czy mięsiste, patrzę na wykończenie szwów, lekko rozciągam i musi być sprężyste, no i ryzyk-fizyk. Mam ciuchy taniutkie, co lata trwają w dobrej formie i miałam takie trochę droższe, które po jednym praniu przypominały ścierki. Na tych naprawdę drogich ubraniach się nie znam, bo raczej oglądam przez szybę, więc się nie będę wypowiadać. Pewnie są bardzo dobrej jakości, wiele osób używających tak twierdzi, więc nie ma powodu, by im nie wierzyć. Do drogich ubrań staram się mieć stosunek obojętny, ale nie wiem, czy by się nie zmienił, gdyby znalazły się w moim zasięgu. Tylko z drugiej strony, przy mojej "nie-zużywalności" pewnie chodziłabym w nich do śmierci, to nie wiem, czy warto:)) Uściski!

      Usuń
  3. ja bym się tak za bardzo nie przejmowała ;-)

    czasem mam wrażenie, że nudzę innych, bo ja tylko spódnica + bluzka albo bluzka + spódnica ;-)

    wiesz, ja czasami robię tak, że jak w danym momencie danego ciucha mam przesyt, to chowam go głęboko, na dnie szafy, i wyciągam po jakimś czasie.
    po przerwie zazwyczaj ma odpowiedni powiew świeżości ;-)
    ale: to dotyczy tylko rzeczy, co do których jestem pewna, że potrzebuję od nich tylko odpocząć.

    OdpowiedzUsuń
  4. Zasada 20/80 w ciuchach sie sprawdza - w 20% szafy chodzi się 80% czasu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słuszna uwaga. Ale jednocześnie bez tych 80% noszonych przez 20% nie można się obejść. Warto popracować nad proporcjami, prawda?

      Usuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.