piątek, 17 stycznia 2014

Autopilot

... z cyklu "Dyrdymałki"

 

Podobno wiewiórki zbierają orzechy, bo tak "są zaprogramowane", 

czyli nieświadomie. 

A w dodatku zimą wcale nie pamiętają, gdzie je pochowały. 

No i jeszcze ukrywają je w różnych miejscach.


Do uczynienia tego tu wpisu zainspirowała mnie swoim komentarzem Ajka, pisarka i autorka Prostego Bloga, która pod poprzednim moim postem napisała na temat Slow Life takie oto trafne słowa:


Życie "slow" jest po prostu jedną z form życia świadomego, nie na "autopilocie".


Sądzę, że to jest bardzo trafna, bardzo dokładna i adekwatna definicja, choć stworzona ad hoc na potrzeby komentarza. 

Przyjmując ją, łatwo się jednak narazić na krytykę z powodu użytego w niej pojęcia "autopilot". Dlaczego? Bo pilot automatyczny ustawiony tu został w kontekście negatywnym, a jest przecież pożytecznym, doskonale precyzyjnym narzędziem, pozwalającym na wyłączenie człowieka z nużącej, monotonnej i wielogodzinnej pracy nawigacyjnej podczas pilotowania lotu za ocean na przykład. 

Za życiowy odpowiednik autopilota można by uznać zestaw opracowanych, wyrobionych w monotonnej codzienności nawyków, przyzwyczajeń. To nie jest złe, ponieważ rutynowe i wprawne wykonywanie mało ważnych, prozaicznych czynności znacznie je przyspiesza i pozwala na zaoszczędzenie czasu, który możemy przeznaczyć na o wiele bardziej twórcze zajęcia, jak chociażby myślenie albo czytanie. Myślenie podczas wygospodarowanej w ten sposób godzinki czy bujanie w obłokach podczas rutynowego rozwieszania prania na sznurkach. Które mimo nieskupiania się na tej czynności będzie rozwieszone perfekcyjnie, co nie jest bez znaczenia, gdy przychodzi do poświęcania kolejnej godziny na prasowanie, prawda? Tu zgoda, w rutynie siła.

Mimo to jednak... No właśnie, włączenie "autopilota" - w metaforycznym znaczeniu - we własnym życiu tak naprawdę wyłącza człowieka z kierowania nim. Często bowiem bywa tak, że pożyteczna początkowo rutyna, w sensie: techniczna wprawa, zaczyna się nam rozlewać na te obszary życia, które powinno się przed nią chronić. Rutynowy buziak na do widzenia, rutynowy uśmiech, co wręcz razi sztucznością, bo nawet nie wiemy, do kogo się uśmiechamy, mijając sąsiada na schodach, rutynowy sms z życzeniami... Z doświadczenia wiem, że rutynowe może się stać nawet cotygodniowe zapalanie świec do kolacji we dwoje, który to rytuał miał być właśnie od tej codziennej rutyny oderwaniem.

Rutyna, jak każde narzędzie, może się w naszych rękach stać sposobem na polepszenie albo na pogorszenie jakości życia. Dlatego, jak pisze w swoim komentarzu Ajka, życie "slow", niezależnie od tempa, jakie narzuca nam codzienność, polega na byciu świadomym. Na byciu "tu i teraz", co ja rozumiem tak, że nawet, gdy obieram ziemniaki i myślami odpływam do, dajmy na to, wspomnienia wczorajszego wieczoru albo do zbliżających się zimowych wakacji, to jestem tego świadoma i - uwaga: żart będzie:) - z pokorą przyjmuję możliwość takiego zapamiętania się w obieraniu, że kartofelków naobieram jak dla pułku wojska. A serio:  w i e m,  że teraz za bardzo się spieszę, ale  w i e m,  że to robię, bo nie mam wyboru albo - idąc dalej w byciu samoświadomym - jeszcze nie wpadłam na to, że mogłabym w tym obszarze zwolnić, a nie wpadłam, bo na razie nie mam czasu się nad tym zastanowić, ale gdy tylko będę mogła zwolnić tempo, znajdę czas, by się zastanowić, jak to zrobić. Aby zwolnić:))) Ktoś coś z tego rozumie? Ja się już trochę gubię, szczerze mówiąc. Jednak jestem tego świadoma, gdyby ktoś pytał:)

Chodzi o umiejętność decydowania. Kiedy wolniej, kiedy szybciej. Gdzie ja i tylko ja nadaję bieg sprawom, a gdzie p o z w a l a m , aby niosły mnie okoliczności zewnętrzne. I tylko w granicach, które sama wyznaczyłam. I które mogę zmienić. W każdej chwili. Jeśli zechcę. B o  m o g ę.  A mogę, ponieważ  m a m   ś w i a d o m o ś ć.  Ponieważ nie jadę na "autopilocie". Nawet wtedy, gdy  ś w i a d o m i e  go włączam.

No to jak się tak już powymądrzałam,  to jeszcze dodam, że ta samoświadomość, kiedy się ją już tak porządnie przetrenuje, pozwala z czasem eliminować z życia to, co w nim zbędne, co przeszkadza, pozwala wymienić elementy gorsze na lepsze albo naprawić to, co niezbędne, a się zepsuło. I skupić się na tym, co najcenniejsze, pozwala. I więcej czasu temu chętnie poświęcić. Kosztem "śmieci", które nieużywane, z biegiem dni bywają zapomniane, a po "odpomnieniu" często okazują się niepotrzebne i już wcale niechciane. I bez żalu są wtedy z życia wyrzucane. Robiąc miejsce i czas na te elementy, co są przez nas  
ś w i a d o m i e   wybrane. A że czasu na nie więcej, mogą być powolnie (jak to w Slow Life) celebrowane.  W związku z tym kończę. Idę celebrować:)

2 komentarze:

  1. Świetnie napisane:) Czasem autopilot jest niezbędny - chociaż moje pierwsze skojarzenie z autopilotem to powrót do domu z imprezy :D ale czasem lepiej być świadomym swojego zycia :) a idea slow - jest mi jak najbardziej bliska :)
    pozdrawiam :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za miłe słowo:) No i Twoje skojarzenie faktycznie dobre, dobre!

      Usuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.