środa, 31 grudnia 2014

Coś dobrego. Pismo {Slow} i Dominique Loreau. Dziękuję!

...z cyklu "Uroda życia"

 

Jak tam Wasze przygotowania do imprezy? Bo u nas to kinderbal, jak zwykle:)

 

Kilka dobrych rzeczy spotkało mnie w tym roku, a wśród nich takie:


Beatka z bloga Wystarczająco.pl obdarowała mnie sześcioma pierwszymi numerami pisma "{Slow}". Papierowymi, co podkreślam, bo ja - wbrew panującym trendom i minimalistycznym zapędom - papier bardzo sobie cenię. Zatem dziękuję za pismo, jest co podczytywać przy pilnowaniu dziecięcia, gdy śpi i w klawisze stukać nie można.

Znalazłam w "{Slow}" wiele tematów, które leżą u mnie opracowane w "roboczych" i czekają na lepsze czasy:) - ale na jakie? Mam komplet artykułów o slow homingu (w piśmie jest o zjawisku cocoonignu, czyli o domatorstwie, ale w takiej naprawdę skrajnej wersji - to różnica między moim i ich pisaniem). W oddzielnym folderze czeka także temat "Slow reading" - bo bardzo buntuję się przeciwko wszechobecnej presji na kształcenie techniki szybkiego czytania; ja wolę się literaturą delektować. I w tym podejściu utwierdza mnie opracowanie tematu przez redaktorów "{Slow}". Chociaż z drugiej strony (tak, tak - "z drugiej strony" to moje drugie imię:), no więc z drugiej strony, żeby móc się swobodnie słowem pisanym delektować, wpierw trzeba umieć je sprawnie i globalnie (w sensie: wręcz całymi akapitami) wzrokiem ogarniać. Podstawowa technika jest niezbędna do tego, by cieszyć się tym, co wynika z czynności, a nie koncentrować na jej wykonywaniu. Ale jednak - koniec końców - slow. Bardzo, bardzo slow. Reading. Pakiet artykulików leży i czeka na zmiłowanie. Od prawie roku. Piszą też o idei slow food, poruszają tematykę slow life, wywiadują nawet w tym celu Carla Honorégo (ale, Niko, ratuj, bo nie mam pojęcia, czy w odmianie akcent zostaje:), który dzieli się dziesięciorgiem przykazań życia slow, z którymi z kolei ja się po części nie zgadzam i do których mam podłe i drobiazgowe zastrzeżenia, jak na przykład to, że panu Honorému (tak go sobie złośliwie poodmieniam, bo mogę:) wygodnie się żyje w trybie slow, kiedy niczym innym, poza pracą zawodową w domu i czytaniem dzieciom bajek, tak naprawdę nie musi się zajmować. Nie w tym, w innym, dawno temu czytanym wywiadzie opowiada na przykład o pożytkach zwolnienia tempa: ma teraz czas na poranny jogging przed śniadaniem i pracą, wybiega więc o wschodzie słońca, biegnie, biegnie, przybiega do domu, a tam - tadam! - niespodzianka! czeka na niego gotowe śniadanie, do którego zasiada, rozkosznie pobudzony dawką endorfin i tlenu, z całą swoją liczną rodziną. Pytanie za sto punktów: kto przed wyjściem do swej własnej pracy wstał skoro świt i całe to śniadanie dla rodziny przygotował? Kto nie powylegiwał się w łóżku? Kto nie snuł się niespiesznie po domu? Wreszcie: kto nie poszedł z mężem pobiegać i pozytywnie się do dnia trudnego nastawić? Pytam złośliwie z premedytacją, a skłania mnie do tej złośliwości opis śniadania (slow food, a jakże!), który serwuje sam wywiadowany. A śniadanie to dopiero początek dnia... Ale to w innym piśmie, a właściwie w innym portalu. W "{Slow}" natomiast, oprócz kilku naprawdę pożytecznych, udziela jednej "przeświatłej" rady: wyrzućcie, ludziska, zegarki, a od tego czasu wam przybędzie! Jako i mnie - rzecze pan Honoré - przybyło. No. Niby piszę w skrócie, ale - przysięgam! - nie upraszczam, nie przeinaczam, taki jest sens tego, co powiedział. Ja tego nie skomentuję. Mnie ręce opadły. Jestem szczerze i dozgonnie wdzięczna Beatce z Wystarczająco.pl, że zechciała mi podarować te sześć numerów, naprawdę, wiele się dowiedziałam, na przykład tego, że z tym moim slow readingiem prochu nie wymyśliłam:). Ale także skonfrontowałam własne wyobrażenie o slow cookingu, o slow homingu i o slow fashion. Mam nadzieję, że uda mi się wkrótce nieco sobie ulżyć w tym względzie i napisać, jak te szczytne idee wyglądają z perspektywy matki i ojca rodziny - uwaga! - wielodzietnej (tak, tak - z trójką łapiemy się na ten dla jednych godny, dla innych upokarzający termin). Bo pismo "{Slow}" - co tu dużo mówić - traktuje je z punktu widzenia zamożnego singla w wielkim mieście lub - co najwyżej - pracującego zdalnie w swoim uroczym slow-zakątku gdzieś na prowincji. Za spore pieniądze, a jakże:). Ale to pewnie dlatego, że taka, a nie inna, jest grupa docelowa czytelników. Grupa, dodajmy, uprzywilejowana materialnie, bo już raczej nie w innych sferach życia. Coś za coś. Po prostu. Raz jeszcze dzięki, Beatko, za tę dawkę inspiracji na cały przyszły rok! Będzie o czym pisać, w końcu taki jest temat tego bloga.

