piątek, 31 stycznia 2014

Toutes proportions gardées, czyli najważniejsze są priorytety

... z cyklu "Co w szafie piszczy"


Że "nie moja bajka" się już wszem i wobec zwierzałam. Że mimo wszystko foty pstrykać lubię - także. Że od miesiąca prawie ich nie robię, widać.


Dlatego - jako nieznośna do bólu formalistka - czuję się (choć doprawdy, nie wiem, czemu) zobowiązana do wytłumaczenia się z braku kontynuacji wiadomego wątku w tym miejscu. Powód tłumaczenia jest taki, że się na samym jego (wątku) początku na postanowienie - obietnicę (?) zdobyłam, a lubię niezmiernie - zwłaszcza sama sobie - słów danych dotrzymywać i gdy tak się nie dzieje, dyskomfort (natręctwo? ha ha) żyć mi nie daje.

Z tym dyskomfortem to oczywiście toutes proportions gardées, no bez przesady, to tylko ubrania, ale jednak jest, no a poza tym Mili Niektórzy wątek ten dawali znać, że śledzą (albo teraz lepiej jest już powiedzieć: "śledzili") i w związku z powyższym czuję się wobec Nich prawdziwie zobowiązana przynajmniej wytłumaczyć. Co też niniejszym czynię.

Otóż do wykonywania póz różnorakich w celu uwiecznienia na fotce niezbędna jest kondycja. Forma znaczy - ogólna taka. Czyli że jak coś gnębi, coś boli, coś uwiera - nie da rady:( Sorry, ten typ:), znaczy się ja, tak ma. A że okoliczności tak zwane zewnętrzne przeogromny wpływ na formę (tak zwaną:) wewnętrzną mieć potrafią, stąd wpisu z szafy, co to w niej coś piszczy, od dawna brak.

Nie znaczy to naturalnie, że kamieniem w domu siedziałam albo - lepiej powiedzieć - ciężko zalegałam. Nie. Tam, gdzie musiałam, się pojawiałam, ale w tych chwilach ni czasu, ni chęci do zabawy telefonem nie miałam. Bez obaw jednak. Strata to żadna, bo dla podtrzymania początkowo poczynionego postanowienia (dla Nowych Czytelników: fotografowania każdego zestawu przez rok - bez dokupowania ciuchów) wystarczy odnotować, że się jakieś - na oko - 10 razy do przywdziania "zewnętrznych" łaszków zmuszoną było i że się w tym względzie polotem najmniejszym nie wykazywało, to znaczy się na siebie opatrzone już wcześniej do bólu sztuki odzieży wrzucało. 

A konkretnie: dwie pary dżinsów (rozszerzane do traperów - rurki do jesiennych kozaków na koturnie) plus różne swetry (wszystkie już na blogu pokazane) bez najmniejszego oglądania się na sprawy typu: pasuje czy nie? Jeśli już to: wystarczająco ciepły czy nie? Kurtka brązowa sztruksowa - jeśli autem. Grafitowa zimowa - gdy piechotką. Szalik i czapka też znane.

Zatem przepraszam. Bo, krótko mówiąc, grunt to znać priorytety, a naprawdę miałam ostatnio lekko ważniejsze sprawy na głowie. Co mi jednak nie przeszkodziło myśleć i wyprodukować kilka wpisów właśnie z tego, co mi się mimo wszystko snuło pomiędzy. Tak więc oto ciężki wpis o modzie bez jednego zdjęcia. Co może o moim do niej stosunku prawdziwie zaświadczyć. Można powiedzieć: było się nie porywać! No trudno!

Pozdrawiam!

środa, 29 stycznia 2014

Mam czterdzieści lat, czyli komentowania ciąg dalszy.

... z cyklu "Czytam sobie" i "Uroda życia"

 

Jak to mówią... Kultowo:):

 
Kupiłam przez sentyment mojemu Najmłodszemu Dziecku. Kiedy ja byłam mała, wołałam: Poczytaj mi, tato! - na przekór temu, co jest na okładce napisane. I tata czytał...

 

W październiku na e-dziecku był "artykuł" (a w rzeczywistości podpisane slajdy:(( o mitach związanych z późnym macierzyństwem. Się nastroszyłam. I w poczuciu misji - muszę się przecież koniecznie tym bzdurom przeciwstawić - uaktywniłam. 


No i poniższy komentarz wysmażyłam:

Mam czterdzieści lat. Kilkanaście lat temu urodziłam dwoje dzieci. Potem pracowałam, coś tam osiągałam i z każdym rokiem się coraz bardziej wypalałam, głupiałam. Aż pięć (obecnie, tzn. na końcu stycznia już dziewięć) miesięcy temu urodziłam całkiem nowe dziecko. I wiecie co? Teraz to ja dopiero wiem, co tak naprawdę oznacza macierzyństwo. Jest tak cudowne, że po prostu trudno to sobie wyobrazić. I nie jest to moje pierwsze dziecko, tylko trzecie, więc nie zachwycam się tu czymś, czego w młodszym wieku nie miałam, choć chciałam. Zachwycam się, bo czuję się doświadczona, przez to pewniejsza i spokojniejsza. Nie przejmuję się, jak kiedyś, pierdołami, o których już wiem, że nie mają znaczenia, lecz cieszę, nie - upajam się po prostu - tymi chwilami z dzieckiem. I tymi bez. Teraz nie denerwuje mnie jego płacz - doszukuję się cierpliwie przyczyny i próbuję ukoić. Nie frustruje mnie bycie w domu - doceniam możliwość zwolnienia tempa, bo wiem, że w pracy wcale nie jest tak fajnie, jak się wydaje. Swoje już osiągnęłam, zostałam doceniona, dlatego teraz czuję, jakby moje prawdziwe życie dopiero się zaczęło. I jednocześnie pamiętam, że obecny stan zawdzięczam temu, iż kilkanaście lat temu miałam dwoje malutkich dzieci i to wszystko przeżywałam po raz pierwszy. Jednak mniej świadomie. Tego po prostu nie da się porównać. Efekt jest taki, że kiedyś nie miałam czasu na nic, zaś teraz mam go, na co tylko zechcę. Bo chyba umiem trochę mądrzej żyć.

