wtorek, 4 marca 2014

Wnętrze. Minimalizm, funkcjonalizm, optimum czy luksus?

... z cyklu "Dyrdymałki"

 

 

O minimalizmie napisano już tomy całe, więc nie będę się wymądrzać. Nie zamierzam także opisywać własnej drogi do minimum, bo jej nie przebyłam. W ogóle we współczesnym ujęciu filozofia ta jakoś nie do końca jest dla mnie zrozumiała i nie wszystko mi się w niej zgadza, gdyż z natury czepiam się szczegółów. Dlatego chcę raczej zastanowić się nad tym, czy faktycznie określony sposób postrzegania życia, jego poszczególnych elementów zasługuje od razu na miano minimalizmu. Będzie o wnętrzu. O wystroju wnętrza.

 


Minimalizm - treść czy forma?
W pismach wnętrzarskich przyjęło się ascetyczne w formie pomieszczenia, wypełniające je meble i elementy dekoracyjne (sic!) nazywać minimalistycznymi. Taki sposób stylizacji w potocznym rozumieniu polega na przykład na użyciu raczej linii prostych niż zakrętasów, na oszczędnym zastosowaniu wzoru, ornamentu, na rezygnacji z bibelotów, zakamarków i w ogóle na sprawianiu wrażenia dużej przestrzeni oraz elegancji. Czy to wystarczy, aby wnętrze nazwać minimalistycznym? Zazwyczaj prezentowane na fotografiach "minimalistyczne" wyposażenie należy do najdroższych, gdyż materiał, z którego ta oszczędna forma powstaje, musi być najwyższej próby, podobnie jak i sam design. Tylko czy w takim razie naprawdę wciąż mówimy o minimalizmie? Wszak nie trzeba wydawać kilku tysięcy na kanapę - długie lata spania zapewni i taka za kilkaset złotych, choć swą gorszą jakość przykrywa fikuśniejszą formą.



A może mieszkanie prawdziwego minimalisty to po prostu trzydziestoletnia wersalka, która służy do siedzenia i do spania, stolik, co w rodzinie od pokoleń, brak dywanu (nawet w "minimalistycznym" - jednolitym i chłodnym kolorze) oraz jeden garnek, w którym ugotuje się i zupa, i woda na herbatę?

I czy w ogóle podobnymi skrajnościami da się opisać minimalizm?

No i jeszcze: czy można w jego przypadku w ogóle mówić o "wystroju"? Wszak samo to słowo zawiera w swym znaczeniu element dekoracji, czyli dodatku, dodam: zbytecznego i niekoniecznego dodatku. A jednak hasło: "Mniej znaczy więcej" jest dziś bardzo modne, bo - słusznie! - uważa się, że pozbawienie wnętrza ozdób także może być ozdobą.


Źródła, czyli po co i dlaczego?
Jeszcze rok temu, nie wspominając o czasach wcześniejszych, o minimalizmie wiedziałam tyle co nic lub prawie nic. Dziś wygląda na to, że nie przeszkadzało mi to wcale kilka lat temu urządzić domu w zgodzie z minimalistycznymi założeniami. Tyle że bez założeń:) Jak to się stało i jak, do licha, do tego doszło? Nie żebym bardzo miała coś przeciwko minimalizmowi, tylko zastanawia mnie prawdziwa przyczyna takiego stanu rzeczy, która może też niechcący być przyczyną skrętu ku minimalizmowi tak wielu ludzi.



Funkcjonalizm?
Chwila na myśl albo i dwie. Wiem! Pamiętam dobrze, jak kilka lat temu wybierałam kolory na ściany do naszego nowego lokum. Jak dokładnie planowaliśmy rozmieszczenie szaf i innych sprzętów, a także ich rodzaj. Pamiętam wreszcie wstępne zakładanie, jakie to nasze lokum w ogóle ma być, gdzie ma się w nim znaleźć pion wodny, gdzie okno, gdzie komin. I że najlepiej, gdy wszystkiego będzie po jednym. Prócz okien, rzecz jasna:) Wymagało to naprawdę przemyślanego układu pomieszczeń. Miało być tanio, kompaktowo, choć jednocześnie wygodnie. Nawet kolor okiennych ram miał nie nastręczać problemów przy myciu - łatwo się zmywać, nie nasiąkać szarzyzną i nie żółknąć. Drzwi i meble musiały być takie, aby nie było widać paluchów i kurzu. Tak samo podłoga. Bo systematyczne sprzątanie - owszem, ale nie chorobliwe drżenie nad każdym pyłkiem, a to wszystko przy wrażeniu stałej czystości. O to chodziło. Poza tym przestrzeń. Jak to zrobić, aby w małej było jej dużo? Odpowiedź: rozświetlić i nie zagracić. Ale jak tu nie zagracić, a jednak wszystko pomieścić? Wiadomo - wnęki zabudować, komody wstawić i takie tam... 


