wtorek, 11 marca 2014

Slow reading albo "technika" wolnego czytania:)

... z cyklu "Czytanie i książki"

 

Może niektórzy z Czytelników pamiętają, jak kilka miesięcy temu podczas spaceru z wózkiem nabyłam tę książkę i od razu w plenerze zaczęłam ją czytać. Po południu w domu rzuciłam jeszcze okiem na kilka linijek. A po kolejnych miesiącach, w których ani razu nie udało mi się do niej wrócić, nawet złapałam już w tej sprawie doła:) Bo jednak książka, jeśli ma być przyjemnością, wymaga. Czasu, spokoju. Przy trójce potomstwa - za dnia to niemożliwe. W ciągłym młynie można poczytać gazetę, nawet poważną, ale jednak gazetę. Jedząc, mieszając w garnku, pilnując ziemniaków, a nawet podczytywać, karmiąc niemowlę. Tak pochłaniałam kolejne "Tygodniki" z dodatkami tematycznymi, a Munro leżała odłogiem.

Aż tu nagle...:))) Postanowiliśmy nasze nie takie już małe niemowlę umieścić w samodzielnej sypialni na podsłuchu! Nie macie pojęcia, jaka to rozkosz, wrócić do przymusowo zarzuconych nawyków nocnego czytania do poduszki! I to nic, że po kilku minutach głowa opada, a książka się zamyka. Te codzienne kilka stron cichego, niczym niezmąconego oddawania się czytelniczej rozkoszy warte jest całego dnia harówki:) Na zdjęciu widać, że minęłam już połowę, a to dopiero kilka wieczorów. Okey, późnych wieczorów. Gdyby były wcześniejsze, szłoby mi szybciej. Czeka na mnie porzucona przed narodzinami dzidziusia najnowsza biografia Iwaszkiewicza. Czeka przy łóżku, na okiennym parapecie, tak jak ją 10 miesięcy temu opuściłam. Już niedługo...

 

Wolne czytanie. Celowo nie używam słowa "nieśpieszne". Bo "nieśpieszne" znaczy tyle co "powolne", a mnie chodzi nie tylko o brak pośpiechu, lecz także o wewnętrzne poczucie wolności, które pozwala na taki brak pośpiechu, na niebranie udziału w wyścigu, kto jest lepszym czytelnikiem, czyli kto przeczyta więcej książek w krótszym czasie. Ponieważ uważam, że w czytaniu chodzi o wiele rzeczy, ale na pewno nie o ilość kosztem jakości, zwłaszcza jakości rozumienia i refleksji czytaniu towarzyszącej. 


A więc wolne czytanie. Nie, nie dotyczy ono tych, co mają problem z techniką czytania. I dukają. Ponieważ oni czytają tylko wtedy, kiedy muszą. Ponieważ dukanie wynika z nieczytania, nieczytanie z nielubienia czytania, a nielubienie ma często głębsze przyczyny.

Przyczyny sięgające nierzadko traumy bycia zmuszanym do czytania za karę lub do głośnego czytania na ocenę w klasie. W młodszej klasie, kiedy zwykle z głośnym czytaniem krucho. A jak krucho, to krytyka, często śmiech klasy i tak dalej. Taaak, czegóż to nie składamy na karb dzieciństwa i niczego nieświadomych belfrów.

A czytać wolno znaczy: z przyjemnością. Znaczy: miękko wtulać się w słowa. Czuć rytm frazy. Smak i puls. I kołysanie. I w dowolnej chwili wzrok odrywać, by zamarzyć. I nie martwić się, że się nie zdąży, że zbyt wolno.

Bo w slow reading to zupełnie bez znaczenia, ile stron dziś przeczytasz. Czytasz bowiem nie dla zdobycia informacji, lecz z najczystszej i najszczerszej potrzeby doznań estetycznych, a nawet i emocjonalnych.

Co do emocji - są tacy, którzy twierdzą, że wiąże się z nimi kompensacyjna, a zatem drugorzędna, ta dla "mniej mądrych", funkcja literatury. Drugorzędna wobec jej roli estetycznej i poznawczej. No, ale krytyk literacki też człowiek i musi z czegoś żyć, a nie po to się tyle lat uczył, żeby z czytania przyjemność czerpać, miast się nad dziełem pastwić:) Naukowo rzecz jasna. Teoretyk literatury tak samo. 

A ja nie. Choć przyznam, że rozbieranie dzieła na części i wyzłośliwianie się nad stylem zapewnia perwersyjną przyjemność. I kompensuje. O, jak kompensuje własnego talentu braki!

No więc ja nie. I dlatego: smacznego! Spokojnego i błogiego. Obcowania z książką, naturalnie:)

PS Na marginesie dodam krótko, że przez slow reading dobrze jest rozumieć także danie samemu sobie pozwolenia na własne, niczym nieskrępowane oraz pozbawione kompleksów odczytywanie znaczeń. A także na stanięcie czasem szczerze w ignorancji wobec treści, do której trzeba wznieść się na palcach. Bo dobrze jest nie bać się tego wcale i z obawy nie odsuwać się od książek, które mogą nam się wydać "nazbyt mądre". Czynić należy wprost przeciwnie, gdyż to właśnie takie "strachy" są "niezbyt mądre", ponieważ - trawestując klasyka - "kto czyta, nie błądzi", a na dodatek "żyje podwójnie". No i jak tu nie skorzystać z okazji, kiedy wszędzie słychać, że "życie ma się tylko jedno"?

PS2 Opanowanie techniki szybkiego czytania jest jednak pożyteczne, gdyż: a) szybciej czytamy to, co musimy i w związku z tym... b) ... więcej czasu zostaje nam na powolne smakowanie tego, co lubimy, c) tylko dobra technika czytania pozwala nam nie skupiać się na niej samej, a skierować uwagę i czucie na sensy oraz treści, które... d) ...lepiej rozumiemy, gdy sprawnie czytamy, ponieważ zbyt wolne (technicznie) czytanie obniża stopień rozumienia tekstu.