Powiem tak: wtedy człowiek mógł kupić taką rzecz w ciemno bez obawy, że podczas czytania dziecku będzie musiał na bieżąco błędy językowe poprawiać albo bzdurną treść weryfikować, aby nie nasiąkło.


Do moich Czytelników:
Bardzo przepraszam, że tak odgrzewam, kuponiki maleńkie odcinam itp. Mamy ferie i chcemy sobie trochę "slołlajfa" zafundować, więc... Niespiesznie, powolutku, nic mnie nie goni... A blogować lubię bardzo:)) 

Białego szaleństwa!

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Matki Polki swobodne myśli błądzenie, czyli "co mnie nie kręci, co mnie nie podnieca"



... z cyklu "Czytam sobie" i "Dyrdymałki"

 
Foto bardzo "na temat" - kto jeszcze tęskni do lata?

 

Dawno, dawno… - czyli kilka miesięcy temu przeczytałam na portalu Styl.pl artykuł „Matka Polka galopka”  - tekst o tym, jak z macierzyństwem radzą sobie znane polskie matki. Dwie aktorki, artystka kabaretowa, dziennikarka i felietonistka. Zarabiają sporo, pewnie większość z nas nigdy w życiu nie osiągnie takiego pułapu. Wychowują różną liczbę dzieci. Od jednego do pięciorga. Reportaż, jak to zwykle bywa w przypadku tak życiowych tematów, nie pozostał bez echa. Pojawiły się komentarze. Te merytoryczne i te mniej. Te przychylne i te wcale nie. Wreszcie te zupełnie jadowite, bardzo luźno związane z tematem, za to wylewające potoki żółci na poszczególne bohaterki. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że pozbycie się tej trucizny zalewającej organy wewnętrzne piszących naprawdę uratowało komuś życie, gdyż trudno jest znaleźć inne uzasadnienie dla takiej, a nie innej ich treści. Jednak uwagę zwraca ostatnia z zamieszczonych pod tekstem wypowiedzi. Pozornie normalna, kulturalna, napisana przez trzeźwo myślącą osobę. Tak jest. Czemu jednak tych kilka zdań pozostawia po sobie tak bardzo mieszane uczucia, by nie powiedzieć, niesmak?



„A co to ma do rzeczywistosci miliona polskich kobiet, one nie moga wyskoczyc na weekend albo nie maja pani do pomocy, musza radzic sobie w skrajnie innych warunkach !!! opisane historie tylko wkurzaja!!!!” (~AXARA9)


Otóż artykuł nie ma nic  do rzeczywistości „miliona polskich kobiet”, które „nie mogą wyskoczyć na weekend” itp. I może wcale nie musi mieć? Takiej rzeczywistości milion polskich kobiet ma w realu po kokardy. I założę się, że każda z tego miliona w swojej niepowtarzalnej wersji. Jedne mają łatwiej - choć tylko z punktu widzenia tych, co mają trudniej, bo prawdopodobnie same by tak własnej sytuacji nie oceniły. Ktoś pracuje na czarno, jest samotną matką, dojeżdża do pracy godzinę i z braku innej możliwości zostawia dzieci w środowiskowej świetlicy, bo nie stać go na przedszkole. Ktoś inny z kolei ma na przedszkole, dostał się do żłobka i pieniędzy mu na podstawowe potrzeby nie brakuje, choć zarabia zbyt niewiele, by odłożyć cokolwiek, za to jest w pracy po 14 godzin, dom leży odłogiem, dzieci nie widuje, a z fizycznego zmęczenia ledwie żyje i ma ochotę się zabić, bo wyjścia z sytuacji nie widać. Zmienić pracę? Na jaką? Gdzie? Zamienić umowę na czas nieokreślony na taką z okresem próbnym, ale za trochę większe pieniądze i mniej godzin? A jak jej nie przedłużą? Kogo dziś stać na ryzyko zostania z niczym? 

Tak naprawdę każda z osób piszących rozgoryczone w treści komentarze pod tekstami o tych, co mają trochę lepiej, ma swoją własną historię! I gdyby ktoś pokusił się w końcu o napisanie reportażu na temat życia tego "miliona polskich kobiet", które "muszą radzić sobie w skrajnie innych warunkach", to prędko znalazłby się w takim gąszczu przeróżnych dróg, życiowych zakrętów, perypetii, że zwyczajnie by się w nim zagubił. A i tak nie oddałby obrazu całości. Bo nie można prostą kreską oddzielić "bogaczy" od tych, co zwyczajnie "klepią biedę". Owszem, pieniądze wiele ułatwiają. Tylko że czasem, a ośmielę się powiedzieć, że nawet najczęściej, ich zdobywanie i utrzymanie życia na zadowalającym poziomie materialnym, zmusza wręcz do "sprzedania duszy diabłu", do poświęcenia się pracy na całe dnie. Choć wiele z "miliona polskich kobiet" wie dobrze, że bywają sytuacje, gdy zdobycie nawet najskromniejszych środków wymaga tego samego. A pieniędzy i tak na nic nie wystarcza. I to frustruje. To pogrąża. Dobija.


Tylko czy z tego powodu koniecznie trzeba się takim uczuciom poddać? Czy koniecznie trzeba pozwolić, aby "opisane historie tylko wkurzały"? Tak naprawdę, ale z ręką na sercu, ile z nas od kołyski aż do teraz miało w życiu wyłącznie pod górkę? Lub które wiodą życie usłane tylko różami? Może czasem, idąc pod tę górkę, udaje się nam mimo wszystko osiągnąć swój własny mały szczyt? Przecież stamtąd roztacza się zwykle piękny widok i może warto czasem otrzeć zalewający nam oczy pot z czoła, aby go dojrzeć? Nabrać sił do wchodzenia na szczyt kolejny, jeszcze wyższy, jeszcze trudniejszy, na pierwszy rzut oka nieosiągalny? A może usłana różami aleja życia kryje jednak pod spodem jakieś kolce? Które niespodzianie ranią nam stopy właśnie wtedy, gdy się po pachnącej drodze najbardziej pewnie stąpa? Tylko która z nas chce się do tego przyznać? Czy najczęściej nie jest po prostu tak, że się robi dobrą minę, że się z bólu zagryza wargi, bo przecież wszyscy wokół zazdroszczą nam życia? I nie chodzi tu o życie rzeczywiście bogate, ze służbą, willą, limuzyną z kierowcą. Ani nawet o życie topowych aktorek, piosenkarek lub innych wybrańców. Przecież dla osoby utrzymującej się za kwotę poniżej płacy minimalnej szczytem marzeń jest praca, choćby i po 14 godzin dziennie, lecz dająca pensję, za którą da się ubrać, wyżywić rodzinę i opłacić rachunki. Na przykład 2 tysiące na rękę. A przecież za tyle naprawdę trudno jest przeżyć. Jak się jednak ma połowę z tego miesięcznie, to kwota ta wydaje się szczytem marzeń, a ludzie ją zarabiający istnymi bogaczami. Wszystko zależy od punktu widzenia.