Tymczasem chwalenia się ciąg dalszy:)! Otóż od pewnej Weronkiki:) z bloga Po prostu: Weronkaka całkiem za friko, w ramach Jej przedadwentowych porządków, otrzymałam rzecz, której innym blogerom minimalistom po cichu zazdrościłam: trylogię Dominique Loreau. "Sztuka planowania", "Sztuka prostoty" i "Sztuka sprzątania". Oraz kilka innych rzeczy. Dziękuję! Te trzy zacne książki szczerze mogę polecić jako kropkę nad "i" dla tych, których uwiera nadmiar (rzeczy, spraw, potrzeb) i którzy już wcześniej postanowili coś z tym uwieraniem zrobić. Coś. Niedokładnie jednak wiedząc Co. Ale chęć i intuicję mając. Coś już wcześniej próbując. Zdeterminowanym będąc. Loreau naprawdę może się tu przydać, bowiem - choć prochu nie wymyśliła - lektura jej książek daje takie przyjemne poczucie pod tytułem: Tak, tak, właśnie tak samo myślę! Albo: A! To można prościej? Że też nie wpadłam/em na to wcześniej! Osioł ze mnie:)
Tych, którzy tego nieznośnego uwierania nadmiaru nie czują, książki te do niczego nie przekonają, a jedynie wzbudzą uśmiech politowania. Tym, których nadmiar uwiera od dołu, a i z góry przytłacza, mogą pomóc. I - mimo mojego zaprogramowanego genetycznie chyba dystansu do wszelkich cudownych recept - szczerze powiem, że czasem człowiek może być już tak bardzo przytłoczony gratami, sprawami i czym tam jeszcze, że sam nie bardzo da radę się spod tego podźwignąć. A w takich razach pani Loreau przybywa z odsieczą. I prowadzi za rączkę, i tłumaczy jak dziecku. Albo nie, nie obrażajmy dzieci - jak sołtys krowie na miedzy. I to działa. A tych, którym już się udało i bez jej książek, utwierdzi w przekonaniu, że pozbywając się z życia tego, co im w nim robi bałagan, nie są skończonymi wariatami. A jeśli nawet, to nie są w tym sami:))) A tak serio: w posprzątanym domu naprawdę pełniej się oddycha. I czasu jest więcej. Na slow life:) Bo o to przecież w tym wszystkim chodzi, prawda? Ksiądz Józef Tischner odpowiedziałby pewnie tak: świento prawda, tys prawda i gówno prawda. A Wy sobie wybierzcie:)))

Beatce i Weronce raz jeszcze dziękuję,
a dla Wszystkich Kochanych Blogowych Znajomych
wiele, wiele serdeczności na cały kolejny rok!

