poniedziałek, 27 stycznia 2014

Matki Polki swobodne myśli błądzenie, czyli "co mnie nie kręci, co mnie nie podnieca"



... z cyklu "Czytam sobie" i "Dyrdymałki"

 
Foto bardzo "na temat" - kto jeszcze tęskni do lata?

 

Dawno, dawno… - czyli kilka miesięcy temu przeczytałam na portalu Styl.pl artykuł „Matka Polka galopka”  - tekst o tym, jak z macierzyństwem radzą sobie znane polskie matki. Dwie aktorki, artystka kabaretowa, dziennikarka i felietonistka. Zarabiają sporo, pewnie większość z nas nigdy w życiu nie osiągnie takiego pułapu. Wychowują różną liczbę dzieci. Od jednego do pięciorga. Reportaż, jak to zwykle bywa w przypadku tak życiowych tematów, nie pozostał bez echa. Pojawiły się komentarze. Te merytoryczne i te mniej. Te przychylne i te wcale nie. Wreszcie te zupełnie jadowite, bardzo luźno związane z tematem, za to wylewające potoki żółci na poszczególne bohaterki. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że pozbycie się tej trucizny zalewającej organy wewnętrzne piszących naprawdę uratowało komuś życie, gdyż trudno jest znaleźć inne uzasadnienie dla takiej, a nie innej ich treści. Jednak uwagę zwraca ostatnia z zamieszczonych pod tekstem wypowiedzi. Pozornie normalna, kulturalna, napisana przez trzeźwo myślącą osobę. Tak jest. Czemu jednak tych kilka zdań pozostawia po sobie tak bardzo mieszane uczucia, by nie powiedzieć, niesmak?



„A co to ma do rzeczywistosci miliona polskich kobiet, one nie moga wyskoczyc na weekend albo nie maja pani do pomocy, musza radzic sobie w skrajnie innych warunkach !!! opisane historie tylko wkurzaja!!!!” (~AXARA9)


Otóż artykuł nie ma nic  do rzeczywistości „miliona polskich kobiet”, które „nie mogą wyskoczyć na weekend” itp. I może wcale nie musi mieć? Takiej rzeczywistości milion polskich kobiet ma w realu po kokardy. I założę się, że każda z tego miliona w swojej niepowtarzalnej wersji. Jedne mają łatwiej - choć tylko z punktu widzenia tych, co mają trudniej, bo prawdopodobnie same by tak własnej sytuacji nie oceniły. Ktoś pracuje na czarno, jest samotną matką, dojeżdża do pracy godzinę i z braku innej możliwości zostawia dzieci w środowiskowej świetlicy, bo nie stać go na przedszkole. Ktoś inny z kolei ma na przedszkole, dostał się do żłobka i pieniędzy mu na podstawowe potrzeby nie brakuje, choć zarabia zbyt niewiele, by odłożyć cokolwiek, za to jest w pracy po 14 godzin, dom leży odłogiem, dzieci nie widuje, a z fizycznego zmęczenia ledwie żyje i ma ochotę się zabić, bo wyjścia z sytuacji nie widać. Zmienić pracę? Na jaką? Gdzie? Zamienić umowę na czas nieokreślony na taką z okresem próbnym, ale za trochę większe pieniądze i mniej godzin? A jak jej nie przedłużą? Kogo dziś stać na ryzyko zostania z niczym? 

Tak naprawdę każda z osób piszących rozgoryczone w treści komentarze pod tekstami o tych, co mają trochę lepiej, ma swoją własną historię! I gdyby ktoś pokusił się w końcu o napisanie reportażu na temat życia tego "miliona polskich kobiet", które "muszą radzić sobie w skrajnie innych warunkach", to prędko znalazłby się w takim gąszczu przeróżnych dróg, życiowych zakrętów, perypetii, że zwyczajnie by się w nim zagubił. A i tak nie oddałby obrazu całości. Bo nie można prostą kreską oddzielić "bogaczy" od tych, co zwyczajnie "klepią biedę". Owszem, pieniądze wiele ułatwiają. Tylko że czasem, a ośmielę się powiedzieć, że nawet najczęściej, ich zdobywanie i utrzymanie życia na zadowalającym poziomie materialnym, zmusza wręcz do "sprzedania duszy diabłu", do poświęcenia się pracy na całe dnie. Choć wiele z "miliona polskich kobiet" wie dobrze, że bywają sytuacje, gdy zdobycie nawet najskromniejszych środków wymaga tego samego. A pieniędzy i tak na nic nie wystarcza. I to frustruje. To pogrąża. Dobija.


