środa, 15 stycznia 2014

Filozofia kubka z kawą albo czym naprawdę jest Slow Life

... z cyklu "Dyrdymałki"

 

 

Kubek z kawą. Grzeje obejmowany dłońmi. Nie naparstek espresso na stojaka przy barze w biegu. Nie tektura wypełniona lurą z sieciówki połykana "trendy" na mieście - też w biegu. Kubek z kawą. A jeszcze lepiej ogromna filiżanka na spodku, żebym słyszała dźwięk przy odstawianiu.

 


Wymaga dłuższej chwili. Kanapy, fotela, stołu. I zatrzymania. Wcześniej pomyślenia. Że konieczna, że przydałaby się, że trzeba by. No więc czajnik, wrzątek, słoik z kawą, mleko. Względnie ekspres, kawiarka, kuchenka. Rano na orzeźwienie i popitkę do śniadania, które dzięki niej na krześle przy stole, a nie na stojąco prawie w drzwiach. Choć przede wszystkim jako alibi dla bezwzględnego przeznaczenia sobie kwadransa do pół godzinki z rodziną lub gazetą. 

Dobre, irracjonalnie powolne rozpoczynanie dnia. Który potem już najczęściej w ostrym sprincie. Jednak z nadzieją, bo... 


Poobiednie popołudnie po pracy. Druga wielka kawa w wielkiej białej filiżance. Książka. Tygodnik. Myśli. Ja. Pół godziny. Albo cała. Latem leżak na tarasie, przed oczami ściana lasu. Niebo. Połowa dnia. Nowa energia. Z odpoczynku, z oddechu. Z chwili dobroci dla siebie. 
Światełko w tunelu. Obowiązków, rzeczy, spraw. Złości. Radości. To dlatego nie znoszę picia kawy w pracy, a samotne delektowanie przedkładam nad chodzenie "na kawę" do kogoś. Bo to nie tylko dawka kofeiny, nie tylko smak.

Kubek grzeje dłonie, gazeta na kolanach, w treści odpływam. Dobrze.

Czy to jest Slow Life? Ja nie wiem. Ja to sobie daję. 

Są korzyści. Wyrównuje się oddech, stygną emocje, łapię dystans. I ta radość, że biorę to, co najważniejsze. Najważniejsze, bo dzięki temu wytchnieniu umiem lepiej spojrzeć na całą resztę. Z korzyścią dla reszty. Zwykły fizyczny odpoczynek też nie do przecenienia. 


Ktoś (kto twierdzi, że problematykę "slow" wprowadził do "polskiej blogosfery") z wyższością orzekł, że Slow Life to nie jest celebrowanie ciepłego życia i kubka z kawą. 

Doprawdy? 

Przejrzałam wszystkie zdjęcia kubków z kawą na moim blogu. Przypomniałam sobie ich okoliczności, dni. Ważne momenty, gdy udało się te chwile wziąć dla siebie. Celebrować odpoczynek, życie. 

Dobry sposób rozpoczęcia własnej drogi spokojnej. Bez względu na ilość spraw, godzin pracy, liczbę dzieci. Nie wyeliminujesz niezbędnych punktów z kalendarza. Może jednak spokój + kawa dwa razy po pół godziny w ciągu dnia pozwolą na spokojniejszy do nich stosunek. 

SPOKÓJ

"Slow Life to stan umysłu" (Carl Honoré w wywiadzie) - stan umysłu, który nie jest taki łatwy do osiągnięcia, chociaż środki mogą być bardzo proste. Kubek z kawą. Kanapa. Gazeta. Książka. Leżak. Deszcz za oknem albo błękit nad głową. Szum liści wrześniowych. Mgła o poranku. Chwile. 

Kiedy to zaczyna się udawać, niezauważalnie zmienia się i do całej reszty stosunek. Jest spokojniej, przyjaźniej. I nie musisz histerycznie konstatować, że gdzieś ktoś w internetach ośmielił się problemowi przyjrzeć, a może i problem pojąć. Bez twojego blogowego pouczania, bez twoich światłych uwag, bez "z wysokości" udzielanych na tematy "slow" porad. I nawet - o zgrozo! - bez świadomości istnienia twej własnej osoby. Chociaż to właśnie ty, nikt inny, lecz ty, w pocie czoła i w poczuciu misji oświecenia niedouczonego narodu wprowadziłeś - i to już cztery lata temu! - tematykę Slow Life do polskiej blogosfery. Inaczej biedny naród już po wsze czasy żyłby w mroku niewiedzy.

