sobota, 4 stycznia 2014

Mimo wszystko...

... z cyklu "Co w szafie piszczy?"


Mimo wszystko, mimo biadolenia, marudzenia i zwykłego smęcenia, że ciuchów mało, że styliści ściemniają, że w szafie dno prześwieca i ogólnie bieda... Mimo to lubię się nad ciuchowymi kombinacjami zastanawiać, lubię w tej mojej szafie grzebać i - o zgrozo!!! - lubię, jak mi się wtedy fotki robi. Ot, taka słabość, w sumie chyba niewinna, bo nie sieję w tym celu ani z tego powodu spustoszenia w sklepach, a tym bardziej w naszym wspólnym portfelu:))


Do rzeczy! To są takie zdjęcia, które pokazują, co udało mi się wykombinować jeszcze w czasie świąt oraz po. 


Sweter znany, dżinsy też, nie mówiąc o steranych życiem balerinach - tak ciepło było 23 grudnia, czyli w urodziny u rodziny:), na które wpadliśmy dosłownie na godzinkę wieczorem, bo wiadomo, co się w domu wyprawia dzień przed Wigilią:) A wszystko wyciągnięte z szafy dosłownie w biegu i kompletnie bez zastanowienia. Mam poczucie, że nie wyszło to tak źle, jak mogło. Ale to była mała rodzinna herbatka przy przedświątecznym pierniku i makowcu - super!


A to już zestaw wigilijny, czyli nie bardzo oficjalnie, ale i nie całkiem po domowemu - "krok do przodu", jak to trafnie ujęła Maria na swym blogu UBIERAJ SIĘ KLASYCZNIE. Stara jest spódnica (10 lat) - wg mnie dżins w tej wersji dobrze oddaje opcję "pośrodku" - pomiędzy totalnym luzem a totalną elegancją, czyli dokładnie to, o co mi chodziło tym razem. Nowość to ciemnobrązowa bluzka sieciówkowa - 6 lat, chyba ze 40 złotych kosztowała. Ze względu na golf, mimo rękawów do łokci, nie nadaje się za bardzo na lato, a na takie domowe okazje chłodniejszą porą już tak, bo wiadomo, że gdy się w domu zejdzie kilkanaście osób, to swetry zimowe stają się zbyt ciepłe. Co do fasonu - w moim odczuciu wszelkie marszczenia, bufkopodobieństwa czynią ciuch odświętnym, z czego by uszyty nie był, najwyżej się tę odświętność rodzajem materiału stopniuje. Czyli że marszczony jedwab, szyfon lub satyna to opera, a marszczony dżersej domowe "krok do przodu" spotkanie na przykład wigilijne:). Aaa, i jeszcze jest to dobry kolor na okoliczność niechcącego przyozdobienia się barszczem z uszkami - choć efekty widoczne, to jednak w oczy nie kłują:)


Pierwszy dzień świąt. Od razu widzę, że materiałowe spodnie w kant to nie do butów na koturnach, tylko do solidnych obcasów lub szpilek wyłącznie. Ewentualnie jeszcze do całkiem płaskich butów. Ale takich zimowych nie mam, a w ten pierwszy dzień jakoś mi tak głupio było iść w dżinsach, a zbyt zimno było na tę, co poniżej, brązową sztruksową i jesienną kurtkę, więc tak to wykombinowałam. Nie jestem zadowolona. Niby mogłam ubrać spódnicę do tych kozaków, ale z kolei do spódnicy ta kurtka mi nie leży. Słowem kanał. I wyszło jak wyszło. Jako przysłowiowy gwóźdź do trumny tego zestawu występuje gnieciony wielki szal za 6 złotych. Ma on za zadanie rozjaśnić grafit odzienia:), gdyż - choć sam w sobie grafit jest okey - to jednak w bliskości mojego oblicza zdecydowanie nie jest ładny. A może to kwestia "oblicza", nie koloru?:) Spod spodu wystaje mi "ciążowa" tunika, granatowa w świetne gwiazdkowe pasy. Pięknie leży, uwielbiam. I dlatego się nią pod tym spodem:) pocieszam. Żeby się już tak do końca beznadziejnie nie czuć. Popołudniowa wersja ubrania na rodzinne spotkanie w domu była TU - na trzecim obrazku od góry.