Więcej na temat pożytków z wolnego czytania już wkrótce! A poza tym - moje własne "Vademecum smakosza książek". Zapraszam!


12 komentarzy:

  1. Fajne i zdrowe podejście, tylko przyklasnąć :) Tak łatwo się czasem zatracić, niepostrzeżenie przyjemność zamienić w przykry obowiązek :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z czytania dla przyjemności płynie tak wiele pożytków (tych całkiem poważnych), że zamiana go w przykry obowiązek jest po prostu zbrodnią:)

      Usuń
  2. u mnie to różnie bywało.

    były okresy kiedy czytałam non stop- do poduszki, pod poduszką, na poduszce,
    w każdej wolnej chwili dnia.

    w wielkim mieście przyszło mi się zderzyć z komunikacją miejską, i wtedy się czytało,
    aczkolwiek wtedy chyba "znielubiłam" książki papierowe, przez ich wagę i wielkość.
    i ebooki uważam za najgenialniejsze odkrycie - po krojonym chlebie ;-)

    a potem tak jakoś ogólnie miałam czytelniczą posuchę, ostatnio coś zaczęłam znowu robić, żeby to przezwyciężyć.
    musiałam się na nowo oswoić z czytaniem ebooków- teraz już w telefonie, chociaż z perspektywy czasu widzę, że czytanie w palmtopie było najwygodniejsze na świecie.
    ale to se ne wrati.
    z papierem u mnie jest różnie.
    papierowe sztuki loreau- czekały u mnie od sierpnia ubiegłego roku, i dopiero w lutym tego roku je łyknęłam.

    są książki, które "czytają" się na pniu. hop bęc, i 200 stron przeleciało.
    inne czyta się dłużej.
    takiego np. dana browna i odmiany kodu leonarda da vinci - tak tylko przelatuję szybciorem, to taki tylko czasopożeracz, nie oczekuję po takiej lekturze niewiadomo jak wzniosłych doznań.
    no ale wiadomo, że to różnie bywa, czasem nawet w takiej książce potkniemy się o zdanie, które zachwyci.

    co do slow czytania- generalnie nie ma w moim czytaniu jakiegoś wielkiego pośpiechu,
    choć np. wyrosłam już z czytania nawet w łazience ;-)
    nastrój, tempo itd- wszystko zależy od książki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to. Podoba mi się "czasopożeracz":) Ale przyznasz, że też nie może zejść poniżej określonego poziomu? Inaczej się nie łyknie. Chciałabym się kiedyś przekonać do elektronicznych książek. Na razie jestem nieuleczalnie chora na szelest i na zapach. Kartek papieru.

      Usuń
    2. poziom jest pojęciem względnym.
      spotkałam się z komentarzami ze strony osoby (na szczęście i tak takiej, za którą średnio przepadam ;-) że dan brown jest ble, i że w ogóle czytanie browna jest sUabe i poniżej krytyki.

      nie zamierzam tutaj go bronić: brown jaki jest każdy widzi,
      nie oczekuję po nim wzniesień i uniesień, jednak dobrze się sprawdza jako taka luźna książka do przelecenia w wolnej chwili, kiedy za bardzo nic nam się nie chce.
      nie zamierzam też udowadniać, że serie harlequinów są czymś godnym niewiadomo jakiej uwagi, ale zdarzyło mi się kilka sztuk przeczytać.

      co do względności poziomu:
      jedną z książek dotychczas przeczytanych, a którą cenię NAJMNIEJ - jest np. szkarłatna litera - hawthorne'a.
      skoro ktoś lubi reumatyczne książki danielle steel, to naprawdę mnie zupełnie nie rusza.

      jak już wspomniałam: ebooki najlepiej czytało mi się w palmtopie oraz w takim jednym bradzo starym telefonie. smartfon powiedzmy, że "zdanrza".
      dopiero niedawno po dłuuugiej przerwie sięgnęłam po książkę papierową.
      nie umiem się przyzywczaić, że strony trzeba przewracać samemu ;-)
      ( w palmtopie miałam ustawione autoprzewijanie dopasowane do mojego tempa.)

      Usuń
  3. Kocham czytać i robię to tylko kiedy mogę:) czasem do wieczornej kąpieli zabieram książkę jak mnie wciąga jak np ostatnio Złodziejkę książek czy Igrzyska śmierci.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak trzymaj:) A ile książek utopiłaś, jeśli można spytać?:)

      Usuń
  4. Podpisuję sie pod całym Twoim tekstem - czytać wolno, czuć rytm i smak prozy, otulić się słowami - to jest to! Nie wszystkie książki nadają się do takiego kontemplowania (choć Alice Munro na pewno tak :)), potrzebne są również spzyjajace warunki otoczenia. Ale gdy się już je uda zapewnić to rozkosz czytania jest wielka. :)
    "Bo dobrze jest nie bać się tego wcale i z obawy nie odsuwać się od książek, które mogą nam się wydać "nazbyt mądre"." - ciężkie to w realziacji, przynajmniej dla mnie. Na przykład taki Ulisses - onieśmiela ogromnie... Chciałabym odważnie i bez kompleksów podchodzić do tego typu monumentalnych dzieł, ale siedzi we mnie taki ukryty strach "że nie sprostam", ktorego ciężko się pozbyć. :)
    Pozdrawiam serdecznie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ja to wymyśliłam, ale: tylko głupcom się wydaje, że już wszystko wiedzą i tylko głupców nic nie onieśmiela.
      Dzięki za miłe słowa:)))

      Usuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.