środa, 19 marca 2014

Jak budować relację rodzic – dziecko?

... z cyklu "Rodzicielstwo radosne"



Na ten ważki temat napisano już baaardzo wiele baaardzo uczonych psychologicznych książek. Wielu się doktoryzowało, habilitowało, a może i wyżej zaszło. Nie mówiąc o niewyczerpanych źródłach dochodów, jakimi bez wątpienia są poradniki oferowane rodzicom w sprzedaży.


Nie jestem doktorem. Habilitowanym też nie. I nie napisałam o tym ani jednej książki. Zwykły ze mnie rodzic. Taki, co to i bajkę dziecku przeczyta, i film z nim (o zgrozo!) obejrzy. 

No właśnie. Czasem z filmu dla dzieci i dorosły naukę wyciągnie. A konkretnie mam na myśli „Gdzie jest Nemo?” Idealny obraz relacji między ojcem i synem. Choć film nie należy do najnowszych, wydaje mi się bardzo na czasie. Świadczy o tym chociażby dyskusja, jaka się wokół niego odbyła podczas kursu dla rodziców na Internetowym Uniwersytecie Mądrego Wychowania. Była naprawdę ciekawa - wiem, bo się przyglądałam, a nawet lekko udzielałam:)

Coraz więcej ojców coraz chętniej zajmuje się własnymi dziećmi. Ale zajmuje się naprawdę, nie przez pięć minut dziennie, z których dwie poświęca na zgłębianie problemu „cotamwszkole?”, dwie na uczenie dziecka własnym przykładem asertywności „nieprzeszkadzajmiczytamgazetę”, a pozostałe sześćdziesiąt (aż!) sekund zostawia do dowolnego wykorzystania w zależności od tematu dnia.

No więc dla niektórych to żaden problem, ponieważ niektórzy bliskich relacji z tatą doświadczyli we własnym dzieciństwie. Większość jednak nie. Tatusiowie większości dzisiejszych ojców nawet nie to, że byli złymi rodzicami, to raczej czasy były inne i wielu rzeczy nie przyszło im do głowy robić. Inaczej rozumiano bycie dobrym ojcem. Choć zdarzały się wyjątki. Dziś synowie „wyjątków” należą to wspomnianych wyżej „niektórych”, co bez stresu i bez zastanowienia budują sobie niezłe z dziećmi relacje, po prostu z nimi będąc. Niektórzy.

Wracając do „Gdzie jest Nemo?” i do perypetii głównych bohaterów. Co to w ogóle ma do rzeczy? Bajka o rybach, które głosu nie mają. A przynajmniej nie powinny. A jednak. Film pokazuje wzorcowe, znaczy idealne, stosunki ojcowsko-synowskie, takie, że ach i och, i w ogóle. Nie do pomyślenia w rzeczywistym świecie, a w każdym razie nie do wykorzystania.

Czyżby? Naprawdę? Czy już zawsze i wszędzie tak, że tylko „Mój rower” (znacie? słyszeliście?) i nic, tylko siąść i płakać? W najlepszym razie refleksje snuć i wnioski wyciągać? Że tak źle, że tak być nie powinno, że trzeba by inaczej.

Inaczej – czyli jak? No konkretnie jak? Ktoś ma pomysł? Bo coś mi mówi, że ten pokazany w bajce ideał – jak to zwykle ideał – właśnie po to jest, żeby do niego dążyć. Bo choć życie to nie bajka, warto patrzeć w kierunku ideału, jaki prezentuje tata Nemo. Warto wiedzieć, do czego chce się dążyć. Nie chodzi przecież o to, żeby się dołować własnymi brakami, lecz by umieć je dostrzec i - po odsianiu tych wszystkich baśniowych nierealności - spróbować tak spojrzeć na własne relacje z dzieckiem, aby przynajmniej na miarę naszego życia, naszych konkretnych warunków, charakterów i możliwości zrobić to, co umiemy i poprawić to, co najbardziej nam doskwiera. Może nawet i naśladując bajkowe "nierealne" podpowiedzi, które niekoniecznie i nie do końca takie właśnie „nierealne” są. Coś da się i z baśni „wyciągnąć”, a wzór przedstawiony łopatologicznie i bez wielkiego kombinowania może nam w tym tylko pomóc - przy zachowaniu niezbędnego dystansu.

Co o tym myślicie? Ja bym traktowała "Mój rower" bardziej jako źródło refleksji, a "Nemo" - choć z przymrużeniem oka - jako źródło podpowiedzi. A Wy?

8 komentarzy:

  1. nemo zaiste bajką fajną jest ;-)

    widziałam też "mój rower"

    myślę sobie, że prawda jest jak zwykle gdzieś pomiędzy.

    nemo jest bajkowy, a mój rower na swój sposób skrajny,
    ale jednak chyba bardziej mi się podobało to, jak w rowerze- bohaterowie uczyli się relacji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, uczyli się. Człowiek przez całe życie ciągle od nowa uczy się drugiego człowieka. Pewnie dlatego warto dołożyć starań, żeby w dojrzałym wieku nie trzeba było budować na zgliszczach dzieciństwa. Warto się o jak najlepsze dzieciństwo starać. Chociaż nigdy nie jest zbyt późno, aby zacząć od nowa:)

      Usuń
  2. Nie słyszałam o MÓJ ROWER, a NEMO jak najbardziej. Podpisuję się pod Twoją interpretacją i na pewno niedługo po tą bajkę sięgnę :) Pozdrawiam Kochana!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Rower" też wart zachodu, ale to zupełnie inna droga dochodzenia. Ja wolę patrzeć na optymistyczne w wymowie, choć może naiwne, przykłady - jak Nemo właśnie. Uściski!

      Usuń
  3. Ja na razie z synkiem oglądam bajeczki na mini mini do Gdzie jest nemo jeszcze musi dorosnąć:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale najważniejsze, że Ty już dorosłaś:) I możesz relacje podpatrzeć. Razem z Tatą synka zresztą:)

      Usuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.