Luksus!
Słowem - wszystko, każdy najdrobniejszy element, szczegół podporządkowany był zasadzie funkcjonalności. I jeszcze jedno - musiało być jak najtaniej. Lecz - uwaga! - nie kosztem jakości, która nie mogła zejść poniżej przyjętego przez nas poziomu. Miało nam nie brakować niczego, a jednocześnie mieliśmy mieć niewiele. Bez poczucia, że się ograniczamy, że się czegoś wyrzekamy.  
Tak rozumiem luksus. No ale luksus to przecież nie minimalizm.



Spokój
Gdy natomiast idzie o ozdoby, zaczęły się w naszym domu pojawiać całkiem niedawno. I do teraz są miejsca, które aż się o nie proszą, ale jakoś jesteśmy nieczuli. Szkoda nam pieniędzy? Też, ale! Przede wszystkim szkoda pustej ściany. Jednej, drugiej... No i przez ozdoby, prócz dekoracji, rozumiem na przykład kojące nerwy kwiaty doniczkowe, jakąś budzącą sentyment pamiątkę, zdjęcie w ramce, które jednak pojawia się raz na jakiś czas i tylko na jakiś czas. Aby zniknąć w specjalnym pudle lub segregatorze. 





Kolory. Proste. Banalne. Niemęczące. Jednolite i najczęściej jasne. Choć ciepłe. Kiedy mam do wyboru ocieplić wnętrze barwą lub tkaniną, bibelotem, tudzież poduszeczką, wybieram barwę. Bo nawet gdy we wnętrzu elementów jest niewiele i występują one w najprostszej formie, ciepła jasna barwa nadaje mu przytulność i dobrze się w nim czuję. 




Cel
Skąd to u mnie? Czemu tak mam? Kiedy urządzałam, a raczej planowałam urządzenie tych przestrzeni, miałam w głowie jeden cel: sprawić, aby po powrocie z pracy można się było odprężyć, wyciszyć, odpocząć. A możliwe to było tylko poprzez eliminację wszystkich zbędnych bodźców, bo w pracy miałam ich nadmiar i wracałam poddenerwowana, napięta, zestresowana, rozkojarzona i pragnęłam tylko ciszy. Ciszy w eterze (zero radia, muzyki) i "ciszy" w przestrzeni, czyli na przykład na ścianie, która musiała być pusta, tak samo jak parapet, stół i gładka powierzchnia szafy, bo na nią patrzę, zasypiając. Że nie wspomnę o kojącej świadomości ograniczenia do minimum "powierzchni kurzących się":)



Czy to był minimalizm? Jeśli nawet, to nieuświadomiony. Ale w sumie to nie wiem. Ja nie planowałam żadnego minimum. Albo planowałam. Lecz nie po to, by "posprzątać" sobie w życiu, tylko w celu dopasowania "zewnętrza" do potrzeb wnętrza, i to w podwójnym rozumieniu. A także do możliwości - bo takie myślenie rodzi realne oszczędności, a oszczędności bywają czasem koniecznością, nie szczytnym założeniem. 


Znaczące różnice
Sądzę, że warto rozróżnić minimalistyczną filozofię życia, ku której zwracają się często - choć pewnie nie zawsze - pochłonięci konsumpcjonizmem ludzie, od racjonalnego i tylko racjonalnego podejścia tych, co intuicyjnie - można też powiedzieć: po omacku - sięgają po najprostsze środki udoskonalenia sobie życia, ponieważ na nadmierny konsumpcjonizm nie mogli sobie pozwolić, zaś o minimalizmie nie słyszeli. W skrócie podejście takie polega na wstępnym określeniu potrzeb, ale bez ograniczania ich (luksus!), a następnie na zakupie takich przedmiotów i dóbr w ogóle (np. tv, jakieś stałe usługi itp.), które pozwolą zaspokoić jak najwięcej z pomyślanych wcześniej potrzeb, a nawet zbytkownych pragnień (jedna rzecz ma służyć jak największej liczbie zastosowań - to proste). Takie urządzenie sobie życia poprzez osiągnięcie stanu luksusu - pojmowanego jako posiadanie wszystkiego, co ten luksus zapewnia przy jednoczesnym ograniczeniu do minimum liczby kupowanych przedmiotów - to po prostu funkcjonalizm

W żadnym razie nie oznacza on jednak mentalnej ani tym bardziej moralnej przewagi tych drugich nad pierwszymi. O nie! Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że jest odwrotnie: ci drudzy dokonują takich wyborów, kierując się rozsądkiem, ponieważ w istocie nie mają innego wyboru i działają w dużej mierze nieświadomi idei, jaka może ich dążeniom towarzyszyć, pierwsi natomiast próbują całkiem świadomie kształtować jakość własnego życia. Można zaryzykować... Choć i tak uważam to za zbyt karkołomne.