Tylko czy z tego powodu koniecznie trzeba się takim uczuciom poddać? Czy koniecznie trzeba pozwolić, aby "opisane historie tylko wkurzały"? Tak naprawdę, ale z ręką na sercu, ile z nas od kołyski aż do teraz miało w życiu wyłącznie pod górkę? Lub które wiodą życie usłane tylko różami? Może czasem, idąc pod tę górkę, udaje się nam mimo wszystko osiągnąć swój własny mały szczyt? Przecież stamtąd roztacza się zwykle piękny widok i może warto czasem otrzeć zalewający nam oczy pot z czoła, aby go dojrzeć? Nabrać sił do wchodzenia na szczyt kolejny, jeszcze wyższy, jeszcze trudniejszy, na pierwszy rzut oka nieosiągalny? A może usłana różami aleja życia kryje jednak pod spodem jakieś kolce? Które niespodzianie ranią nam stopy właśnie wtedy, gdy się po pachnącej drodze najbardziej pewnie stąpa? Tylko która z nas chce się do tego przyznać? Czy najczęściej nie jest po prostu tak, że się robi dobrą minę, że się z bólu zagryza wargi, bo przecież wszyscy wokół zazdroszczą nam życia? I nie chodzi tu o życie rzeczywiście bogate, ze służbą, willą, limuzyną z kierowcą. Ani nawet o życie topowych aktorek, piosenkarek lub innych wybrańców. Przecież dla osoby utrzymującej się za kwotę poniżej płacy minimalnej szczytem marzeń jest praca, choćby i po 14 godzin dziennie, lecz dająca pensję, za którą da się ubrać, wyżywić rodzinę i opłacić rachunki. Na przykład 2 tysiące na rękę. A przecież za tyle naprawdę trudno jest przeżyć. Jak się jednak ma połowę z tego miesięcznie, to kwota ta wydaje się szczytem marzeń, a ludzie ją zarabiający istnymi bogaczami. Wszystko zależy od punktu widzenia.


Dlatego zamiast wylewać własne żale na forach i wieszać psy na każdym, komu od nas troszkę choćby dostatniej, lepiej może poczytać, pomarzyć, zainspirować się? I spojrzeć na swe własne życie ciut inaczej. Może warto się rozejrzeć, czy koło nas nie żyje ktoś, kto ma gorzej? I wtedy zechcieć dostrzec w swoim położeniu to, co wartościowe? A potem wysilić się trochę, aby te wartości przekuć w sukces? Ktoś powie, że patrzenie na tych, co mają gorzej, jest nie bardzo etyczne. Że to brzydko dowartościowywać się w ten sposób. Racja. Jednak niekoniecznie trzeba się na tak niskich pobudkach zatrzymać. Takie spojrzenie pozwala bowiem często zmienić perspektywę, z jakiej patrzymy na własne życie. Przywraca w nim właściwe proporcje.


Mówi się, że „nie samym chlebem żyje człowiek” i to prawda. Można też słusznie dodać, że jednak bez tego chleba także nie przeżyje – i to też będzie prawda. A co to ma wspólnego z artykułami o „bogatych celebrytach”, którzy jakby na siłę szukają wad w swoim poukładanym życiu? Ano to, że po pierwsze, znając Polaków, ile by nie mieli, i tak będą narzekać, że im źle i ciężko, gdyż zwykle plusy naszej własnej sytuacji dostrzegają tylko ci, co patrzą na nas „z dołu”. 

Po drugie natomiast, dobrze jest czasem zadrzeć głowę, powstrzymując się jednocześnie od żalu, zawiści, frustracji, nawet jeśli jest ona uzasadniona. Jaką wartość miałoby dla nas czytanie o własnym ciężkim życiu, o ciągłym niedostatku, umęczeniu? Że powiedzielibyśmy: „O tak, tak właśnie jest! I to jest prawdziwe życie!” Krótka chwila satysfakcji, jakże gorzkiej. A przecież to uczucie powinno raczej kojarzyć się z radością! Bo co dalej? Wracamy do własnego znienawidzonego grajdołka z „upojnym” uczuciem, że tak i tylko tak może wyglądać „prawdziwe” życie? 

Ja dziękuję! Ja wolę przeczytać reportaż o tych, którzy mają lepiej, choć przecież nie oderwali się od rzeczywistości tak do końca. Wiem przynajmniej, że tak zwane „prawdziwe życie” może też wyglądać zupełnie inaczej. Nawet moje. Jeśli tylko zdołam ocalić w sobie resztki marzeń, dawnych celów. Jeśli tylko zechcę się poddać, być może naiwnej, wierze, że jeszcze coś w życiu mogę, że jeszcze z niego nie zrezygnowałam, że jeszcze nie chcę się załamać i wegetować za najniższą krajową. Nie stać mnie już na „Twój Styl”? Czytam w Internecie i jeszcze mogę w nim pisać! Nie pojadę do Paryża? Nie pozwolę, by na tym niespełnionym marzeniu koncentrowały się moje myśli. Raczej będę w bibliotece przeglądać przewodniki, planować. Może kiedyś… A teraz? Jak to dobrze, że mam ten wiekowy laptop i dostęp do Internetu, że pracuję. Tyle mi jest dane. Tyle jestem w stanie osiągnąć, robiąc wszystko, co w mojej mocy. Że nie więcej? Trudno. Nie pogrążę się z tego powodu w rozpaczy, z przyjemnością poczytam o „lepszym”, bogatszym i ciekawszym świecie. Czy to naprawdę taka wielka naiwność?

*Ten tekst pozwoliłam sobie opublikować po raz drugi - tym razem na moim własnym blogu. Pierwszy raz ukazał się w dziale "Wasz Styl" na portalu Styl.pl jako komentarz do przeczytanego tam artykułu.