Dlatego zamiast wylewać własne żale na forach i wieszać psy na każdym, komu od nas troszkę choćby dostatniej, lepiej może poczytać, pomarzyć, zainspirować się? I spojrzeć na swe własne życie ciut inaczej. Może warto się rozejrzeć, czy koło nas nie żyje ktoś, kto ma gorzej? I wtedy zechcieć dostrzec w swoim położeniu to, co wartościowe? A potem wysilić się trochę, aby te wartości przekuć w sukces? Ktoś powie, że patrzenie na tych, co mają gorzej, jest nie bardzo etyczne. Że to brzydko dowartościowywać się w ten sposób. Racja. Jednak niekoniecznie trzeba się na tak niskich pobudkach zatrzymać. Takie spojrzenie pozwala bowiem często zmienić perspektywę, z jakiej patrzymy na własne życie. Przywraca w nim właściwe proporcje.


Mówi się, że „nie samym chlebem żyje człowiek” i to prawda. Można też słusznie dodać, że jednak bez tego chleba także nie przeżyje – i to też będzie prawda. A co to ma wspólnego z artykułami o „bogatych celebrytach”, którzy jakby na siłę szukają wad w swoim poukładanym życiu? Ano to, że po pierwsze, znając Polaków, ile by nie mieli, i tak będą narzekać, że im źle i ciężko, gdyż zwykle plusy naszej własnej sytuacji dostrzegają tylko ci, co patrzą na nas „z dołu”. 

Po drugie natomiast, dobrze jest czasem zadrzeć głowę, powstrzymując się jednocześnie od żalu, zawiści, frustracji, nawet jeśli jest ona uzasadniona. Jaką wartość miałoby dla nas czytanie o własnym ciężkim życiu, o ciągłym niedostatku, umęczeniu? Że powiedzielibyśmy: „O tak, tak właśnie jest! I to jest prawdziwe życie!” Krótka chwila satysfakcji, jakże gorzkiej. A przecież to uczucie powinno raczej kojarzyć się z radością! Bo co dalej? Wracamy do własnego znienawidzonego grajdołka z „upojnym” uczuciem, że tak i tylko tak może wyglądać „prawdziwe” życie? 

Ja dziękuję! Ja wolę przeczytać reportaż o tych, którzy mają lepiej, choć przecież nie oderwali się od rzeczywistości tak do końca. Wiem przynajmniej, że tak zwane „prawdziwe życie” może też wyglądać zupełnie inaczej. Nawet moje. Jeśli tylko zdołam ocalić w sobie resztki marzeń, dawnych celów. Jeśli tylko zechcę się poddać, być może naiwnej, wierze, że jeszcze coś w życiu mogę, że jeszcze z niego nie zrezygnowałam, że jeszcze nie chcę się załamać i wegetować za najniższą krajową. Nie stać mnie już na „Twój Styl”? Czytam w Internecie i jeszcze mogę w nim pisać! Nie pojadę do Paryża? Nie pozwolę, by na tym niespełnionym marzeniu koncentrowały się moje myśli. Raczej będę w bibliotece przeglądać przewodniki, planować. Może kiedyś… A teraz? Jak to dobrze, że mam ten wiekowy laptop i dostęp do Internetu, że pracuję. Tyle mi jest dane. Tyle jestem w stanie osiągnąć, robiąc wszystko, co w mojej mocy. Że nie więcej? Trudno. Nie pogrążę się z tego powodu w rozpaczy, z przyjemnością poczytam o „lepszym”, bogatszym i ciekawszym świecie. Czy to naprawdę taka wielka naiwność?

*Ten tekst pozwoliłam sobie opublikować po raz drugi - tym razem na moim własnym blogu. Pierwszy raz ukazał się w dziale "Wasz Styl" na portalu Styl.pl jako komentarz do przeczytanego tam artykułu.

wtorek, 21 stycznia 2014

"Szkoda życia", czyli moje Slow Life - początki

... z cyklu "Dyrdymałki"

 

"Slow Life" to stan umysłu. Kilka razy się tu już "zwierzałam", że chodzi o spokojny stosunek do tego, co jest. Staram się tak właśnie do wszystkiego podchodzić. Ale nie od zawsze. Taka "mądra" się zrobiłam, jak mi czterdziestka stuknęła i doszłam do wniosku, że albo coś zmienię, albo będę gonić do śmierci, a i tak nigdy nie dojdę do stanu, kiedy będę mogła sobie powiedzieć, że już, że się z obowiązkami wyrobiłam, że mogę zwolnić.  

 

Lato 2010 - właśnie zaczynamy "hamowanie". Jeszcze nie wiemy, co nas czeka...

Najpierw myślałam, że po studiach to koniecznie trzeba się w pracy wykazać - i zasuwałam w poczuciu "niedoczasu". Później pojawiła się rodzina i małe dzieci - kto przeżył, ten wie, o czym mówię - ostra jazda dopiero się zaczęła. 

Trzynaście lat, dzieci podrosły, w pracy coś się osiągnęło i "czas odpuścić, kupony poodcinać", myślałam i już się nawet do tego z mężem zabraliśmy, aż tu nagle... 

Się okazało, że Nowy Człowiek w drodze. Pomyślałam, że cholera, znów wszystko od nowa, znów orka, znów wieczny pęd! Ciąża usadziła, a raczej ułożyła mnie na kanapie - wiecie, w tym wieku, to już nie to, co "dwudziestki":) Życie mnie wyhamowało. A po tych dziewięciu miesiącach leżenia to też nie jest tak, że wstajesz i idziesz. O, nie! 