Pa, pa!

niedziela, 28 grudnia 2014

Sielsko-anielsko. Ością w gardle. Przez szybę

...z cyklu "Dyrdymałki"



Tatooo. No co? Nos nierozpłaszczony wcale na szybie. Nos i cała reszta o krok od szyby. Wzrok za to wpatrzony w drobiazg za szybą. Tatooo, ja bym tak bardzo, ale to tak bardzo chciał obejrzeć ten zestaw. Jaki zestaw? Czego? W kiosku Ruchu? To tylko myśmy nosy na szybach kiosku Ruchu rozpłaszczali, wracając ze szkoły, bo był po drodze, a w nim same skarby. Całe mnóstwo. Socjalistyczny badziew, który podobał się tylko dzieciom. Dla kogo dziś drobiazg za szybą w kiosku Ruchu jest jeszcze atrakcją? Żadnego zestawu zresztą nie widać. Ten tam, na dole. Wzrok wytężam, wciąż nic nie widać. Kilka niewielkich i niezbyt kolorowych pudełek. Teen? A, no to może pani zaraz to podniesie, to może obejrzysz... Pani nie podniesie, pani tylko otworzy mi drzwi i wyda paczkę z książkami dostarczoną w ostatniej chwili. Paczka zdąży znaleźć się pod choinką. Wchodzę do środka, płacę. Wychodzę. Nos już na szybie. Tatooo, ale ja bym tylko chciał obejrzeć, tylko bym obejrzał, nie żeby kupić. Ekhm. Taty rzut oka na boki. Szybko spuszczam wzrok. Chcę zniknąć. Jestem za blisko. No, nie można, pani już zamyka. Do widzenia. Wesołych świąt.


Czasem nawet skromne książki z dyskontu mogą stanąć ością w gardle. I właściwie ustawić perspektywę.

A tak poza tym...



Moje pierniczki całkiem zwyczajne. Tak sobie w niedzielę przed Wigilią ozdabialiśmy...


Taki gift:) ode mnie. Skromniacha.
Sznureczki takie to uszka ze zużytych torebek na prezenty.





Pierniczki bezglutenowe. By my Sister:) Best of the best.


Bez glutenu, bez kurzych jajek, bez krowiego mleka.
Piernik z bloga Moje Wypieki i makowiec na półkruchym cieście wg własnego przepisu.


Od góry: dla najmłodszego, dla starszaków, dla staruszków:)



Te anioły to się chyba nigdy nie zestarzeją:), oby! W zeszłym roku na parapecie. A wiekowe ikeowe osłonki na doniczki awansowały do "wyższych celów", aż pod sam sufit, z bycia prozaicznymi pojemnikami na sztućce, które, od kiedy dziecię dorosło do najwyższej kuchennej szuflady, musiały wyemigrować na całkiem wysoki i nad blatem umieszczony okienny parapet.


Kolacja dla dwojga...


Jestem wdzięczna za to, że moje Święta mogły tak wyglądać.

środa, 24 grudnia 2014

Wigiljne Słowa, czyli składam życzenia...

...z cyklu "Uroda życia"


Ponoć w "wirtualach" brak dobrych ludzi, ponoć tylko i wyłącznie pustosłowie albo mowa nienawiści... Ponoć...






Zechciejcie, Kochani, przyjąć najpiękniejsze życzenia błogosławionych Świąt Bożego Narodzenia, pełnych radości z przeżywanych z Najbliższymi chwil, wzajemnej miłości, pogody
i Nadziei na nadchodzący rok!

