piątek, 11 kwietnia 2014

Miłość jest najważniejsza

...z cyklu "Dyrdymałki"

 
Odgrzebuję stare fotki - coś mi się zepsuło i nie mogę zgrać zdjęć z telefonu:)

 

Wiele się dziś pisze i mówi o pogłębiającym się problemie rozpadających się małżeństw, a także o niechęci ludzi do ich zawierania przy jednoczesnym wskazywaniu przez tych samych ludzi na rodzinę jako wartość najważniejszą w życiu.



Utyskiwaniom tym towarzyszą komentarze różnej maści moralizatorów wskazujące na degradację wartości i odchodzenie od tradycyjnego modelu rodziny  jako na główne przyczyny tego stanu rzeczy. Ponadto nader często, choć niekoniecznie według mnie adekwatnie - przywołuje się tradycję i dawne czasy, podając je za wzór cnót wszelakich. Osobiście uważam, że nic bardziej mylnego.

Warto bowiem pamiętać, że dawne, "tradycyjne", kojarzone przez postronnych związki, które były "na całe życie", często stanowiły jedynie fikcję, a kobiety (jeszcze nasze babcie, starsze ciotki - pamiętam) pytane przez "naiwne" młode panny (jak ja kiedyś) o miłość, odpowiadały z pobłażliwym uśmiechem, że to nie jest najważniejsze, że ważne, aby mąż był dobry, to znaczy nie bił, nie pił i zarabiał. To im dawało poczucie bezpieczeństwa i zdawały się niczego więcej nie oczekiwać.

Nie wiem, ile taka na przykład XIX-wieczna literatura ma wspólnego z rzeczywistością, ale wiele w niej przykładów mężów na prawo i lewo zdradzających swoje narajone przez rozsądnych swatów żony, a także żon przymykających oko na te ich "miłosne" podboje. Bo małżeństwo jest na całe życie, bo "chłop taki już jest z natury i się tego nie zmieni", a wreszcie - bo to wstyd się przyznać, ponieważ jeśli zdradza, to widać żona nie jest wystarczająco dobra. No a w ogóle to "w naszej rodzinie nigdy nie było rozwodów".

Według mnie to właśnie były główne powody owej mitycznej trwałości małżeństw w dawnych czasach. Bliskością i czułością mało kto zawracał sobie głowę, nie mówiąc o okazywaniu jej na zewnątrz. Był "pan mąż" i "pani żona", a dla dzieci "pani matka". Trwałość ta oparta była wyłącznie na dystansie, wręcz obcości - zakładanej jeszcze przed zawarciem aranżowanego z powodów społecznych związku.

Oczywiście, jak wszędzie, zdarzały się wyjątki, tzn. miłość, przyjaźń i wzajemne oddanie. Jednak tylko wyjątki. Zwykle sukcesem już było, gdy małżonkowie darzyli się wzajemnie szacunkiem i gdy nie trwali w zakłamaniu.

Dziś jednak ludzie chcą czegoś więcej, a to "więcej" jest niezwykle trudne do osiągnięcia i wymaga ogromnej ilości dobrej woli, uczciwości - wypływających z autentycznej miłości. Właśnie dlatego będę się jednak upierać, że w życiu miłość jest najważniejsza. I ludzie to wiedzą. Szkoda tylko, że wciąż mylą ją z "zakochaniem", euforią wywołaną "gromem z jasnego nieba", "pierwszym wejrzeniem", które trwa tylko chwilę, albo widzeniem się nawzajem przez różowe okulary. Przy takim podejściu łatwo jest sobie wytłumaczyć każdy "wybór" - rozwód, separację. Bo "już jej/jego nie kocham", bo "uczucie wygasło", bo "po co żyć w obłudzie". Ale w jakiej obłudzie? Że motyle w brzuchu umarły? Że wróciło realne widzenie? I co?

Niedawno słyszałam w telewizji znamienne zdanie wypowiedziane przez jedną z protestujących w Sejmie matek niepełnosprawnych dzieci. Opuszczona przez męża kobieta, zapytana przez dziennikarza, czy może przyczyną odejścia ojca dziecka nie jest brak zainteresowania żony mężem i całkowita koncentracja na chorym dziecku, odpowiedziała: Być może. Tylko że czas po ślubie nie jest już czasem wyborów. Tym bardziej czas po narodzeniu dziecka. Niepełnosprawnego dziecka. Ja dodam, że to jest czas na życie. Normalne życie. Czasem trudne, czasem złe. I czas na tego co złe naprawianie. Po zimie przychodzi wiosna, a z nią i motyle w brzuchu. I słońce, i różowe okulary. Warto się starać. Bo dziecko nie wybierało. Ono tę sytuację zastało. Gdy ono jest, my już do wyborów nie mamy prawa. Jeśli tylko da się coś naprawić.

Jeśli. Ponieważ wiem i pamiętam o sytuacjach dramatycznych, kiedy nie można ratować małżeństwa, ponieważ należy ratować i dziecko, i siebie. O sytuacjach "albo-albo". I tak bywa. Ale właśnie dlatego dobrze jest doceniać miłość, którą się posiada. Nawet jeśli nam się wydaje, że zblakła.

8 komentarzy:

  1. oj, dajesz do myślenia tym postem!

    OdpowiedzUsuń
  2. Niestety często zdarza się że gdy motyle w brzuchu umierają nagle przybiera się postawę roszczeniową. Jeśli nie zapomnimy że aby otrzymywać należy dawać to mamy dużą szansę wygrać małżeństwo. Ciekawy post :) pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo mądre słowa...My z mężem jesteśmy 7lat czasy motylków minęły dawno,różowe okulary spadły też jakiś czas temu,ale go kocham za wyrozumiałość za poczucie humory,ripostę... Kiedyś cioci mi powiedziała,że Marcin miał żonę przez krótki czas bo po ślubie szybko postaraliśmy się o dziecko a gdy rodzi się dziecko to kobietą jest przede wszystkim matką i jeśli jest mądry mąż to zrozumie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki:) Twój mąż też ma mądrą żonę, która widzi w nim naprawdę fajne cechy i je ceni:) Uściski dla Was!

      Usuń
  4. Ja myślę, że nic nie jest na zawsze. Oprócz rodziny :) Ale ta rodzina będzie się zmieniać - będą na przykład rodzić się dzieci i każde z nich będzie zmieniało te rodzinę i to małżeństwo, będzie różnie z finansami, być może będą różne miejsca zamieszkania. Raz jedno z małżonków będzie na fali, raz drugie poczuje wiatr w skrzydłach.
    I myslę, że w tym wszystkim najważniejszy jest szacunek i troska o drugą osobę. Czas na rozmowę, podczas której rodzi się zrozumienie.
    My z mężem przeżyliśmy bardzo poważny kryzys, który trwał 2 lata. Pogubiliśmy się i długo potem się szukalismy. Warto było się odnaleźć :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za Twój szczery komentarz. O wiele więcej rozumiemy, kiedy już trochę przeżyliśmy, prawda? Człowiek swoje już wie, ale niekoniecznie jest wszystkiego tak bardzo pewien, jak na początku. I nie jest już taki skłonny do ocen.
      Wszystkiego dobrego dla Was!:)))

      Usuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.