Zaczynasz powoli badać teren, stąpasz ostrożnie i powoli wdrażasz się do życia, tylko że z dzieckiem na ręku. Cieszysz się, że ci się udało zrobić śniadanie, wziąć prysznic (kiedykolwiek, bez większych wymagań czasowych:), naprawdę:). Wariujesz ze szczęścia, że wrzuciłaś do garnka mrożonkę i - ta dam! - mamy obiad! Na więcej ani czasu, ani sił ci nie starcza. A przecież w międzyczasie Niemowlę jest. Do ponoszenia, do przytulenia, do przewinięcia, do nakarmienia. W ten sposób, wychodząc powoli z całkowitej niemocy, cieszysz się i doceniasz każdy najdrobniejszy przejaw aktywności, który udaje ci się co dnia uskutecznić. 

Szczerze przeżywasz kolejne czynności, delektujesz się nimi i po prostu jesteś tu i teraz. Świadomie. I dotyczy to w takim samym stopniu przyprawiania zupy, jak i zaglądania w śliczne (och, jakie prześliczne!:) oczka twojego Nowego Człowieka. 

No a poza tym za cholerę nie chcesz wracać do pracy. Nie wiesz, skąd weźmiesz na to kasę, może liczysz na mannę z nieba albo na wygraną w totka, ale jedno wiesz na pewno - nie, nie i jeszcze raz nie. Stanowczo nie. W każdym razie na chwilę obecną. Pozdrawiam!

piątek, 17 stycznia 2014

Autopilot

... z cyklu "Dyrdymałki"

 

Podobno wiewiórki zbierają orzechy, bo tak "są zaprogramowane", 

czyli nieświadomie. 

A w dodatku zimą wcale nie pamiętają, gdzie je pochowały. 

No i jeszcze ukrywają je w różnych miejscach.


Do uczynienia tego tu wpisu zainspirowała mnie swoim komentarzem Ajka, pisarka i autorka Prostego Bloga, która pod poprzednim moim postem napisała na temat Slow Life takie oto trafne słowa:


Życie "slow" jest po prostu jedną z form życia świadomego, nie na "autopilocie".


Sądzę, że to jest bardzo trafna, bardzo dokładna i adekwatna definicja, choć stworzona ad hoc na potrzeby komentarza. 

Przyjmując ją, łatwo się jednak narazić na krytykę z powodu użytego w niej pojęcia "autopilot". Dlaczego? Bo pilot automatyczny ustawiony tu został w kontekście negatywnym, a jest przecież pożytecznym, doskonale precyzyjnym narzędziem, pozwalającym na wyłączenie człowieka z nużącej, monotonnej i wielogodzinnej pracy nawigacyjnej podczas pilotowania lotu za ocean na przykład. 

Za życiowy odpowiednik autopilota można by uznać zestaw opracowanych, wyrobionych w monotonnej codzienności nawyków, przyzwyczajeń. To nie jest złe, ponieważ rutynowe i wprawne wykonywanie mało ważnych, prozaicznych czynności znacznie je przyspiesza i pozwala na zaoszczędzenie czasu, który możemy przeznaczyć na o wiele bardziej twórcze zajęcia, jak chociażby myślenie albo czytanie. Myślenie podczas wygospodarowanej w ten sposób godzinki czy bujanie w obłokach podczas rutynowego rozwieszania prania na sznurkach. Które mimo nieskupiania się na tej czynności będzie rozwieszone perfekcyjnie, co nie jest bez znaczenia, gdy przychodzi do poświęcania kolejnej godziny na prasowanie, prawda? Tu zgoda, w rutynie siła.

Mimo to jednak... No właśnie, włączenie "autopilota" - w metaforycznym znaczeniu - we własnym życiu tak naprawdę wyłącza człowieka z kierowania nim. Często bowiem bywa tak, że pożyteczna początkowo rutyna, w sensie: techniczna wprawa, zaczyna się nam rozlewać na te obszary życia, które powinno się przed nią chronić. Rutynowy buziak na do widzenia, rutynowy uśmiech, co wręcz razi sztucznością, bo nawet nie wiemy, do kogo się uśmiechamy, mijając sąsiada na schodach, rutynowy sms z życzeniami... Z doświadczenia wiem, że rutynowe może się stać nawet cotygodniowe zapalanie świec do kolacji we dwoje, który to rytuał miał być właśnie od tej codziennej rutyny oderwaniem.

Rutyna, jak każde narzędzie, może się w naszych rękach stać sposobem na polepszenie albo na pogorszenie jakości życia. Dlatego, jak pisze w swoim komentarzu Ajka, życie "slow", niezależnie od tempa, jakie narzuca nam codzienność, polega na byciu świadomym. Na byciu "tu i teraz", co ja rozumiem tak, że nawet, gdy obieram ziemniaki i myślami odpływam do, dajmy na to, wspomnienia wczorajszego wieczoru albo do zbliżających się zimowych wakacji, to jestem tego świadoma i - uwaga: żart będzie:) - z pokorą przyjmuję możliwość takiego zapamiętania się w obieraniu, że kartofelków naobieram jak dla pułku wojska. A serio:  w i e m,  że teraz za bardzo się spieszę, ale  w i e m,  że to robię, bo nie mam wyboru albo - idąc dalej w byciu samoświadomym - jeszcze nie wpadłam na to, że mogłabym w tym obszarze zwolnić, a nie wpadłam, bo na razie nie mam czasu się nad tym zastanowić, ale gdy tylko będę mogła zwolnić tempo, znajdę czas, by się zastanowić, jak to zrobić. Aby zwolnić:))) Ktoś coś z tego rozumie? Ja się już trochę gubię, szczerze mówiąc. Jednak jestem tego świadoma, gdyby ktoś pytał:)

Chodzi o umiejętność decydowania. Kiedy wolniej, kiedy szybciej. Gdzie ja i tylko ja nadaję bieg sprawom, a gdzie p o z w a l a m , aby niosły mnie okoliczności zewnętrzne. I tylko w granicach, które sama wyznaczyłam. I które mogę zmienić. W każdej chwili. Jeśli zechcę. B o  m o g ę.  A mogę, ponieważ  m a m   ś w i a d o m o ś ć.  Ponieważ nie jadę na "autopilocie". Nawet wtedy, gdy  ś w i a d o m i e  go włączam.

