czwartek, 20 lutego 2014

Być rodzicem

...z cyklu "Czytam sobie..."

 

Zabawa czy zabawki? - zapytała ostatnio Agnieszka z Dużego Pokoju. Przy okazji urodzin syna organizowanych na tradycyjną modłę, co w tych czasach oznacza: w domu, na podwórku, bez elektronicznych gadżetów. Czyli jak najbardziej fajnie:) 



Zapytała, a mnie po chwili radości, że niektórym na szczęście jeszcze zależy na tym, aby dzieciaki znały jakiś świat poza wirtualnym i aby umiały bawić się same bez pomocy wynajętego w lokalu animatora przebranego za klauna, przyszło do głowy, że w sumie to nie pamiętam, aby moi rodzice jakkolwiek inspirowali  moje zabawy. A w te wymyślone przez nas nie ingerowali. O ile nie było demolki:) Tylko mi czytali, zwłaszcza tata. Lub co jakiś czas kontrolnie zawołali z okna, abyśmy się pokazali, że żyjemy.

Dziś, jeśli rodzic chce, aby jego dziecko spędziło czas na powietrzu i w ruchu, a jednocześnie nie ma ochoty wydać fortuny na animatora, sam musi się nim stać. I tylko liczyć na to, że dzieciakom się spodoba jego uczestnictwo w zabawie. Też tak robię, bo moje dzieci także mają komputery.

Zastanawiam się jednak, czy to nasze opiekuńcze wkraczanie w ich zabawy wynika tylko i wyłącznie z chęci zapobieżenia zanikowi mięśni, tudzież zamianie małolatów w cyborgi, czy może jest w tym jakieś drugie dno. Coś mi mówi, że w najlepszym razie przyczyny są dwie, z osobistym wskazaniem na tę drugą. A raczej drugie. Dno:) Jakie? Może robimy to, bo uważamy, że nasz sposób spędzania czasu w dzieciństwie był nie tylko inny, ale przede wszystkim lepszy?
Wszyscy wiedzą i w sumie to stara śpiewka, że my nie mieliśmy tylu gadżetów i pewnie dlatego w kółko siedzieliśmy na dworze, zima czy lato, włóczyliśmy się po mieście itp. Ale przecież nasz sposób spędzania czasu także bardzo różnił się od zabaw naszych rodziców, a jednak oni nie ingerowali, choć może także widzieli to, co my robimy, jako... bo ja wiem... niebezpieczne (te rajdy rowerem po mieście, to łażenie po różnych zakamarkach, wyprawy całą watahą do lasu). 

Ale może też być tak, że im po prostu nikt nie powiedział, żeby się przejmowali tym, jak się dzieci bawią, aby tylko wyszły z tego żywe i w miarę (!) bez obrażeń. A myśmy się dowiedzieli, że bycie dobrym rodzicem oznacza ciągłe czuwanie nad tym, co dzieciak robi, czym się bawi itd. I wychodzi na to, że to nie nasze dzieci towarzyszą nam w normalnym życiu i trochę na jego wzór próbują organizować własne (w każdym jego aspekcie), lecz że to my towarzyszymy naszym potomkom i sami próbujemy stać się takimi "maluchami", aby im było dobrze z nami. 

Lepsza byłaby mama-kwoka, ale nie posiadamy:)

Nie mam pewności, czy to jest dla dzieci dobre. Nie żebym tu propagowała separowanie dzieci od rodziców! Chodzi tylko o to, że dzieci mają chyba towarzyszyć rodzicom a rodzice dzieciom w taki naturalny sposób, bez napinania się na realizację jakichkolwiek teorii, wstępnych założeń. Bo może być tak, że założeniem ma być tylko miłość (do dzieci, lecz i do siebie samych) i to z niej ma wypływać wszystko, co się w relacji dzieje. Więc gdy ochota i naturalna skłonność dzieci do zabawy z rodzicami, to proszę bardzo! Ale jeśli chęć na oddzielne spędzanie czasu lub tak zwane "kręcenie się" przy rodzicach bez wyraźniejszego celu, także jak najbardziej!