Jodła jeszcze w chłodnej piwnicy, stroik ze świecą Caritas pojawi się około południa... Dziś spokojne śniadanie z kawą i pierniczkami, z zapachem mandarynek i moim kochanym blogiem. Kochanym, bo przez Was, Mili Czytelnicy, odwiedzanym, bo przez Was w dobrych słowach komentowanym. Nie słodką paplaniną, nie bezmyślnym potakiwaniem, lecz prawdziwie dobrym rozmawianiem My Slow Nice Life stoi. Tylko dzięki Wam.
Dlatego dla Was dziś kolejne Wigilijne Słowa, w tym roku nie w blasku wigilijnej świecy, a za to przy dźwięku archanielskiej trąby - co z tego, że na choince:)

A to mały prezent:)


poniedziałek, 22 grudnia 2014

Wigilia i Boże Narodzenie bez glutenu. This year

...z cyklu "Gotuję sobie"


Zazdroszczę. Zazdroszczę samej sobie. Samej sobie sprzed równo roku. Tak bym chciała mieć i w tym tyle czasu i tyle możliwości, co w zeszłym. Dziecię w kojcu, matka na rodzicielskim, atmosfera świąteczna budowana stopniowo, wszak Adwent ma swoje prawa, a bez niego nie ma tych Świąt. Stopniowo, delikatnie, ale konsekwentnie, już od początku grudnia. Od pierwszych radości z odwiedzin Świętego, przez niespieszne kompletowanie nastroju już 12 grudnia, gotowanie najlepszej na świecie:) kapusty z grzybami 17 grudnia, wyręczanie Świętego Mikołaja na szkolne "wigilijki" starszaków dnia następnego, aż po ubieranie choinki i strojenie domu dwa dni przed Świętami. A wszystko to z namaszczeniem. Ze stopniowo rosnącą radością. Bez szaleństwa zakupów, bez stresu, bez zmęczenia. Kiedyś (przed najmłodszym dziecięciem) nie do pomyślenia. Dziś mimo wszystko ciągle jeszcze tak. A widzicie te daty szalone?!


Ale o czym to ja... A, tak. O wigilijnych i świątecznych potrawach bez glutenu, bez mleka, bez kurzych jaj.

Pamiętam szaleństwo statystyk (tak, tak, słyszę, jak to brzmi:) po umieszczeniu na blogu TEGO WPISU (KLIK), dlatego tym z Was, którzy dołączyli do grona moich Czytelników już po Bożym Narodzeniu 2013 r., oszczędzę klikania w linki (chociaż się o klikanie nie obrażę, link jest wyżej:) i pokażę kilka przydatnych, być może, przepisów. Proszę bardzo:







A tak niektóre ciasta (oprócz keksa) wyglądały po upieczeniu:

W tym roku menu modyfikuję. Zamiast schabu upiekłam już szynkę (i zamroziłam, tak, tak:). Zamiast udek -  pozmieniany na moje potrzeby przepis Tessy Capponi-Borawskiej na klops z oliwkami (kilo mielonego, niecała szklanka tartej bułki bez glutenu, mleka i jajek, dwie łyżeczki soli, łyżeczka pieprzu ziołowego, łyżeczka rozmarynu, tyle samo czosnku granulowanego, osiem przepiórczych jajeczek i solidna garść zielonych oliwek w całości; 180 stopni i 50 minut z termoobiegiem).

To na zimno. Natomiast świąteczny obiad to polędwiczki wieprzowe w jabłkach i majeranku wg mało w sumie odkrywczego przepisu z przedwiecznej jakiejś wkładki wyjętej z równie przedwiecznego i równie "jakiegoś" dziennika (dwie polędwice obsmażyłam na oleju rzepakowym - jak smażyć, to tylko na nim, ze względu na najwyższą z tłuszczów temperaturę dymienia i najmniej substancji rakotwórczych się przy smażeniu wydzielających; jak podsmażyłam, to obsypałam solą, ziołowym pieprzem, majerankiem i zalałam letnią wodą tak, by zakryć powierzchnię mięsa; po godzince małżonek dorzucił dwie pokrojone grubo cebule i dwa pokrojone w ćwiartki jabłka bez skórek; kolejne pół godziny i wszystko rozpływa się w ustach; jabłka się rozpadły i sos stał się przez to zawiesisty - zasługa pektyny, dzięki której nie trzeba sosu zagęszczać mąką; no i ten jabłkowo-cebulowo-majerankowy smak...).