No to jak się tak już powymądrzałam,  to jeszcze dodam, że ta samoświadomość, kiedy się ją już tak porządnie przetrenuje, pozwala z czasem eliminować z życia to, co w nim zbędne, co przeszkadza, pozwala wymienić elementy gorsze na lepsze albo naprawić to, co niezbędne, a się zepsuło. I skupić się na tym, co najcenniejsze, pozwala. I więcej czasu temu chętnie poświęcić. Kosztem "śmieci", które nieużywane, z biegiem dni bywają zapomniane, a po "odpomnieniu" często okazują się niepotrzebne i już wcale niechciane. I bez żalu są wtedy z życia wyrzucane. Robiąc miejsce i czas na te elementy, co są przez nas  
ś w i a d o m i e   wybrane. A że czasu na nie więcej, mogą być powolnie (jak to w Slow Life) celebrowane.  W związku z tym kończę. Idę celebrować:)

środa, 15 stycznia 2014

Filozofia kubka z kawą albo czym naprawdę jest Slow Life

... z cyklu "Dyrdymałki"

 

 

Kubek z kawą. Grzeje obejmowany dłońmi. Nie naparstek espresso na stojaka przy barze w biegu. Nie tektura wypełniona lurą z sieciówki połykana "trendy" na mieście - też w biegu. Kubek z kawą. A jeszcze lepiej ogromna filiżanka na spodku, żebym słyszała dźwięk przy odstawianiu.

 


Wymaga dłuższej chwili. Kanapy, fotela, stołu. I zatrzymania. Wcześniej pomyślenia. Że konieczna, że przydałaby się, że trzeba by. No więc czajnik, wrzątek, słoik z kawą, mleko. Względnie ekspres, kawiarka, kuchenka. Rano na orzeźwienie i popitkę do śniadania, które dzięki niej na krześle przy stole, a nie na stojąco prawie w drzwiach. Choć przede wszystkim jako alibi dla bezwzględnego przeznaczenia sobie kwadransa do pół godzinki z rodziną lub gazetą. 

Dobre, irracjonalnie powolne rozpoczynanie dnia. Który potem już najczęściej w ostrym sprincie. Jednak z nadzieją, bo... 


Poobiednie popołudnie po pracy. Druga wielka kawa w wielkiej białej filiżance. Książka. Tygodnik. Myśli. Ja. Pół godziny. Albo cała. Latem leżak na tarasie, przed oczami ściana lasu. Niebo. Połowa dnia. Nowa energia. Z odpoczynku, z oddechu. Z chwili dobroci dla siebie. 
Światełko w tunelu. Obowiązków, rzeczy, spraw. Złości. Radości. To dlatego nie znoszę picia kawy w pracy, a samotne delektowanie przedkładam nad chodzenie "na kawę" do kogoś. Bo to nie tylko dawka kofeiny, nie tylko smak.

Kubek grzeje dłonie, gazeta na kolanach, w treści odpływam. Dobrze.

Czy to jest Slow Life? Ja nie wiem. Ja to sobie daję. 

Są korzyści. Wyrównuje się oddech, stygną emocje, łapię dystans. I ta radość, że biorę to, co najważniejsze. Najważniejsze, bo dzięki temu wytchnieniu umiem lepiej spojrzeć na całą resztę. Z korzyścią dla reszty. Zwykły fizyczny odpoczynek też nie do przecenienia. 


Ktoś (kto twierdzi, że problematykę "slow" wprowadził do "polskiej blogosfery") z wyższością orzekł, że Slow Life to nie jest celebrowanie ciepłego życia i kubka z kawą. 

Doprawdy? 

Przejrzałam wszystkie zdjęcia kubków z kawą na moim blogu. Przypomniałam sobie ich okoliczności, dni. Ważne momenty, gdy udało się te chwile wziąć dla siebie. Celebrować odpoczynek, życie. 

Dobry sposób rozpoczęcia własnej drogi spokojnej. Bez względu na ilość spraw, godzin pracy, liczbę dzieci. Nie wyeliminujesz niezbędnych punktów z kalendarza. Może jednak spokój + kawa dwa razy po pół godziny w ciągu dnia pozwolą na spokojniejszy do nich stosunek. 

SPOKÓJ

"Slow Life to stan umysłu" (Carl Honoré w wywiadzie) - stan umysłu, który nie jest taki łatwy do osiągnięcia, chociaż środki mogą być bardzo proste. Kubek z kawą. Kanapa. Gazeta. Książka. Leżak. Deszcz za oknem albo błękit nad głową. Szum liści wrześniowych. Mgła o poranku. Chwile. 

Kiedy to zaczyna się udawać, niezauważalnie zmienia się i do całej reszty stosunek. Jest spokojniej, przyjaźniej. I nie musisz histerycznie konstatować, że gdzieś ktoś w internetach ośmielił się problemowi przyjrzeć, a może i problem pojąć. Bez twojego blogowego pouczania, bez twoich światłych uwag, bez "z wysokości" udzielanych na tematy "slow" porad. I nawet - o zgrozo! - bez świadomości istnienia twej własnej osoby. Chociaż to właśnie ty, nikt inny, lecz ty, w pocie czoła i w poczuciu misji oświecenia niedouczonego narodu wprowadziłeś - i to już cztery lata temu! - tematykę Slow Life do polskiej blogosfery. Inaczej biedny naród już po wsze czasy żyłby w mroku niewiedzy.

Slow Life. Filozofia kubka z kawą.

A jednak ktoś się problemowi przyjrzeć ośmielił. 
Trafiłam kiedyś na blog o takiej właśnie - dla niektórych "wiedzących, czym jest, a czym nie jest Slow Life" pewnie "o zgrozo!" - winiecie:


http://slowlifeproject.blogspot.com/



Wielka szkoda, że ostatni wpis ukazał się tam 18 sierpnia 2013 r. Ale widocznie ich Slow Life Project z założenia miał trwać rok, bo wpis pierwszy pochodzi z września 2012. Albo przez taki okres postanowili go na blogu relacjonować. Proste, spokojne, minimalistyczne wpisy na temat dobrego, łagodnego życia w trybie "slow". Żadnego dywagowania, histerycznego roztrząsania liczby posiadanych przedmiotów (polecam świetny wpis na Marteczniku), żadnej rezygnacji z codziennych zajęć. Czyste przestawienie myślenia o codzienności, zmiana jej odczuwania. 


S p o k ó j

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Nie moja bajka

... z cyklu "Co w szafie piszczy?"


