poniedziałek, 24 lutego 2014

Za miliony..., czyli nasza "mała improwizacja":)

... z cyklu "Uroda życia"

 


I bywa, że odbywa się taki dialog:


Ja: Kurczę, i widzisz... Żeby się tak udało to na tamtym poziomie, z tamtym tempem dopisać.
Najlepszy z Mężów: No, a co? 
J: No bo wtedy to ja byłam taka wściekła, na takiej adrenalinie, że mi to pisanie - o tak  (pstryknięcie palcami) - szło! Ale nie skończyłam, nie dało się, wiesz, jak było... Bez szans.
NzM: Czemu?
J: Wtedy to ja byłam taka wściekła, tak mi źle było, że tak mi się dobrze pisało...
NzM: Artysta musi cierpieć.
J:Taa, za miliony!
NzM: A tam! Ile zapłacą, tyle zapłacą. Nie muszą być zaraz miliony.

Bywa, że pisuję...



2 komentarze:

  1. Najlepsze są te momenty, kiedy jest wena. Ja przeważnie miałam ją wtedy, gdy nie było pod ręką długopisa i kartki ;)

    OdpowiedzUsuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.