Wszystko zamrożone. Ja mam świadomość, że mrożenie na święta to jakoś nie bardzo.  A nawet bardzo nie bardzo. Jednak jeszcze bardziej nie bardzo widzi mi się gotowanie w święta obiadu dla takiej rodziny jak nasza. Czyli całkiem sporej. Bo chciałoby się pospać trochę dłużej niż do czwartej trzydzieści:), bo chciałoby się niespiesznie przy śniadaniu posiedzieć, kościółek nawiedzić, a po powrocie równie niespiesznie zjeść obiad, który jakimś cudem powinien być gotowy. Nie jesteśmy rodziną Jetsonów, nie mamy na stanie służącego robota, więc... A i obiad żeby nie był taki całkiem codzienny, lecz choć trochę bardziej odświętny... Chciałoby się...

No to się wcześniej gotuje, piecze, smaży, mrozi, a następnie rozmraża. Z dużym poparciem wszystkich, z którymi czas się dzięki temu w święta spędzi zamiast sterczeć w kuchni. I tylko myślę, że do takiego radosnego mrożenia bez skutków ubocznych potrzebny jest jednak zamrażalnik no frost, komora szybkiego mrożenia i szczelne pojemniki. Wtedy po rozmrożeniu nie widać różnicy. Ale może wcale nie?

Tak czy inaczej, w jeden dzień nie da się (nawet wspólnym wysiłkiem) upiec makowca (plus bez wersja bez glutenu), piernika (plus jak poprzednio) i keksa (to w sumie pięć), a do tego mięsa. Nie da się przygotować dwóch świątecznych obiadów (może jeszcze z rosołem!?:), zrobić kapusty z grzybami, barszczu wigiljnego, nasmażyć ryb (plus w wersji bez glutenu - trudne), przygotować ryby po grecku, o pierogach i uszkach, co je większość ludzi robi w samą Wigilię, nawet nie wspomnę. No i przydałaby się też jakaś sałatka do tych mięs, prawda? I warzywa w wersji premium:) do obiadu. A zrobienie tego wszystkiego wcześniej i trzymanie normalnie w lodówce jakoś mi się nie uśmiecha - mam wrażenie, że zepsułoby się do świąt. Dlatego mrożę, co się da, albo pakuję w słoiki, na ostatnią chwilę zostawiając tylko to, czego w taki sposób przechować nie można.

Makowiec będzie na cieście półkruchym (KLIK) i z całkiem kruchym wierzchem zamiast lukru, no, ewentualnie lukier położę na tym wierzchu całkiem kruchym, jak zdążę:). A poza tym do maku kupiłam już mielone migdały. Może dodam ich też trochę do ciasta. Takie zmiany. Piernik chciałam ambitnie fermentować cztery dni według przepisu Kamisa, ale w odpowiednim czasie miałam w lodówce tylko jedno jajko, a potrzebowałam dwóch. Dlatego piernik będzie zwykły. I keks także. Jak wyżej, na załączonym obrazku:).

Jeśli potrzebujecie, korzystajcie!

niedziela, 21 grudnia 2014

Przezorny potrójnie ubezpieczony, czyli pierniczki

...z cyklu "Gotuję sobie"

 

 

Już całe internety upiekły pierniczki, pierniki i inne korzenne cuda. Upiekłam i ja. A co!