Tak szczerze mówiąc, to mimo tego, że lubię te fotki, zaczynam się nudzić wstawianiem ich na blog w kolejnych wpisach. Już mi się nie chce każdemu wyjściu z domu poświęcać odrębnego postu, już mi się nie chce kombinować, co by tu na siebie włożyć, aby potem było jak "ideę" do tego dorobić. I opisać.


Chyba to nie moja bajka. Jednak. Co nie znaczy, że nie lubię ciuchów, mody i modowych blogów. Niektórych. Ale tak naprawdę to na żadnym z nich długo miejsca nie zagrzałam. Najładniejszy i najciekawszy nudził mnie po pół roku. Maksymalnie. Nie dlatego, że słaby, tylko dlatego, że taka ze mnie mody "pasjonatka". I już.

Jednak jako że nie chodzi u mnie o modę, lecz o jej względność właśnie, i o pewnego rodzaju dla siebie samej robiony eksperyment, postaram się wytrwać do jego założonego końca i - raz na jakiś czas - wrzucić sobie parę fotek tego, co udało mi się w celu opuszczenia opłotków własnych wykombinować. 

W zimie łatwo nie będzie, a nawet coraz gorzej, wszak posiadam jedną zimową kurtkę, jedną czapkę, w tej samej liczbie szalik, rękawiczki i trapery, zaś do tej pory aura raczej wiosenna, ale nic to, przetrzymam i byle do wiosny. A wiosną wychodzić będę jeszcze rzadziej ze względu na pylącą się wszechobecną naturę i jej okropny wpływ na stan mojego zdrowia - alergia na pyłki roślin to naprawdę nic przyjemnego. No to i roboty z cyklem "Co w szafie piszczy?" będzie jeszcze mniej. Potem lato i tylko trochę mniej pyłków na zewnątrz, a jesienią cykl się zakończy!

No więc tak właśnie wygląda dotrzymywanie przeze mnie postanowień niedotyczących sprawy życia i śmierci, czyli niezwiązanych z najpilniejszymi potrzebami życiowymi potomstwa, tudzież spraw domowych albo zawodowych.

Niemniej jednak... Jako że... W sumie to proszę bardzo, tak sobie kombinowałam w minionym tygodniu:


To z 4 stycznia. Dokładnie z taką samą górą chodziłam 19 listopada, tylko na dole były płaskie buty i rozszerzane dżinsy. O kozakach i spodniach było już chyba we wszystkich postach tego cyklu, więc bez przesady.

No i proszę bardzo, Drodzy Czytelnicy, oto całkiem "nowy" zestaw!!! A jego odmienność od poprzednich polega na - UWAGA! UWAGA! - użyciu zupełnie nowego, chociaż nie, już chyba kiedyś był na blogu, kilkuletniego szaliczka! Co tam, nawet jeśli był, to w takiej konfiguracji jeszcze nie występował, więc mogę uznać, że się nie powtórzyłam:))) To było 5 stycznia.

Niedziela, 5 stycznia. Tak sobie stoję o czwartej po południu i w ogóle nie marznę. Jakiś obłęd. Pewnie jakbym dłużej postała, to bym zmarzła, ale i tak kilka minut to trwało, a ja nic. Wszystko, co tu noszę, już było. Wiadomo, że zawsze lepiej się przy takich spodniach wygląda na obcasach, ale nie ma co przesadzać, w końcu to tylko kolejne urodziny, a nawet urodzinki. Bo u małej dziewczynki:) O, przepraszam, zerknęłam i widzę, że wrzuciłam na siebie to pomarańczowe wiszące, bo t-shirt czarny jest, letni, na ramiączkach, z Lidla, był TU, a koszula TU, spodnie TU. Pasek na biodrach też chyba pierwszy raz na blogu, więc w sumie udało się ułożyć niby to nową składankę z tych klocków:) Pasek ten ma tę zaletę, że jest z gumy, a przód ma taki nawet ciekawy - przynajmniej jak dla mnie. Był w komplecie ze spódnicą ołówkową z wysokim stanem (i na ten stan jest przeznaczony właśnie:), której tu jeszcze nie miałam, gdyż jest tak oficjalnie elegancka, że okazji na tym macierzyńskim nie miewam takich. Zatem wisi sobie na wieszaku.

O, a to jest niezwykle "oryginalne" zestawienie klasycznych elementów zimowej garderoby:)) z dnia 12 stycznia, kiedy na zewnątrz szalał w najlepsze wicher, który wymusił na osobie opuszczającej zaciszne domostwo:) uzbrojenie się po zęby, a nawet po uszy i czubek głowy we wszystko, co najcieplejsze. I tak też już było, dosłownie i kropka w kropkę, na trzecim zdjęciu od góry.

Co w tym moim "modowym" cyklu cenię najbardziej? Tak serio - wiek ubrań zupełnie nieprzystający do ich stanu. A mniej serio - moje "wyszukane" plenery. No ale zdjęcia robię tam, gdzie naprawdę jestem, specjalnie nigdzie nie jeżdżę. Z założenia i celowo. To nie są posty o modzie, a o używaniu ciuchów. Tak.

czwartek, 9 stycznia 2014

Na chandrę

... z cyklu "Uroda życia"(?)


Tam, gdzie rosną... nie, nie poziomki:) Tam, gdzie rosną stokrotki! Czyli 5 stycznia koło mojego domu

 

A skąd chandra? Ano może właśnie stąd! Zdjęcie powyższe sprzed pięciu dni jest i kwiecie owo nie zamarzło jeszcze z pewnością, bo ciepło jak w marcu. 


Zresztą, jest tego cała łąka! Proszę bardzo:

Może ktoś dojrzy w tej trawie (całkiem zresztą zielonej, jak na styczeń) stokrotki

Ależ nie! Nie mam nic absolutnie przeciwko stokrotkom! W kwietniu. Gdyby jeszcze nie pyliły, ale to już wygórowane wymagania są. Nieważne. 


Bo chciałoby się tak:

No co najmniej tak! A tym śniegiem to Google mi pada:)) Lubię tak:)

Tymczasem...


Dranie moją arabicę w Lidlu zmienili ze zwykłych granulek na takie niby lepsze coś. Może i lepiej wygląda, tylko czemu jest o ponad 4 złote droższe!!!