Ciekawie i w sumie dość kontrowersyjnie na temat naszych relacji z dzieciakami mówi Jean Liedloff na portalu Dzieci są Ważne - w wywiadzie bardzo ciekawie zatytułowanym: "O niefortunnych konsekwencjach skupiania się na dziecku". Warto zerknąć, a dla tych, co nie zerkną, wspomnę, że w ogromnym skrócie wynika z niego, że gdybyśmy tak bardzo nie trzęśli się nad dziećmi (nie mylić z brakiem opieki i miłości!), gdybyśmy trochę bardziej zwyczajnie, jak mniejszych ludzi, dzieci traktowali, to może nie mielibyśmy z nimi tylu problemów, a po prostu normalne relacje. Bo dzieci, paradoksalnie, nie mają żadnego poczucia krzywdy, kiedy zostawiamy je samym sobie (nie mylić z opuszczeniem, porzuceniem emocjonalnym!), kiedy pozwalamy im się w spokoju samymi sobą zajmować. Mają je natomiast nader często, gdy w poczuciu rodzicielskiej misji i miłości próbujemy dać im wszystko, co nam się wydaje najlepsze. 


Co myślicie? Dla mnie to było jak potężny kopniak w sam środek tyłka wygodnie umoszczonego na wielkiej i przytulnej kanapie mojego matczynego poczucia doskonałości.



15 komentarzy:

  1. to zależy, jak dziecko ma się z kim bawić (rodzeństwo), to ja bym nie interweniowała i nie wymyślała zabaw, mnie i siostrze rodzice zabaw nie wymyślali, a też w owych czasach wolałyśmy nieraz siedzieć w domu (może nie w internecie, z wiadomych przyczyn) ale nie tak znów koniecznie na podwórku:) no ale mamy niż demograficzny to pewnie i inaczej wszystko wygląda

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. myślę, że to nie jest kwestia niżu.
      obserwuję różne rodziny- właśnie z różnym modelem, różnym podejściem do dziecka.

      Usuń
    2. no i zależy to też od wieku dziecka - bo jak nie ma rodzeństwa i jest za małe, by samo na podwórko chodziło, a do tego na tym podwórku pustki, to raczej nie ma wyjścia i trzeba mu co nieco pokazać; z drugiej strony dziecko ponoć powinno się nudzić, bo mu się wtedy kreatywność rozwija i ja się z tym zgadzam:)

      Usuń
  2. Nam rodzice dawali się bawić sami,ale to dlatego ,że mam rodzięństwo i miałam się z kim bawić no i wtedy były inne czasy:) . Teraz się czyta wszędzie baw się z dzieckiem! to się bawię z starego niedzwiedzia,muchy latają czy gąski gąski do domu,ale jak młodemu się znudzi zabawa z mamą to po prostu idzie do zabawek:) . Wcześniej byłam taką mamą co ciągle mu zawracała głowę a teraz zmądrzałam bo dziecko też musi się umieć zabawić sam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i tak się człowiek całe życie uczy:)

      Usuń
  3. no właśnie!
    pamiętacie to, że nie było internetów, play station i masy różności,
    ale jako dziecko: nie przypominam sobie, żebym się nudziła.

    ba, niekiedy czasem ciężko nas było zagonić z podwórka do domu.
    i tu nie miało znaczenia, czy ktoś był jedynakiem, czy nie.
    czas się spędzało z całą grupą- najczęśćiej- częśćią klasy, itp.

    szczerze mówiąc: ja odkąd pamiętam lubiłam spędzać czas po swojemu.
    i zawsze będę twierdzić to, że MIAŁAM mieć szczęście pracujących rodziców- w sensie, że oboje pracowali.
    gdzier po prostu było dużo przestrzeni na rozwijanie własnych zainteresowań, na posiadanie własnych spraw i tajemnic.
    myślę, że każde dziecko tego potrzebuje- musi umieć sobie jakoś czas ułożyć, zagospodarować.
    w późniejszych latach, czy w dorosłym wieku: nie będzie na każdym kroku rodzica czy opiekuna mówiącego mu, co ma teraz robić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sto procent racji:) Ale wiesz, rodzica czy opiekuna nie będzie - za to będzie jakieśtamshow w tv albo serial, na który będzie się taki dorosły gapił i będzie mu się wydawało, że to on się bawi, że to on żyje, a nie ruchome obrazki go mamią.

      Usuń
    2. no wiesz, ja uważam, że wcale nie musi być tak, że dziecko w pokoju ma telewizor itp.
      rozumiem- posiadanie komputera, ale też w określonych wyznaczonych godzinach.
      a szokiem dla mnie jest- np. wyposażanie w komórkę 6 czy 7 latka.
      w ten sposób sami "nakręcamy" dzieci do takiego a nie innego zachowania.