Tylko że ja... A zresztą sami zobaczcie:



Poszłam na łatwiznę. Będąc samą w domu z dziecięciem, poszłam. Na wielkie zakupy świąteczne, gdzie skusić się pozwoliłam takiemu oto gotowcowi. Kilka złotych. Kulę na podsypanym mąką blacie ulepiłam, rozwałkowałam, pożyczonymi foremkami wykroiłam i oto są już na blasze.

Czemu tak? Z dwóch powodów.

Pierwszy jest taki, że ja mam "pierniczkową traumę". Ale naprawdę. Na pierwsze własne rodzinne pierniczki porwałam się, w czwartym miesiącu ciąży będąc, i skończyło się to pięciomiesięcznym leżeniem. Zagniatanie, wałkowanie, do piekarnika schylanie - niby nic, a siekło. Tyle powód pierwszy. Pierniczki wyszły ładne, tylko twarde jak kamienie, ale kto to mógł wiedzieć, jak się świeżą mężatką było, w domu rodzinnym luksusów takowych nie znało, internety nie bardzo funkcjonowały, a w gazetowym przepisie nie ostrzegli. Poszły na choinkę ozdobione kolorowymi pisakami. W pozycji półleżącej. Po dwóch latach (i dwóch pobytach na choince) zmiękły. A dowiedziałam się o tym, gdy najstarszak (wtedy dwuipółletni) razu pewnego objawił mi się, po pół godzinie cudownego spokoju, z obliczem przyozdobionym na brązowo-czerwono-żółto i zielono, a po pierniczkach ostał mi się ino sznur. A dokładnie zielony kordonek, na którym wisiały. Zmiękły bez wątpienia. Okruszki też były smaczne. Wiem, bo próbowałam.

Powód drugi z pierniczkami bezpośrednio się nie wiąże, ale z zagniataniem ciasta od zera już tak. Moja Mama miała bliźniaki. Nie, to nie ja. To oprócz mnie. No więc moja Mama miała bliźniaki i kiedyś to nie było, że szłaś łamane przez szedłeś do sklepu, półprodukty kupowałeś łamane przez kupowałaś i cześć. Wszystko od zera. I na jedne święta ta moja Mama do wielkiej misy włożyła: mąkę, rozpuszczoną i schłodzoną margarynę, cztery jajka, pół szklanki śmietany, proszek do pieczenia i olejek waniliowy. I wsadziła w to wszystko ręce, coby ciasto półkruche pod sernik łamane przez makowiec zagnieść. Szybciutko, cichutko, raz-dwa, niezauważalnie, w try miga. Bęc! W tetrowej, takiej wpierw do płukania, potem do namaczania, a na końcu do prania pielusze - bęc! No to ręce z ciasta, pod kran, z tej mokrej mąki i byle szybko, bo jeszcze usiądzie i całe do przebierania i kąpania będzie. A stany wojenne w wilgotne chusteczki do szybkiego i awaryjnego obmywania nie obfitowały, więc w razie wykonania siadu przez półtoraroczne dziecię roboty na pół godziny będzie. Ciasto ledwo zarobione w misce. Okej, przewinięte, umyte, spłukane, namoczone. Czas wracać. "I wsadziła w to wszystko ręce, coby ciasto półkruche pod sernik łamane przez makowiec zagnieść. Szybciutko, cichutko, raz-dwa, niezauważalnie, w try miga. Bęc!". Takie małe déjà vu, a co tam, raz się żyje, za to podwójnie. Matką bliźniaków będąc.

Rodzinna anegdota w stu procentach prawdziwa skutecznie odstrasza i godnego alibi dostarcza, by ulegać promocyjnym przedświątecznym pokusom i jeszcze się nimi przechwalać. No tak. Noce szanuję na sen. Tak się umówmy, żeby nie było, żem leniwa. Bo ciasto gotowe do rozwałkowania to mało!

Już ostatnio (albo przedostatnio) chwaliłam się pudełkiem pierniczkowego proszku, do którego tylko trochę masła, jedno (albo dwa, nie pamiętam) jajka i już. I voilà!


