wtorek, 25 lutego 2014

Lato w mojej kuchni, czyli byle do wiosny!

 ... z cyklu "Gotuję sobie"


Kiedy z górą pół roku temu zaczynałam się tu przechwalać, jak świetnie mi idzie "slow gotowanie" z pomocą warzywnych mrożonek i innych takich, właściwie miałam na myśli  jedno: że kiedy tylko Niemowlę przestanie reagować na zjedzone przeze mnie pomidory, zrobię SPAGHETTI Z POMIDOROWYM SOSEM.

 

I oto - ta dam! - jest:



Wszyscy wiedzą, że nie ma nic prostszego od wrzucenia do garnka, na rozgrzany uprzednio olej, kilku pokrojonych pomidorów, przyprawienia ich i zredukowania (co za poezja słowa - czyż nie?).

I fajnie jest, dopóki człowiek w kalendarz nie spojrzy i sobie nie przypomni, że zima, że luty, że "podkuj buty" itp. Pomidorów, co prawda, ci u nas dostatek:), tylko że o tej porze roku to bym świeżych nie ryzykowała. Ani nie pachną, ani nie smakują... I w ogóle to kto wie, co w nich siedzi. No więc pomidorowe przetwory - ponoć nawet zdrowsze od świeżych. Że podobno likopenu w przetworach więcej i w dodatku lepiej się wchłania niż ze świeżych. W sumie nic dziwnego, w końcu przetwory to koncentraty, więc wszystko mają skoncentrowane:))

Pora wreszcie przejść do rzeczy, czyli do gotowania.

Blog jest o Slow Life, z czego wynika, że gotowanie musi być bardzo "fast", żeby czasu na powolną resztę starczyło:) Co wcale nie znaczy, że gotuje się z byle czego i byle co. Bo dobre mrożone warzywa są bardzo "fast" i bardzo okey pod względem wartości, a więc w sumie w zgodzie ze Slow Food, prawda? Takie same mogą być i pomidory z puszki - jeśli tylko znajdzie się dobre. A do tego wystarczy przeczytać w sklepie skład na etykiecie. W tym konkretnym przypadku składnik może być tylko jeden: pomidory. Koniec. Kropka. Piszę o tym, bo w większości puszek z pomidorami jest jeszcze cukier, a nawet i konserwanty i one nie są okey. A w zimie pomidor z puszki zdrowszy od świeżego - przynajmniej u nas.

No więc znalazłam sobie odpowiednio zapuszkowane pomidory. Krojone, choć niektórzy ich unikają, że niby ładują do puszek zgniłki. Cóż, wystarczy powąchać po otwarciu, zapaszek zgnilizny zawsze da o sobie znać, choćby nie wiem co. Zwłaszcza gdy w puszce brak konserwantów i dodatków. Unikam puszek z dodanymi ziołami, sama sobie umiem sypnąć bazylii i czosnku z torebki, a przynajmniej czuję, czy pomidory są dobre.

Jak widać, trzy akapity temu zabrałam się do gotowania:), dlatego pora jeść:))

A tak to zrobiłam - przy tym daniu ważne jest dla mnie tak zwane "wchodzenie jednej czynności w drugą", co oznacza, że:

Wpierw wstawiam wodę na makaron, solę i - zanim się zagotuje, robię sos.
Sos jest najprostszy z możliwych - zero mięsa:)
Odpalam kuchenkę, leję olej, niech się grzeje.
W tym czasie szybko kroję cebulę - staram się mieć gotową bez łupin, tak szybciej.

Na rozgrzany, lecz nie tak bardzo, olej i mieszam.
Ma się zeszklić, nie zrumienić, a przyspiesza to sól - więc solę już teraz.
Jest czas na otwarcie puszki i odklejenie papierka do segregacji...
... oraz na wyjęcie przypraw z szuflady (tak naprawdę trzymam je w słoikach po kawie, ale to trochę "niewyjściowe", więc na focie zapasy).
Cebulka zeszklona.
Czas na pomidory.
I na przyprawy - sól już tam jest!
Pomieszałam i tak to wygląda - teraz musi chwilę pobulgotać: pod przykrywką, żeby nie zachlapać wszystkiego.
Makaron dobry.
Niech spada na durszlak:)
Nie przelewam go wodą w żadnym razie, niech Was nie zmyli kran na zdjęciu:)
Gotowe!

11 komentarzy:

  1. Ja idę na jeszcze większą łatwiznę i kupuje sos do spaghetti ze słoika. Wystarczy dodać mięsko i gotowe :-D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jaki kupujesz? Mięska bym nie dodawała, wolę same pomidory, ale zależy mi na braku wszelkich innych "dodatków", które producenci dodają dla trwałości.

      Usuń
  2. Pyszności sama też tak robię ,ale dodaje mięsko bo mój mąż nie lubi takiego z samych pomidorów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z mięskiem też lubię, ale tak naprawdę to wtedy zupełnie inaczej smakuje. A pomidory - uwielbiam!

      Usuń
  3. W gazecie Smak życia z Biedronki są przepisy na ciast bez glutenu:)

    OdpowiedzUsuń
  4. ach! narobiłaś mi smaka!

    aczkolwiek czeka na mnie, aż wrócę do domu: wypasiony krupnik.

    nie to, żebym gotowała w zwolnionym tempie, ale lubię spokojne i slow gotowanie, bez pośpiechu.
    może po prostu dlatego, że lubię gotować ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i teraz to ja mam smaka:) Na krupnik.

      A wiesz, że ja też nie lubię się przy gotowaniu spieszyć... I dlatego przeważnie robię dania, które wymagają niewielu czynności. Dzięki temu, że jest ich mało, mogę je wykonywać powoli - bilans się zgadza:))) Bo u mnie z tą miłością do gotowania to różnie bywa:(

      Usuń
    2. nie przeszkadza mi skomplikowaność dań ;-)

      krupnik na rosołku wołowym, z odpowiednią ilością marcheweczki, ziemniaczków, i kaszy.
      mru. klasa: prima sort.

      Usuń
  5. Też tak robię, tylko razem z cebulką siekam też świeży czosnek i wrzucam na rozgrzany tłuszcz. Na koniec zagęszczam jeszcze tuńczykiem w kawałkach (po odlaniu sosu z puszki, żeby nie rozwodnił tego właściwego) - to ukłon w stronę tych, którzy narzekają na dania bezmięsne. Mniam, muszę znów zrobić :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. He he, niektórzy by tuńczyka za mięso nie uznali:)

      Usuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.