      Usuń
  4. Dzieci powinny mieć możliwość bawienia się, bez towarzyszenia i asekuracji dorosłych. W ten sposób najszybciej uczą się ważnych umiejętności, m.in. samodzielnego rozwiązywania sporów, wspólnego podejmowania decyzji (ustalanie w co i jak się bawić), współdziałania w grupie. To są ważne umiejętności, za młodu nabyte, w dorosłym życiu procentują :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, bo wielu jest dorosłych, którzy nie umieją porozumiewać się z innymi.

      Usuń
  5. Jakże obrazowe ostatnie zdanie :-)
    Moja jest jeszcze za mała i zdecydowanie chce, żebym się na niej skupiała, ma swoje sposoby i nie da się wykręcić sianem tudzież książką... Ale co będzie kiedyś trochę mnie przeraża, trochę ciekawi, staram się być dobrej myśli :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No bo to pewnie tak jest, że gdy dziecko samo się domaga, to tego potrzebuje i wtedy dobrze z nim być. Co innego, kiedy woli bawić się samo, a my chcemy bawić się z nim.

      Ja się zastanawiam, co mam robić, kiedy dzieci wolą bawić się same, ale jedyną akceptowaną przez nich "zabawką" jest komputer. I same niczego innego robić nie chcą. Wtedy to już chyba trzeba wkraczać, jak to sprytnie zrobiła Agnieszka w Dużym Pokoju. Ale wtedy wychodzi na to, że nam, dorosłym, nie podobają się zabawy dzieci, a nasi rodzice naszych zabaw nie krytykowali. Co robić?

      Usuń
  6. Zostałam wywołana do tablicy! :)

    Pani Liedloff badała relacje rodzice-dzieci u ludów spoza naszej kultury - i w tym sęk. U Yekuańczyków nie ma multimediów, więc dzieci cudownie bawią się same ze sobą. Nie ma tam żywności fast-food więc mamy nie muszą specjalnie martwić się, czy dzieci zdrowo się odżywiają. Oni nie muszą podejmować wielu decyzji, bo zwyczajnie nie mają alternatywy. Matki muszą pracować, zajmować się obejściem, mają kilkoro dzieci, więc nie wymyślają sobie problemów pt. "w co się bawić i czy w ogóle się bawić ;)

    Pomyslałam sobie teraz, że te nasze dzieci w ogóle są biedne i zestresowane ;) Bo my, rodzice, nawet jeśli się z nimi nie bawimy, tylko chcemy zostawić im nieco więcej swobody, to jednak ciągle analizujemy, czy dobrze robimy, czy nasze dzieci bawią sie we właściwy sposób itd :) Ale jednak jest to oznaka niezwykłej troski. I myślę, że dopóki szanujemy nasze dzieci (czyli traktujemy ze zrozumieniem i miłością, nie krytykujemy i nie strofujemy), to wszystko jest w porządku. Jesper Juul twierdzi, że 90% zachowań bardzo dobrych rodziców jest błędnych ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Bogu za Jespera Juula:) Myślę, że Twoje spostrzeżenia są naprawdę dobre, słusznie wskazujesz warunki Yekuańczyków. A w odniesieniu do nas - to jest chyba po prostu coś za coś. Bo tamci rodzice lekko nie mają i ich brak nadmiernej troski wynika nie tyle ze świadomego wyboru, ile z takiego, a nie innego, sposobu życia. Niemniej jednak wywiad z Liedloff może być interesującym punktem wyjścia do poczynienia kilku przemyśleń na własny użytek. Co też robimy:)

      Bardzo się cieszę z Twojego komentarza, martwiłam się trochę, czy nie masz mi za złe tego "wywołania" - nie chciałam, aby moje odwołanie do Twego bloga jakoś niefajnie zabrzmiało.:)))

      Usuń
  7. Hehehehe, no proszę Cię! :) Jest mi niezmiernie miło, że moja pisanina Cię zainspirowała. Podbiłaś mi też statystyki, bo to był rekordowy dzień :))) Odwiedziło mnie 9 osób ;))

    Miłej niedzieli! Nasza córka właśnie zasnęła na kanapie, więc zamiast wygrzewać się w słońcu tkwimy w domu w oczekiwaniu aż się obudzi :)

    OdpowiedzUsuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.