17 komentarzy:

  1. Absolutnie masz racje. Doceniać swoje, planować marzyć i nie narzekać bo to nic nie poprawi. A do Paryza na pewno jeszcze pojedziesz... I nawet nie myśl o tym, ze mogłoby tak nie być :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki, Nika, za ciepłe słowa:) To bardzo wiele, gdy wiesz, że ktoś rozumie, co myślisz:)

    OdpowiedzUsuń
  3. takie artykuły są by ludzie aspirowali, chcieli żyć lepiej, ciekawiej, a tymczasem jak się okazuje, w Polsce służą do wylewania jadu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety... Dlatego po którymś z kolei przeczytanym tekście postanowiłam raz na zawsze darować sobie czytanie komentarzy. Ale na koniec strzeliłam sobie swój własny komentarz:)

      Usuń
  4. Polacy to marudy-.Ile by nie było to i tak jest za mało.I cóż,okazuje się ,że jestem typową Polką,taką marudną i upierdliwą:)Dziękuję Ci za tego posta,zdałam sobie sprawę,że faktycznie za mało doceniam to co mam...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No co Ty, z Twojego bloga wcale nie wynika, abyś taka była:) Nie żartuj! Ale masz rację, że zawsze warto się rozejrzeć, co by tu w swoim życiu lepiej docenić i zauważyć:)

      Usuń
  5. POLAKI, BIEDAKI, CEBULAKI..
    Tymi trzema słowami można to najlepiej opisac..

    http://xoprimaxo.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to też o mnie? Odczuwam te określenia raczej jako odnoszące się do postawy wobec tego, co się ma, a nie jako wskazanie na nikły stan posiadania. Dobrze czytam Twój komentarz, czy się mylę?

      Usuń
  6. A ja nie uważam, aby Polacy jakoś szczególnie marudzili. Myślę, że są po prostu ludzie, którzy wolą ponarzekać i nic nie robić i tacy, którzy czerpią z życia i cieszą się drobiazgami. Bo ten marudzący często ma lepiej niż ten, co się cieszy z głupot. To tylko kwestia podejścia.

    I myślę, że to właśnie chęć czerpania z życia, chęć rozwoju i siła wewnętrzna decyduje o tym, czy ktoś jedzie do Paryża czy nie :) Więc Ty pojedziesz, na bank! :) I podróż będzie niezapomniana. :)

    A co do samego artykułu... Każda z pań opowiedziała to, co chciała, abyśmy o niej wiedziały. Może to ich prawdziwe życie, może kolejna kreacja... I dlatego ja wolę inspirować się kobietami, które żyją obok mnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo mądre słowa. Warto je zapamiętać, zwłaszcza ostatni akapit. Dzięki!

      Usuń
  7. Hej! Ja też mam tak samo, jak Ty. Nie lubię nawet polskich filmów z tego powodu oglądać. Po co mam patrzeć na coś, co mam na co dzień? Lepiej pracować nad poprawą tego, JAK JEST, niż się zamartwiać i tracić energię na wylewanie żali i jadu. To tylko psuje nastrój. Pozdrawiam i zapraszam do mnie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi Cię tu widzieć:) Witam na moim blogu i pozdrawiam ciepło!

      Usuń
  8. Miło się czytało ten post ja jakiś czas temu,przestałam narzekać bo i po co teraz jak ktoś pyta co u mnie itp mówię świetnie,nie żalę się,że jestem chora bo i co kogo to obchodzi a wiem,że inni mają gorzej:(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci za Twój miły komentarz. Naprawdę widzę, że też nie mam na co narzekać, jeśli mam takie Czytelniczki:))

      Usuń
  9. A ja trochę nie na temat. Chciałam tylko powiedzieć jaką przyjemność sprawił mi tekst mądry i obiektywny, napisany bez błędów i literówek, i do tego piękną polszczyzną! Aż lżej się oddycha :) Pozdrawiam serdecznie!
    -Kaśka, bezdzietna wielbicielka dobrej literatury dla dzieci ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo mi jest miło czytać takie "nie na temat" komentarze. Dziękuję:) Widzę, że naprawdę warto się starać, skoro istnieją Czytelnicy dostrzegający i doceniający także i to. Pozdrawiam Cię i mam nadzieję w przyszłości nie zawieść:)

      Usuń
  10. Gdyby każdy umiał znaleźć coś dobrego w swoim życiu i cieszyć się tym, co jest mu dane, zaufał sobie i przestał ciągle porównywać się z innymi, świat byłby może spokojniejszy. Nie należy porównywać się z innymi, tylko ze sobą sprzed roku, sprzed 5 lat, sprzed 10 lat. Wówczas będziemy mogli stwierdzić, że cały czas posuwamy się do przodu. Może wolniej niż inni, ale do przodu. Zdarzają się kroki wstecz, ale ogólny trend jest rosnący. Jeśli nie są to sukcesy materialne, na pewno są inne, często cenniejsze niż wypasione konto. Pozdrawiam Cię :)

    OdpowiedzUsuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.