O, a takie podobne zestawienie też już było, tylko przy tej spódnicy i kurtce był złoty szalik i brązowy dzianinowy golf, a w wersji z widocznym tu beżowym kominem była wąska ciemna dżinsowa spódnica, która z kolei w pierwszy dzień świąt wystąpiła ze złotym szalikiem i granatowym sweterkiem w serek. No i tak to się wszystko wymiennie stosuje sarkastycznie już przeze mnie wspomnianą metodą "góra do dołu, dół do góry" opracowaną przez Madzię z "Czterdziestolatka". Mniej więcej, bo chodzi tu o żonglowanie bez końca (no, prawie:) tymi samymi elementami. To był drugi dzień świąt.


Tu to od razu widać, co za okazja jest, ale niech Was to nie zmyli. Chodzi o zbiegające się w czasie imieniny u rodziny, a więc mimo wszystko popołudnie. Zresztą przy Maluszku i pozostałej dwójce też nie najstarszej zostaje nam urządzenie kinderbalu i drżenie, aby petardy nie obudziły Niemowlaka. Ta sukienka to jest moja jedyna wyjściowa kiecka, żadna tam wieczorowa, bo takich prawdziwych wieczorowych okazji w życiu raczej nie miewam, ale na popołudnia i bardziej uroczyste gale zawodowe wystarcza. Z okazji SYLWESTRA założyłam do niej czarne wzorkowane rajstopy - normalnie noszę cienkie srebrne albo zwykłe cieliste (słowo to okropnie brzmi, prawda?). No więc sukienka ma jakieś, o ile dobrze pamiętam, 3 lata i kosztowała, jak na moje standardy, fortunę, bo aż 160 złotych:) Rajstopki czarne jako ukłon w stronę pewnej blogerki, która napisała niedawno, że czarny i granatowy to zestawienie jak najbardziej okey, więc proszę bardzo, raz w życiu mogę być modna:) Kosztowały mnie 2 złote (serio), bo wygrzebałam je w sierpniu w wielkim koszu wyprzedażowym w Auchan, który akurat czyścił magazyny przed jesienią i wszystko szło dosłownie za grosze. Wzorek jest ładny i dość delikatny, chociaż tu tego wcale nie widać - "zalety" telefonowego aparatu w pomieszczeniu:(, ale nic to!, jak mawiał klasyk:)

Aha, i nie piję tu szampana, karmię dziecko, sprite świetnie się sprawdza w tej roli, a po prawdzie to chyba nawet bardziej mi smakuje. Naprawdę, nie wiem, jak smakuje prawdziwy szampan, ale białe i słodkie płyny musujące usiłujące w sylwestra w tej roli występować są naprawdę okropne - jak dla nas. Odkąd nauczyliśmy się pić w miarę akceptowalne wina czerwone, na które jeszcze zwykłego człowieka stać, tych "szampanów" pić już nie umiemy. Nie żebyśmy się jakoś snobowali, tylko naprawdę one nie mają nic wspólnego z białym winem, a tym bardziej z szampanem prawdziwym, na który nie możemy sobie pozwolić. Jednak sprite z kropelką dobrej wódki jest świetny. I może to jest jakiś sposób? Obrazoburczy, wiem, ale wyznaję zasadę "co kto lubi, od tego zdrów".

To były foty robione post factum, czyli hurtem w sylwestrowe popołudnie, a także w Nowy Rok, kiedy to już pojechałam na maksa, czyli zrobiłam totalny misz-masz, mając na względzie wyłącznie to, abym nie czuła się taka wypluta po prawie nieprzespanej nocy (dziecię zrobiło nam pobudkę o 5.30:)) i aby było mi w tej sytuacji ciepło. 