I wracając do wspomnianej na początku "prawdziwej przyczyny takiego stanu rzeczy, która może też niechcący być przyczyną skrętu ku minimalizmowi tak wielu ludzi" - w tym mnie. 
  • To chyba chęć, ale też konieczność oszczędzania - miejsca, pieniędzy, czasu na sprzątanie. 
  • To także wynikający z tej chęci funkcjonalizm - wszystkiego: kanapy, co może stać się łóżkiem, parapetu, który bywa półką i podłogi, która grzeje i dzięki temu niepotrzebne miejsce na kaloryfer pod oknem, a to daje dodatkową wolną przestrzeń. A także wielu innych rzeczy.
  • No i po trzecie: potrzeba posiadania wnętrza spokojnego, nieprzeładowanego, przytulnego. W takim znika zmęczenie, wewnętrzne rozedrganie, nerwowość i stres spowodowany nadmiarem bodźców z zewnątrz. Bo zawieszenie wzroku na całkiem pustej jasnej ścianie przynosi niemal fizyczną ulgę - oczom i nerwom.  


Swoją drogą, od razu mi ulżyło, kiedy sobie tu u góry te punkciki wstawiłam - potrzebnie czy nie:) W domu też łatwiej się zrelaksować, gdy zaprowadzi się przynajmniej powierzchowny ład wokół siebie.



A może optimum?
I już naprawdę na koniec: czy takie dopasowywanie do swoich potrzeb otaczających nas wnętrz, pozbywanie się nadmiaru pod warunkiem uniknięcia niedosytu, a nawet dążenie do wypływającego z tego luksusu - to jest minimalizm? Mnie dopasowywanie kojarzy się z optymalizacją, a optimum to już zupełnie inne pojęcie. Nie lubię mylić pojęć. Ale może się mylę.


Początkowo istniał plan zasłonięcia książek jednolitą roletą. Jednak za bardzo lubię ich widok - paradoksalnie kojący mimo stałego rozgardiaszu. Nic na siłę:)
Tu minimalizm wyraża się przez minimalną cenę:) - pojemniki po 1,20 zł, szyny po 3,50 zł, trawki po 10 zł, a te liściaste po 20. Normalnie nie toleruję plastikowych - nigdy. Jednak te mówiły do mnie z katalogu przez kilka lat, aż uległam. I uwielbiam na nie patrzeć - idealnie grają z kremową ścianą w części kuchennej. Po prostu się wkomponowały: rozmiarem, kolorem i położeniem. Zieleń odpręża. Plastik z daleka nie razi. Jest dobrze.



Pozdrawiam.

11 komentarzy:

  1. Podziwiam jaki ty masz poukładane i tak minimalistycznie bo ja to mam w mieszkaniu pełno zdjęć,jakiś pamiątek,tu kwiatek tam kwiatek:)taki misz masz .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Agnieszko, ja Cię odbieram jako bardzo ciepłą osobę. I obraz Twojego domu, z tymi pamiątkami, kwiatkami itp. też jest taki ciepły:) Ty i Twój dom współgracie ze sobą i pewnie w pozbawionym "ociepleń" wnętrzu czułabyś się nieswojo, prawda?
      Ja właśnie o tym pisałam - że mój pozbawiony ozdób (ale bez przesady) dom jest odpowiedzią na moją wewnętrzną potrzebę wyciszenia, spokoju, nieprzytłoczenia przez wielość przedmiotów. Ale równie dobrze ktoś inny, np. dla Ty, wyciszenie i spokój może osiągnąć środkami przeciwnymi: przez nadające wnętrzu przytulności bibeloty, poduszeczki, tkaniny i inne takie:) Po prostu - co kto lubi i co komu służy:)

      Usuń
    2. Masz racje ja lubię się otaczać czym co mi jest bliskie ,są to zdjęcia osób które kocham,książki do których mam sentyment,świeczki co dodają blasku wnętrzu . To prawda gdyby mi zabrano część tych rzeczy było by mi zle w domu:( . Z drugiej strony chciałabym mieć tak jak ty bo widać ład i porządek:)