A tak to się piekło. Żeby nie było, że całe internety pokazują, ale nie ja. Dlatego proszę bardzo:


Te z gotowego ciasta.


A te z proszku. Ostatnia porcja zaraz znajdzie się w piecu. Pierwsze od lewej serduszko "odwrócone" - resztka absolutna:).



Tyle mi się udało, tyle tych gotowców było, tyle dziecię wytrzymało. Upieczone już w poniedziałek, do teraz czekały na to, aż znajdę dla nich czas. Znalazłam. Znów jest niedzielne przedpołudnie. Znów w wózeczku, pilnowane przez tatusia, śpi dziecię. Znów kapusta z grzybami kojąco pyrkocze w garnku. Znów...

Dziś po południu darujemy sobie odwiedziny u Rodziców i może przyozdobimy pierniczki. Zapach był nieziemski, więc co z tego, że nie od zera robione? Dobrze mi, że są. Że minęło piętnaście lat. Że wreszcie przestały mi się koszmarnie kojarzyć. Może dlatego je upiekłam.

Niemożliwie mi się w tym poprzednim akapicie zrobiło, więc koniec.

A tak się zabezpieczyłam na wypadek, gdyby jednak najmłodsze dziecię włożyć rąk w ciasto nie pozwoliło:


Przecież nie mogę zostać w święta całkiem bez pierniczków!
Przezorny zawsze ubezpieczony. Czasami potrójnie.

A tak naprawdę to zależało mi na tym, żeby ich nie zepsuć, żeby jednak były.
I ten zapach... Bo w kwestii pieczenia antytalent ze mnie wybitny.

środa, 17 grudnia 2014

Są takie dni w tygodniu... kiedy lepi się uszka. Także bezglutenowe. Oraz pierogi z suszonymi śliwkami

...z cyklu "Gotuję sobie" albo "Składam sobie Święta" 2014:)

 

 

A te dni to tak naprawdę dzień. Jeden dzień. Bo w inne ani chwili czasu. Praca. Na zmiany z. To znaczy czas by był, kiedy zostaję sama z najmłodszym. Nudzę się wtedy niemiłosiernie.


Tak, wiem, zamiast tryskać zapałem na prawo i lewo, że och i ach, jak ja uwielbiam układać klocek na klocku, kolorować słonia i motylka albo... brakło mi pomysłów:( No więc zamiast tryskać, ja się nudzę. I wynajduję sobie zajęcia niewymagające wkładania rąk w kit, z którego nie da się ich szybko otrząsnąć i dziecięcia lub dobytku z opałów ratować, gdyż się lepi. Z ciasta na pierogi czyli. Względnie na uszka. Ale pierogi mam od Taty, więc ich nie muszę. Zresztą i tak nie muszę, mogę sobie kupić, ale nie muszę, bo mam.

Uszka lepię w niedzielę. Bo w niedzielę się nie pracuje, a jak przyjąć, że takie lepienie to nie praca, lecz relaks, można się mu śmiało oddawać. I mieć na Wigilię. O!


Kiedyś tam, już nie pamiętam kiedy, właśnie z nudów sprawiłam sobie alibi i usmażyłam z cebulą i przyprawami pieczarki.


Potem je małżonek zmielił w rozdrabniaczu, ale nie mam fotki, bo mnie przy tym nie było. Dlatego musicie uwierzyć mi na słowo, że w tym oto pudełku po lodach do mniej więcej trzech czwartych jego wysokości spoczywa zamrożony farsz do uszek. I czeka na lepsze czasy. Tak naprawdę to już się doczekał, o czym za chwilę, ale tu jeszcze widać szron:)


Szczerze? Nie zawracałabym sobie głowy lepieniem uszek, gdyby nie fakt, że potrzebuję bezglutenowych. Nie jest proste ich zrobienie. Ciasto - wzorem mojego Taty - robię z mąki chlebowej, więc nie rozpływa się natychmiast po zagnieceniu (z mąki pierogowo-naleśnikowej nie polecam, pierogi rozjeżdżają się w oczach. i w palcach). Nie rozpływa się, ale też się nie rozciąga, więc trudno uzyskać niewielkie uszka. Dlatego Tato specjalizuje się w pierogach, ha! W misce widać rozmrożony farsz z dodatkiem startego bezglutenowego chlebka, który wcześnie podsuszyłam. Kupna bezglutenowa bułka tarta to nie dla nas, bo zawiera mleko i jajka kurze. A to ciasto jest z samej mąki i letniej wody.