Mleczna czekolada kultowego Decomoreno. Nie doleję mleka, nie będę przeginać, Niemowlę też ma swoje prawa:)



No, może uda mi się poczytać:) Na razie Dziecię śpi, kawa czekoladowa stygnie, a ja posta produkuję:)

sobota, 4 stycznia 2014

Mimo wszystko...

... z cyklu "Co w szafie piszczy?"


Mimo wszystko, mimo biadolenia, marudzenia i zwykłego smęcenia, że ciuchów mało, że styliści ściemniają, że w szafie dno prześwieca i ogólnie bieda... Mimo to lubię się nad ciuchowymi kombinacjami zastanawiać, lubię w tej mojej szafie grzebać i - o zgrozo!!! - lubię, jak mi się wtedy fotki robi. Ot, taka słabość, w sumie chyba niewinna, bo nie sieję w tym celu ani z tego powodu spustoszenia w sklepach, a tym bardziej w naszym wspólnym portfelu:))


Do rzeczy! To są takie zdjęcia, które pokazują, co udało mi się wykombinować jeszcze w czasie świąt oraz po. 


Sweter znany, dżinsy też, nie mówiąc o steranych życiem balerinach - tak ciepło było 23 grudnia, czyli w urodziny u rodziny:), na które wpadliśmy dosłownie na godzinkę wieczorem, bo wiadomo, co się w domu wyprawia dzień przed Wigilią:) A wszystko wyciągnięte z szafy dosłownie w biegu i kompletnie bez zastanowienia. Mam poczucie, że nie wyszło to tak źle, jak mogło. Ale to była mała rodzinna herbatka przy przedświątecznym pierniku i makowcu - super!


A to już zestaw wigilijny, czyli nie bardzo oficjalnie, ale i nie całkiem po domowemu - "krok do przodu", jak to trafnie ujęła Maria na swym blogu UBIERAJ SIĘ KLASYCZNIE. Stara jest spódnica (10 lat) - wg mnie dżins w tej wersji dobrze oddaje opcję "pośrodku" - pomiędzy totalnym luzem a totalną elegancją, czyli dokładnie to, o co mi chodziło tym razem. Nowość to ciemnobrązowa bluzka sieciówkowa - 6 lat, chyba ze 40 złotych kosztowała. Ze względu na golf, mimo rękawów do łokci, nie nadaje się za bardzo na lato, a na takie domowe okazje chłodniejszą porą już tak, bo wiadomo, że gdy się w domu zejdzie kilkanaście osób, to swetry zimowe stają się zbyt ciepłe. Co do fasonu - w moim odczuciu wszelkie marszczenia, bufkopodobieństwa czynią ciuch odświętnym, z czego by uszyty nie był, najwyżej się tę odświętność rodzajem materiału stopniuje. Czyli że marszczony jedwab, szyfon lub satyna to opera, a marszczony dżersej domowe "krok do przodu" spotkanie na przykład wigilijne:). Aaa, i jeszcze jest to dobry kolor na okoliczność niechcącego przyozdobienia się barszczem z uszkami - choć efekty widoczne, to jednak w oczy nie kłują:)


Pierwszy dzień świąt. Od razu widzę, że materiałowe spodnie w kant to nie do butów na koturnach, tylko do solidnych obcasów lub szpilek wyłącznie. Ewentualnie jeszcze do całkiem płaskich butów. Ale takich zimowych nie mam, a w ten pierwszy dzień jakoś mi tak głupio było iść w dżinsach, a zbyt zimno było na tę, co poniżej, brązową sztruksową i jesienną kurtkę, więc tak to wykombinowałam. Nie jestem zadowolona. Niby mogłam ubrać spódnicę do tych kozaków, ale z kolei do spódnicy ta kurtka mi nie leży. Słowem kanał. I wyszło jak wyszło. Jako przysłowiowy gwóźdź do trumny tego zestawu występuje gnieciony wielki szal za 6 złotych. Ma on za zadanie rozjaśnić grafit odzienia:), gdyż - choć sam w sobie grafit jest okey - to jednak w bliskości mojego oblicza zdecydowanie nie jest ładny. A może to kwestia "oblicza", nie koloru?:) Spod spodu wystaje mi "ciążowa" tunika, granatowa w świetne gwiazdkowe pasy. Pięknie leży, uwielbiam. I dlatego się nią pod tym spodem:) pocieszam. Żeby się już tak do końca beznadziejnie nie czuć. Popołudniowa wersja ubrania na rodzinne spotkanie w domu była TU - na trzecim obrazku od góry.



O, a takie podobne zestawienie też już było, tylko przy tej spódnicy i kurtce był złoty szalik i brązowy dzianinowy golf, a w wersji z widocznym tu beżowym kominem była wąska ciemna dżinsowa spódnica, która z kolei w pierwszy dzień świąt wystąpiła ze złotym szalikiem i granatowym sweterkiem w serek. No i tak to się wszystko wymiennie stosuje sarkastycznie już przeze mnie wspomnianą metodą "góra do dołu, dół do góry" opracowaną przez Madzię z "Czterdziestolatka". Mniej więcej, bo chodzi tu o żonglowanie bez końca (no, prawie:) tymi samymi elementami. To był drugi dzień świąt.


Tu to od razu widać, co za okazja jest, ale niech Was to nie zmyli. Chodzi o zbiegające się w czasie imieniny u rodziny, a więc mimo wszystko popołudnie. Zresztą przy Maluszku i pozostałej dwójce też nie najstarszej zostaje nam urządzenie kinderbalu i drżenie, aby petardy nie obudziły Niemowlaka. Ta sukienka to jest moja jedyna wyjściowa kiecka, żadna tam wieczorowa, bo takich prawdziwych wieczorowych okazji w życiu raczej nie miewam, ale na popołudnia i bardziej uroczyste gale zawodowe wystarcza. Z okazji SYLWESTRA założyłam do niej czarne wzorkowane rajstopy - normalnie noszę cienkie srebrne albo zwykłe cieliste (słowo to okropnie brzmi, prawda?). No więc sukienka ma jakieś, o ile dobrze pamiętam, 3 lata i kosztowała, jak na moje standardy, fortunę, bo aż 160 złotych:) Rajstopki czarne jako ukłon w stronę pewnej blogerki, która napisała niedawno, że czarny i granatowy to zestawienie jak najbardziej okey, więc proszę bardzo, raz w życiu mogę być modna:) Kosztowały mnie 2 złote (serio), bo wygrzebałam je w sierpniu w wielkim koszu wyprzedażowym w Auchan, który akurat czyścił magazyny przed jesienią i wszystko szło dosłownie za grosze. Wzorek jest ładny i dość delikatny, chociaż tu tego wcale nie widać - "zalety" telefonowego aparatu w pomieszczeniu:(, ale nic to!, jak mawiał klasyk:)