Slow Life. Filozofia kubka z kawą.

A jednak ktoś się problemowi przyjrzeć ośmielił. 
Trafiłam kiedyś na blog o takiej właśnie - dla niektórych "wiedzących, czym jest, a czym nie jest Slow Life" pewnie "o zgrozo!" - winiecie:


http://slowlifeproject.blogspot.com/



Wielka szkoda, że ostatni wpis ukazał się tam 18 sierpnia 2013 r. Ale widocznie ich Slow Life Project z założenia miał trwać rok, bo wpis pierwszy pochodzi z września 2012. Albo przez taki okres postanowili go na blogu relacjonować. Proste, spokojne, minimalistyczne wpisy na temat dobrego, łagodnego życia w trybie "slow". Żadnego dywagowania, histerycznego roztrząsania liczby posiadanych przedmiotów (polecam świetny wpis na Marteczniku), żadnej rezygnacji z codziennych zajęć. Czyste przestawienie myślenia o codzienności, zmiana jej odczuwania. 


S p o k ó j

23 komentarze:

  1. u mnie też dziś kawowo:)
    aczkolwiek ja bardziej jednak herbaciana

    OdpowiedzUsuń
  2. No właśnie. Wszystko zależy od naszego własnego postrzegania. Tam, gdzie inni widzą tysiące dopadających ich nieszczęść, my czujemy się szczęśliwe, bo znalazłyśmy pół godzinki dla siebie, dla swoich myśli, dla naszej pięknej filiżanki z ulubioną kawą. Po takiej chwili czujemy się silniejsze do działania, do ubarwiania naszego życia. Do odczuwania szczęścia mimo wszystko. Bądź jeszcze szczęśliwsza.

    OdpowiedzUsuń
  3. I kolejny, właśnie po Marteczniku, świetny post o slow life :) Czuję ten zapach kawy, ciepło filiżanki i ten błogostan... Slow life to dla mnie harmonia, wewnętrzny spokój, skupienie i równowaga, świadomość priorytetów. O tym wszystkim najlepiej pomyśleć nad parującym kubkiem :) albo lepiej nie myśleć tylko pozwolić myślom krążyć bezładnie ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Tu się zgadzam w 100% trzeba wygospodarować tą jedną lub dwie chwile dla siebie i ulubionej kawy:) . Ja odpalam laptop i czytam blogi przy filiżance kawy karmelowej a dziecko bawi się na dywanie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wygląda na to, że można klub fanek dobrej kawy zakładać:)

      Usuń
  5. Dla mnie slow life również jest (między innymi) celebrowaniem takich chwil, jak delektowanie się kawą czy herbatą, kieliszkiem wina. W samotności lub w towarzystwie. Umiejętnością zwalniania tempa, co wcale nie wyklucza czasem znacznego przyspieszania w stosownym momencie.
    Życie "slow" jest po prostu jedną z form życia świadomego, nie na "autopilocie".

    Hmm, a kogo masz na myśli, pisząc o osobie, która uważa, że wprowadziła "slow" do polskiej blogosfery? Ciekawa jestem, chociaż mam pewne podejrzenia...
    Pozdrawiam, znad kubka herbaty, tym razem. Bo kawę piję z czegoś w rodzaju kubko-filiżanki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ajko, na pewno nie Ciebie, to oczywiste, bo na Twoim blogu nigdzie się nie znajdzie takiego stwierdzenia. Ze względu na kontekst tej mojej uwagi wolałabym pominąć nazwę tego bloga. W każdym razie widziałam Cię tam wśród obserwatorów, więc pewnie czytałaś wpisaną przez tę osobę odpowiedź na komentarz, który się pojawił na tej osoby blogu. To w tym właśnie komentarzu padło takie stwierdzenie, ale teraz się już go nie znajdzie, ponieważ został usunięty.

