piątek, 28 marca 2014

Grochówka wegańska(?) albo Brzechwy filozofia przeznaczenia

...z cyklu "Gotuję sobie"

 


No! Dziś to naprawdę popłynęłam:) Normalnie zupę ugotowałam! O ósmej rano! Nie z mrożonki! Dacie wiarę? Ja! Ha ha!


I tak się zastanawiam, jak by tu efektownie (i efektywnie:) wpis zatytułować - co dziś kulinarnie modne jest? Wszystko już było, wszystko się przejadło... Dobra, raz kozie śmierć - stawiam na weganizm. I mam nadzieję, że nie przyłożę kulą w płot. Jakby co, to ratujcie.

Wegańskie znaczy bez mięsa i bez produktów pochodzenia zwierzęcego? Jeśli tak, to moja grochówka taka właśnie jest. Jeszcze jest. Czeka w garnku na porę obiadową. Jeśli nie jest - poprawcie mnie.

A dlaczego ta zupa nie z mrożonki i czemu zimowa w klimacie grochówka? A bo Dziecię miewa coraz większe pokłady cierpliwości dla matki ekscentrycznych zachowań typu pranie, sprzątanie, gotowanie i nawet znad krawędzi kojca do działania zagrzewa, pokrzykując na mnie dziarsko oraz z zainteresowaniem obserwując moje kuchenne harce.

A grochowa, bo przednówek przecież dopiero, nie wiosna, a to znaczy, że "przed nowym" jeszcze jesteśmy i nie ma się co wygłupiać, że sałata, rzodkiewka, szczypiorek i takie tam... No, chyba że ten szczypiorek sobieśmy na parapecie uhodowali "slołfudowo" - a jakże:) Groch natomiast, cebula, korzeń marchwi, pietruszki, selera - z zeszłego roku pochodzą i spokojnie, bo tanie są. Nie wspominając o tym, że zdrowsze od "nowalijek".

Dość gadania, do gotowania!

Z tego sobie ugotowałam: pół paczki grochu łuskanego (szybko się gotuje i nie trzeba namaczać), ćwiartka selera (a to feler!), dwie rachityczne pietruszki, z których każda blada, chuda, spać nie może), trzy niewielkie, za to krewkie, marchewki, jedna spora cebula, której nie powiem: niech no pani prędzej zmyka!, bo zdrowa i smaczna w zupie, a także kawałek pora i olej rzepakowy - zamiast wędzonki. Tak mi się mięsne dodatki do kanapek przejadły w trakcie karmienia niemowlaka, że teraz unikam, kiedy tylko jest okazja.

Wstawiłam około 4 litrów wody i przystąpiłam do krojenia jarzyn. Na pierwszy ogień cebula - dość drobno, aby zginęła w zupie:)

Reszta obrana i opłukana czeka na ociekaczu, nie kłócąc się wcale:) W każdym razie ja niczego nie słyszałam:)

Dwie marchewki kroję na pół, a potem jeszcze raz na pół i na plasterki.

Woda się zagotowała, więc wrzucam pół paczki grochu (jakieś 25 dkg). I tak patrzę, że ten mój archaiczny telefon z małym wyświetlaczem, żaden tam smartfon, zrobił groszkom fotki w locie i ich nie rozmazał. Szacun po prostu:) A groch będę odtąd co kilka minut mieszać.

Przyszła kolej na pietruszkę. Ją tylko na pół przekroiłam, bo krzywa i chudsza od marchwi. Potem w plasterki.

Z selerem to samo, tylko przed plasterkami musiałam zrobić coś na kształt paluszków, żeby wyszły nie za duże kawałki.

Por też na pół, jeszcze raz na pół i na plasterki.

Wszystko to z deski zrzucałam do miski i teraz trę tę trzecią marchewkę na tarce - dla koloru zupy i dla konsystencji.

No i teraz proszę Państwa, hit sezonu! Nać pietruszki i nać selera we własnej - cokolwiek podwójnej:) - osobie! Slow food jak się patrzy - bo i prawdziwe, nie chemią faszerowane, i samodzielnie przez Tatę na działce wyhodowane. A następnie zebrane, opłukane, osuszone, posiekane i zamrożone błyskawicznie na sypko. Każde w dwa woreczki szczelnie zapakowane, dodatkowo w jeden większy zawiązane, a następnie jeszcze w reklamówkę wciśnięte - aby tylko w zamrażalniku woni nie roztaczało na wszystko pozostałe. Prawda, że dobre? Może nie nowalijki, ale - jak już mówiłam - dopiero przednówek, nie wiosna.

Dostałam, bo mam fory. Mam fory, bo mam malutkie dziecko i w lecie też miałam. W ogóle sporo dostałam i nadal dostaję. Jest dobrze.

Trzy łyżeczki pietruszki i jedną selera (trzeba znać miarę przy tym panu:) dorzuciłam do miski z poprzednio pokrojonymi jarzynami. Jeszcze chwila i dotrzymają towarzystwa grochowi. Przyznacie, że Brzechwa miał fantazję - okrutna filozofia przeznaczenia wyłożona w jakże przystępny sposób słuchającym dzieciom oraz głośno im czytającym rodzicom:)

Wnet i tak zginiemy w zupie:(

Około dwóch "na oko" łyżek stołowych oleju rzepakowego.

Cztery kulki ziela angielskiego, łyżeczka majeranku, na czubek łyżeczki papryki słodkiej, pół łyżeczki czosnku granulowanego (albo wg uznania - daje zapach wędzonki), listek laurowy, łyżeczka ziołowego pieprzu i dwie lub trzy płaskie łyżeczki soli - taką ilością takich przypraw doprawiam te wyjściowe cztery litry wody plus ćwierć kilo grochu i trzy czwarte miski jarzyn.

Doprawione, zagotowane. Teraz jeszcze jakieś pół godzinki, aż groch zmięknie. Co jakiś czas zamieszam od dna. Aha, nie daję ziemniaków. Za dużo roboty - po pierwsze. A po drugie - Druga Połowa woli bez i to jest mój dowód miłości: robię bez:)))

Gotowe!

Zasłużyłam na herbatkę:)

Pora obiadu:)

I pomyśleć, że kiedyś było to danie z gatunku "szybkie", gotowane w sobotę między sprzątaniem kuchni, łazienki oraz między trzecią a czwartą pralką:)

5 komentarzy:

  1. Pyszności:) ja uwielbiam zupy pełne jarzyn.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki. Ja też myślę, że jak zupa, to pełna jarzyn:)

      Usuń
  2. Oj, postawiłaby mnie taka zupa na nogi, bo pokasłuję trochę :( ale nie mam sił gotować. Pyszota!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Musisz sobie w domu zaprowadzić "dżender":) - ja właśnie wcinam "dżenderowe naleśniki":) Bo dziś ja pracuję, a Małżonek gotuje. Zdrówka!

      Usuń
  3. wegańskiej to jeszcze nie jadłam więc się nie wypowiem:)

    OdpowiedzUsuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.