poniedziałek, 3 marca 2014

Z popiołów...

... z cyklu "Co w szafie piszczy?"


Nie napiszę, że przez ostatnie dwa miesiące nie wychodziłam z domu i że to dlatego nie było zdjęć. Jednak o powodach bywania tu i tam nie warto nawet wspominać, a okoliczności sprawiały, że pstrykanie fotek, ba - myślenie o doborze ubrań - było ostatnią rzeczą na świecie, jaka mogłaby mnie zająć. Dwa miesiące modowych wakacji. 


Ale już się za "szafą" troszkę stęskniłam, więc mimo ostatnich marudzeń, że "nie moja bajka", że się powtarzam itp., w miarę możliwości będą jeszcze jakieś małe próby dociągnięcia jesiennych postanowień do końca. Do końca lata, ma się rozumieć, ponieważ wszystko zaczęło się jesienią.

Takie oto "urzędowo-biurowe" w stylu stroje nabyłam kiedyś - na dwa podejścia - za namową męża, że zawsze się przyda takie coś, że "sale", że taka spódnica to "very, very s*xy" itp. No czego się nie zrobi na takie argumenty?! No i jak coś tak po prostu samo w ręce wchodzi, to przecież się człowiek z tego nie otrzepie:)

Jak za 80 zł kupowałam żakiet cztery lata temu, to nie miał go nikt. Jakiś rok później - już wszyscy, nawet "najstarsze staruszki":) Więc postanowiłam nosić właśnie specjalnie, żeby wszyscy widzieli różnicę: żakiet na mnie vs. żakiet na innych:))) A spódnica jest obłędna! Ma bardzo wysoki stan i jest w tym stanie bardzo "chuda" - polecam taki fason - człowiek jest spokojny, że na hucznej imprezie może sobie jeść, ile chce, bo nic nie widać. Po spódnicy oczywiście:) I jeszcze świetny pasek (piąta fota od góry) w komplecie dawali - na ten stan wysoki. Noszę go, z czym tylko się da, i uwielbiam szczerze. Spódnica była za 40 zł po obniżce o 50% - trzy lata temu. I jeszcze top - ma 15 lat i nie ma ceny, bo uszyty z resztek błyszczącego pluszu. Z resztek pozostałych po szyciu studniówkowej sukienki mojej młodszej siostry. Sam nie bardzo do noszenia - jakoś nie leżą mi rękawy - ale pod żakiet jak najbardziej. Zwłaszcza w sytuacji podbramkowej, kiedy się planuje wyjście na imprezę dzień później, a ta impreza okazuje się być dzień wcześniej, tylko się dni pomyliło i szykowanie (z trójką dzieci i prysznicem) zaczyna się dokładnie o godzinie, kiedy impreza startuje. Sukienkowo - szalowe plany diabli biorą, kiedy nie ma czasu na nic więcej poza umyciem włosów, więc dobrze, że sobie w szafie leżakuje taki stary top, który wrzucony pod "biurowo-urzędowy" żakiet swą aksamitną połyskliwością usiłuje zadać popołudniowo - podwieczornego szyku za wszystkie pozostałe części garderoby:) Zwłaszcza za buty. Widzę, widzę. I boleję. Lecz wieczorowych kozaczków nie posiadam, przy trójce dzieci taszczenie butów zmiennych w grę nie wchodzi, bambetli i tak jest dosyć, a latanie po "zewnętrzu" w pantoflach w grę nie wchodzi, gdyż matkapolka zdrowa być musi, ponieważ nie ma innej opcji. Koniec.
Tak patrzę i widzę, że mój "aksamit" strasznie wyjaśniał w blaskach lamp błyskowych:) Normalnie wzrokiem, nie obiektywem, widziany o wiele ciemniej wygląda, prawie czarno, jak na tych niewielkich załamaniach u dołu lub pod szyją. Zaznaczam, bo w tej jaśniejszej wersji nie bardzo mi kolorystycznie gra z resztą, więc żeby nie było:)
A tu proza życia, czyli "ta ostatnia niedziela..." - same ciuchy i ich zestawienie dokładnie identyczne tu doszczętnie obgadane.

4 komentarze:

  1. Cudny żakiet, ależ Ty masz figurę kobieto :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie wierzę, że można mieć trójkę dzieci i figurę modelki :-). Przypuszczam, że liczna rodzinka wymaga nie lada aktywności, więc kalorie same niejako się spalają...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miły komentarz:)) Do aktywności dodałabym jeszcze karmienie piersią alergika, które wymusza na mnie bardzo zdrową dietę.

      Usuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.