      Bardzo mi się podoba Twoja definicja życia "slow":)) Dziękuję za odwiedziny i wpis!
      Pozdrawiam!

      Usuń
    2. Wiem, że nie miałaś mnie na myśli, przede wszystkim dlatego, że nigdy nie przyszłoby mi do głowy wygłaszać takie stwierdzenia.
      A nasze - moje i Twoje podejścia - są bardzo zbieżne, jak mi się wydaje :)

      Usuń
    3. No mnie też się tak wydaje:)

      Usuń
  6. Piękny wpis, podzielam Twoje podejście całym sercem! I rumieniec wypłynął znów przy rekomendacji mojego skromnego bloga ;-) Ja z natury mam takie podejście do życia, dość ciche i refleksyjne, a jest mi po prostu łatwo, bo nie pracuję na razie i nie ma mnie co poganiać i stresować... Pozdrawiam znad herbatki dla odmiany :-)

    OdpowiedzUsuń
  7. Wracam jeszcze podziękować za namiar na Slow Life Projekt - jak ja bym chciała, żeby mój był taki...Oszczędny w słowach, bogaty w piękne obrazy. Cudowności :-)

    OdpowiedzUsuń
  8. Moja filozofia kubka z kawą jest taka, że musi być coś słodkiego do niej. Dziś od kilku miesięcy zamiast kawy piję na codzień yerba-mate;) A kawę naprawdę "od święta", "od weekendu" z pełną celebracją:)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nigdy nie piłam yerba-mate. Dobra jest? A coś słodkiego jak najbardziej się mieści i w mojej filozofii:)

      Usuń
    2. o yerba pisałam na moim facebooku kiedyś, pozwolę sobie skopiować tutaj:
      "Z pełną świadomością i premedytacją sprofanowałam yerba mate.
      Po pierwsze wolę nie wyobrażać sobie ewentualnych min współpracowników gdybym wyciągnęła w pracowniczej kantynie naczynie do parzenia i bombillę...
      Po drugie próbowałam yerby parzonej w tradycyjny sposób i... To nie jest to, co Tygrysy lubią najbardziej.
      W sumie w Polsce, w pewnych - nazwijmy to - zamkniętych kręgach też mamy podobny wynalazek. Nazywają to "czaj":-D"
      Yerba w mojej opinii jak najbardziej wpisuje się w filozofię życia slow - rytuał parzenia itp. Smak jednak - no cóż, to kwestia indywidualna. Określić jej moc mianem "siekiery" jest eufemizmem. Zostało mi jeszcze trochę z darowanego w ramach eksperymentu opakowania i zamierzam wypić ją w wersji sprofanowanej. Nie lubię być niewolnikiem przepisów, tak samo jak mód wszelakich (tak, tak bo i moda na picie yerby się pojawiła). Parzona jak zwykła herbata nadaje się do wypicia, ale wg mnie szału nie ma. Więcej nie kupię, bo i po co, skoro szafka z herbatami i ziołami mi się domknąć nie chce - szczególnie po pobycie w Polsce;)

      Usuń
    3. Dobre rytuały dają poczucie stałości i luksus celebrowania życia. Ważne, by nie stać się ich niewolnikiem :)

      Usuń
  9. Myślałam, że mam déjà vu :) ale nie, przecież czytałam ten post :) kawa to konieczny rytuał, doskonale się relaksujesz :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Po wielu latach zalewania się instant-lurą, przerzuciłam się na gruntówkę. Należy ją zmielić (ja ręcznie, mój On elektrycznie), zalać wrzątkiem, pozwolić jej się zaparzyć, w tym czasie nawdychać się aromatu. Dopiero po chwili można posłodzić, czy dodać mleka... Celebracja pełną gębą już w fazie produkcji. A potem tylko sie delektować:)

    W marzeniach na przyszłość będzie przegotowana, z dodatkiem różnych cudowności... Na razie wydaje mi się, że nie mam na to czasu (czyli po prostu zbyt leniwa jestem na takie zabiegi;))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Na razie wydaje mi się, że nie mam na to czasu" - jesteś suuuuper! :)))

      Usuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.