No więc nieśmiertelne, dobrze-mi-na-samopoczucie-robiące kozaczki, ulubiona niezbyt ciepła kurtka, dość ciepła dłuższa "ciążowa" tunika w paski i niezawodne ocieplacze, czyli: polar z kapturem - zupełnie "od czapy", ale za to przytulnie, długaśny, grubaśny i w miarę szeroki szalik plus czapka-niewidka, po naciągnięciu której naprawdę można poczuć się totalnie schowanym. Nie będę się rozwodzić nad wiekiem tych ciuchów ani nad ich cenami, bo nie ma tu nic nowego, wszystko już obgadane kiedyś tam, wszystko już w zakładce "Co w szafie piszczy?". Efekt? Cieplutko, przytulnie, mięciutko i bezpiecznie przetrwany noworoczny poranek między 11 a 12 w południe na mszy z dzidziusiem. Miałam - i chyba słusznie - poważne wątpliwości co do wystającego polarowego kaptura (po pierwsze: to element trochę na przyczepkę, a po drugie nie bardzo gra mi tu chłodny beż polaru z szalika ciepłą bielą i pomarańczem czapy), ale perspektywa marznięcia w pasujących do siebie kolorach wydała mi się śmieszna w sytuacji, kiedy wiecie, jak człowiek się czuje, gdy się nie wyśpi:) A w ogóle to teraz myślę, że nie było ze mną tak źle, skoro stać mnie było na tego typu rozmyślania:) No i jeszcze to resztkami świadomości dążenie do jako takiego wyglądu (vide: kozaczki i cienka, ale ładniejsza, kurtka). Sama siebie podziwiam.

Nie, to jeszcze nie koniec, tak dobrze nie jest:) Chcę już nadrobić zaległości, bo postanowiłam mieć w tym cyklu wszystko, co noszę przez rok. Nie jest to postanowienie noworoczne, czyli z gatunku "do zapomnienia", więc wypada go dotrzymać:)

Tu noworoczne popołudnie tuż przed wyjściem na gościnną kawę. Jak to w domu, można założyć krótki rękaw i z głowy. Nie trzeba się specjalnie wysilać. 


Bluzka jest "lidlowa", za jakieś 20 złotych, dokładnie nie pamiętam. Kupiłam ją w maju lub w czerwcu, kiedy górą z powodu karmienia nie mieściłam się w przedciążowe bluzki. Obecnie jej dekolt jest już o wiele za duży (choć wciąż karmię) i wkładam pod tę bluzkę niemiłosiernie markowy i bezwstydnie drogi (140 zł za błyszczący granatowy skrawek na podszewce i dwa aksamitne ramiączka) top kiedyś istniejącej marki Odzieżowe Pole. Dobrze nadaje się na solowe występy, a także jako spód pod żakiety, marynarki itp. Ma 8 lat.



Kolejne imieniny u rodziny, wczoraj między 8 a 9 rano. Szybka poranna wizyta z życzeniami, bo to zwykły dzień pracy. Pokazywana tunika dobrze-mi-na-nastrój-robiąca, w tej samej funkcji kozaki co zwykle, no i nowość: stalowe dżinsowe rurki 2-letnie za 30 złotych w Auchan na wyprzedaży kupione, do połowy ciąży noszone, bo tak elastyczną górę mające. Po ciąży ich forma wróciła do normy:)


I to by było na tyle:)

6 komentarzy:

  1. Śliczną sukienkę w sylwestra miałaś:) i ubranie z kuchenką w tle mi się bardzo podoba . Na 1zdjęciu ze spaceru to tyłem myślałam,że przefarbowałaś włosy na rudo i już pomyślałam jak super:) . Moje marzenie od kilku lat to jest właśnie mieć jasne rude włosy jak Nicole Kidman ,ale fryzjerki i odradzają bo naturalne mam ciemny blond i musiała bym rozjaśnić cała głowę na jasny blond i dopiero wtedy farbować a kolor może wyjść np zielony a nie wymarzony jaśniutki rudy :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, dzięki:) Tobie takie jasnorude włosy by bardzo pasowały, mnie to raczej nie bardzo, ale tak w ogóle to też mi się podobają - u kogoś:)

      Usuń
  2. bardzo ładne rzeczy wygrzebałaś ze swojej szafy, czasem same nie wiemy co nasze szafy kryją :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasem warto w nich pogrzebać, prawda? Dzięki!

      Usuń
  3. Dziękuję za obszerny komentarz. Mam nadzieje, ze udalo mi się odpowiedzieć na Twoje pytania i sięgniesz kiedyś po jedną z powieści Evansa. Już jestem ciekawa Twojej opinii :)

    Pozdrawiam,
    Marie Bell

    OdpowiedzUsuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.