O, tak wygląda, a ja mam tremę.


Odkroiłam kawałek i będę wałkować. Trema sięga zenitu.


Jak widać, nie bez powodu, bo chciałam cienkie i mi się już podczas wałkowania rozerwało.


Postanowiłam się nie przejmować, nie zagniatałam go od nowa.
Odkroiłam po prostu ten kawałek i do roboty.


Jak to dobrze, że mnie "minimalistycznie" nie podkusiło i nie wyrzuciłam resztek starych szklanek, które już się dawno prawie wytłukły. Te nowe, ikeowe, mają za okrągłe brzegi, żeby dało się nimi cokolwiek z ciasta wykroić.


A teraz cyk.


Cyk. (Wygląda jak pieróg, prawda?)


I cyk.


Z okrągłego ładniejsze, ale te zlepione końcówki za krótkie, ponieważ są bezglutenowe, słabo się trzymają, próbuję je mocniej skleić, to się "brzuszek" rozchodzi, e tam. Pocięłam na kwadraty. Dobra, powiedzmy:)


I od nowa: cyk.


Cyk.


I cyk.


Et voilà!
Tyle mi się udało. Dla dwóch dziewczyn do wigilijnego barszczyku wystarczy:)


A tyle zwyczajnych. Z glutenem znaczy. Do dziś nie wiem, ile ich jest. Na bieżąco nie liczę, bo zanim zrobię następny, to zapomnę, a potem jestem już tak zmęczona, że mi się liczyć nie chce. Nie mam satysfakcji z tego, że wiem, ile wyprodukowałam. Może dlatego, że nic a nic nie kręci mnie produkcja? A widać, że im późniejsze, tym mniejsze? To te na dole:)


Czas na chwile miłości. Sama nie lubię (to mało powiedziane) pierogów z suszonymi śliwkami. Za to mój mąż nie wyobraża sobie bez nich Wigilii. Takie smaki dzieciństwa. Jak normalnie pracowałam, to ten jeden wolny dzień nie wystarczał, żeby zrobić wszystko, zwykle nie wystarczał na zrobienie tych pierogów. Donosiła je Teściowa, a raz nawet doszło do tego, że w podarku zrobiła je moja Siostra. Wyobrażacie sobie?! Siostra! Moja. Rodzona. A bywało, że lepił On.

 
Cukier musi być. Ale tu jeszcze nie wiem, jak to zrobić, żeby się nie wysypywał.


Tu już wiem. Przypomniało mi się, jak Teściowa mówiła, że trzeba kciukiem rozciągnąć środek w zagłębieniu dłoni.


Śliwka. I zlepianie. Które nie jest takie proste, bo to śliwka dość kanciasta, a ciasto wiadomo, powinno być niezbyt grube. A cienkie łatwo się na śliwce suszonej rwie. I tak to jest.

A dalej nie mam zdjęć (tak, wiem, co za ulga:), bo dziecię wstało, z tatusiem z sypialni przybyło i przeszkadzać poczęło. No i dogotowywały się ziemniaki, więc trzeba było się sprężać i miejsce na blacie robić, a nie zdjęcia:)

Się pochwaliłam, bo miałam czym, gdyż w zeszłym roku chwalić się mogłam jedynie tym, co mi w litościwych darach przynieśli. O, w takich:

Zeszłoroczne uszka bezglutenowe produkcji mojej Siostry:) Pod tym linkiem także najlepsza na świecie kapusta z grzybami - skromność to nie jest moje drugie imię:)