      Usuń
  2. minimalizm jest nie dla mnie, zazdroszczę takiego podejścia do wnętrza, bo bez tych wszelkich gratów za pewne żyje się prościej (ech, chociażby jak proste jest ścieranie kurzu) i zdrowiej. U mnie jednak zamiłowanie do zakupów i mała w sumie powierzchnia (teraz na 3 osoby) robi swoje
    minimalizm u mnie zatem ogranicza się do wyrzucania niepotrzebnych rzeczy raz na jakiś czas, czy to oddawania na PCK a to rozdawnictwa po rodzinie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ola, myślę, że każdy powinien żyć w takim wnętrzu, w jakim czuje się najlepiej, bo dom to nasz azyl. Myślę też, że minimalistką jesteś, tylko bez tej całej ideowej, teoretycznej otoczki, czyli tak jak ja. W przeciwnym razie na niewielkiej powierzchni i przy małym dziecku nie miałabyś kawałka wolnej podłogi, a tak u Ciebie nie jest, prawda?
      Twoja metoda przeglądu inwentarza raz na jakiś czas i pozbywania się "zbędności" też chyba plasuje Cię w gronie "niezdeklarowanych" minimalistów, do których i siebie zaliczam.
      Pozdrowienia:)))

      Usuń
  3. Bardzo ciekawy wpis. Jesteś świetnym przykładem osoby, która ja określam mianem Racjonalnego Minimalisty. Nie liczy się ilośc czy cena, tylko funkcjonalność , przydatność, wygoda i czy nam się podoba.
    Pozdrawiam Nika

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Chyba masz rację, też bym się tak określiła.
      Uściski:)

      Usuń
  4. Bardzo mi brakuje zdjeć całości pomieszczeń. Bo przy takim podziale obrazu na osobne kąty nie umiem sobie wyobrazić, jak to Twoje mieszkanie wygląda, jakie robi ogólne wyobrażenie.

    Czyżbyś nie chciałaś wrzucić fotek całości czując, że to zbyt daleko posunięte odsłanianie Twojej prywatności? Może, ale skoro już zdecydowałaś się na cały długi wpis na temat Twojego mieszkania z 23 (!) ilustracjami, to można było powiedzieć B ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo mi miło widzieć Twój komentarz - chyba pierwszy raz u mnie?:) Cieszę się.
      Wiesz, chętnie powiedziałabym "B" i pochwaliła się większym fragmentem, ale do tego potrzebny jest lepszy sprzęt, lepsza lampa i w ogóle takie tam. Telefonem się nie da:)

      A jeśli chodzi o to, jakie moje mieszkanie robi ogólne wrażenie, podpowiadam: zabawki, zabawki, okruszki, okruszki, krzesełko do karmienia, kojec, wózek, przewijak, chodzik i pootwierane wybebeszone szuflady:))) W tych warunkach człowiek koncentruje się raczej na utrzymaniu czystości, układanie rzeczy na miejscu traktując jako sprawę drugorzędną. To i tak syzyfowa praca:)

      Jednak na bardziej panoramiczne fotki też nie tracę nadziei.

      Pozdrawiam Cię ciepło!

      Usuń
  5. Patrzę, czytam, trochę zazdroszczę :-) Że mogłaś sama sobie zaplanować od A-Z i że zgadzacie się w kwestiach urządzania wnętrz. To czego najbardziej mi brakuje w moim mieszkaniu to przestrzeń i szafy wnękowe, które uważam za najpraktyczniejsza formę uporządkowania i schowania wszystkich rzeczy. Tymczasem mojemu mężowi kojarzą się źle i nie przewiduje takowych :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej, planowaliśmy razem. Długo. Już na etapie odręcznych rysunków układu pomieszczeń i ich wymiarów. Z naszym zgadzaniem się to jest tak, że jak się musi pogodzić marzenie, wielofunkcyjność, odpowiedni wymiar, komfort mebla, jego trwałość i jak najniższą cenę, to okazuje się, że nie zostaje wiele do wyboru i tym samym staje się on bardzo prosty. A na dodatek nie ma się poczucia rezygnacji z czegoś, raczej satysfakcję, że się kupiło rzecz najlepszą z tych dostępnych dla nas. Co do szaf - współczuję Tobie, ale też popieram Twojego męża, ponieważ we własnym domu każdy powinien czuć się dobrze. Na pewno da się Wasze preferencje jakoś wypośrodkować bez zbytniego poczucia straty z każdej strony. Trzymam kciuki:) Szafy są super, ale je także można zagracić:) - wiem coś o tym:)) Pozdrawiam Was ciepło:)

      Usuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.