Aha, i nie piję tu szampana, karmię dziecko, sprite świetnie się sprawdza w tej roli, a po prawdzie to chyba nawet bardziej mi smakuje. Naprawdę, nie wiem, jak smakuje prawdziwy szampan, ale białe i słodkie płyny musujące usiłujące w sylwestra w tej roli występować są naprawdę okropne - jak dla nas. Odkąd nauczyliśmy się pić w miarę akceptowalne wina czerwone, na które jeszcze zwykłego człowieka stać, tych "szampanów" pić już nie umiemy. Nie żebyśmy się jakoś snobowali, tylko naprawdę one nie mają nic wspólnego z białym winem, a tym bardziej z szampanem prawdziwym, na który nie możemy sobie pozwolić. Jednak sprite z kropelką dobrej wódki jest świetny. I może to jest jakiś sposób? Obrazoburczy, wiem, ale wyznaję zasadę "co kto lubi, od tego zdrów".

To były foty robione post factum, czyli hurtem w sylwestrowe popołudnie, a także w Nowy Rok, kiedy to już pojechałam na maksa, czyli zrobiłam totalny misz-masz, mając na względzie wyłącznie to, abym nie czuła się taka wypluta po prawie nieprzespanej nocy (dziecię zrobiło nam pobudkę o 5.30:)) i aby było mi w tej sytuacji ciepło. 






No więc nieśmiertelne, dobrze-mi-na-samopoczucie-robiące kozaczki, ulubiona niezbyt ciepła kurtka, dość ciepła dłuższa "ciążowa" tunika w paski i niezawodne ocieplacze, czyli: polar z kapturem - zupełnie "od czapy", ale za to przytulnie, długaśny, grubaśny i w miarę szeroki szalik plus czapka-niewidka, po naciągnięciu której naprawdę można poczuć się totalnie schowanym. Nie będę się rozwodzić nad wiekiem tych ciuchów ani nad ich cenami, bo nie ma tu nic nowego, wszystko już obgadane kiedyś tam, wszystko już w zakładce "Co w szafie piszczy?". Efekt? Cieplutko, przytulnie, mięciutko i bezpiecznie przetrwany noworoczny poranek między 11 a 12 w południe na mszy z dzidziusiem. Miałam - i chyba słusznie - poważne wątpliwości co do wystającego polarowego kaptura (po pierwsze: to element trochę na przyczepkę, a po drugie nie bardzo gra mi tu chłodny beż polaru z szalika ciepłą bielą i pomarańczem czapy), ale perspektywa marznięcia w pasujących do siebie kolorach wydała mi się śmieszna w sytuacji, kiedy wiecie, jak człowiek się czuje, gdy się nie wyśpi:) A w ogóle to teraz myślę, że nie było ze mną tak źle, skoro stać mnie było na tego typu rozmyślania:) No i jeszcze to resztkami świadomości dążenie do jako takiego wyglądu (vide: kozaczki i cienka, ale ładniejsza, kurtka). Sama siebie podziwiam.

Nie, to jeszcze nie koniec, tak dobrze nie jest:) Chcę już nadrobić zaległości, bo postanowiłam mieć w tym cyklu wszystko, co noszę przez rok. Nie jest to postanowienie noworoczne, czyli z gatunku "do zapomnienia", więc wypada go dotrzymać:)

Tu noworoczne popołudnie tuż przed wyjściem na gościnną kawę. Jak to w domu, można założyć krótki rękaw i z głowy. Nie trzeba się specjalnie wysilać. 


Bluzka jest "lidlowa", za jakieś 20 złotych, dokładnie nie pamiętam. Kupiłam ją w maju lub w czerwcu, kiedy górą z powodu karmienia nie mieściłam się w przedciążowe bluzki. Obecnie jej dekolt jest już o wiele za duży (choć wciąż karmię) i wkładam pod tę bluzkę niemiłosiernie markowy i bezwstydnie drogi (140 zł za błyszczący granatowy skrawek na podszewce i dwa aksamitne ramiączka) top kiedyś istniejącej marki Odzieżowe Pole. Dobrze nadaje się na solowe występy, a także jako spód pod żakiety, marynarki itp. Ma 8 lat.



Kolejne imieniny u rodziny, wczoraj między 8 a 9 rano. Szybka poranna wizyta z życzeniami, bo to zwykły dzień pracy. Pokazywana tunika dobrze-mi-na-nastrój-robiąca, w tej samej funkcji kozaki co zwykle, no i nowość: stalowe dżinsowe rurki 2-letnie za 30 złotych w Auchan na wyprzedaży kupione, do połowy ciąży noszone, bo tak elastyczną górę mające. Po ciąży ich forma wróciła do normy:)


I to by było na tyle:)

piątek, 3 stycznia 2014

Boże Narodzenie

... z cyklu... "Dyrdymałki" nie bardzo. "Czytam sobie" też nie, bo nie o czytanie tu chodzi... A "Uroda życia" brzmiałoby bardzo nieadekwatnie. Nie wiem.


Za Tygodnikiem Powszechnym: 30-letnia Thawslima z dzieckiem urodzonym w obozie dla uchodźców wewnętrznych w Birmie. Zdjęcie z 21 stycznia 2013 r., więc sprzed prawie roku, ale to raczej nieistotne.

Tak myślę, że gdybym kiedyś się zastanawiała, czy Boże Narodzenie to jest sprawa aktualna, czy stara, wzruszająca historia, mogę sobie spojrzeć i przypomnieć. 

W pierwszej chwili myślałam, że to okładka pozowana na podobieństwo różnych "świętych" obrazków na okoliczność świąt, ale się z błędu wyprowadziłam, przeczytawszy opis na drugiej stronie.

No i to tak à propos ciuchowego marudzenia w poprzednim poście:))

Trzymajcie się ciepło w Nowym Roku!!!