wtorek, 13 maja 2014

Minimum wychowywania - maksimum rodzicielstwa, czyli Slow Parenting:)

...z cyklu "Rodzicielstwo radosne" oraz "Czytam sobie"



Raz w życiu COŚ wygrałam! Raz! I to od razu książkę. Czyli to, co od zawsze przedstawia dla mnie największą wartość. A wygrałam ją TU:) - to BARDZO FAJNE MIEJSCE W NECIE!


Normalnie jak widzę poradnik typu "trzy sposoby na życie" albo "jak się zakochać, wyjść za mąż i rozwieść w pięć dni", ogarnia mnie najpierw śmiech pusty, a zaraz potem złość, że się tyle papieru zmarnowało i wszystkiego innego do produkcji i dystrybucji kolejnego nikomu niepotrzebnego produktu książkopodobnego.

Normalnie, ale nie tym razem. Chociaż podtytuł "100 złotych zasad" poraża rozmachem - bo jak to?! aż sto?! kto liczbie tej podoła?! - to jednak nie warto się zniechęcać, moi drodzy, warto przebrnąć:))).

Cóż bowiem przyjemniejszego, niż świadomość, że się w ten dokładnie sposób samemu "chowanym" było, choć szkoda, że nie w Paryżu, a tu, znaczy na prowincji ciemnej i głuchej:).

Wcale nie przesadzam, wcale się nie chwalę, chcę tylko napisać, że książka napisana przez amerykańską dziennikarkę, która z niewiadomych mi przyczyn (pierwszej książki nie dało się nigdzie wygrać:( znalazła się w Paryżu i tam wychowywała trójkę swych dzieci, no więc, że ta właśnie książka krok po kroku pokazuje to, co nasi rodzice prawdopodobnie całkowicie intuicyjnie na nas wychowawczo stosowali, a co dla naszego pokolenia, naszpikowanego mnóstwem pedagogicznych poradników, stanowi sensacyjne odkrycie. A w każdym razie stanowi odkrycie dla Pameli Druckerman.

No dobrze, nie napiszę, że czytając te sto porad, bardzo się dziwiłam. To znaczy dziwiłam się, ale nie poradom, tylko sobie. Ponieważ dotarło do mnie, że zawsze, kiedy sobie "odpuszczałam", kiedy luzowałam cugle albo kiedy próbowałam przed dziećmi przez pięć minut udawać, że mnie nie ma - czułam dyskomfort. Dyskomfort bycia wyrodną i niegodną. Matką oczywiście.

A moi Rodzice nie. Teraz to widzę. I dobrze. Już kiedyś sama mniej więcej o tym samym wspominałam i jeszcze w Dużym Pokoju wyczytałam.

Dziwne to uczucie, bo przecież gdy się temu wszystkiemu przyjrzeć, logiczne to jest i spójne.Tylko że się tę logikę i spójność dało z siebie wyprać przy pomocy niezliczonych artykułów z takim poczuciem obowiązku czytywanych w różnych pismach, internetach i gdzie tam jeszcze.

Ale nie, nie! Żeby nie było! Się dzieci według światłych poradnikowych porad nie chowało. Może się tylko z rzadka zrywy miało. Nie o to chodzi. Chodzi o to natomiast, że się w głupie poczucie dyskomfortu (nie winy - za duże słowo, więc bez przesady, dyskomfort jest w sam raz) wpędzić naiwnie dało, zamiast spokojnie i na luzie we w miarę nieomylność własnej intuicji uwierzyć. I tak sobie płynąć. Bez poczucia czegokolwiek. Po prostu. Pisałam już, że to rodzicielski minimalizm? Nie? No to właśnie piszę. I taki sobie slow life. Sorry, slow parenting:).

Dzięki ci, Pamelo Druckerman, za przywrócenie niezłej optyki widzenia spraw absolutnie podstawowych, którą sobieśmy sami wpierw bardzo umiejętnie zepsuli.

Ale nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o formie i języku tej książeczki. Jest niewielkiego, prawie kieszonkowego formatu. Średnio gruba. Z dużymi marginesami dookoła tekstu. W środku sporo stron tak zwanych "ozdobnych", śródtytułowych, zamykających rozdziały itp.

Jak więc w tak niewielkim formacie zmieściło się aż STO porad?! Normalnie, całkiem normalnie. Trzeba tylko umieć zachować dyscyplinę języka i ekonomię słowa, zamiast folgować własnemu nieokiełznanemu gadulstwu, jak, nie przymierzając, pisząca te słowa, czyli ja. Trzeba jasno, konkretnie i jednoznacznie wyrażać się, zamiast wdawać w labirynty refleksji, od których kolejne refleksje, a od nich następne... I to wszystko oczywiście w imię jak najsłuszniej podjętego celu osiągnięcia pełni zrozumienia przez cierpliwych czytelników. Gdybym ja była autorką stu porad dla rodziców albo kogokolwiek innego - zwiewajcie narody! (że tak sobie sparafrazuję:). Znaczy to, że braknąć by mogło i tysiąca stron. Mówię serio.
Zazdroszczę więc Pameli tej niezwykłej umiejętności zwięzłego, zrozumiałego i jednoznacznego, acz nienarzucającego się stylu pisania. Jest to bowiem książka na wskroś minimalistyczna. Od minimalistycznego podejścia do wychowywania (nie mylić z potrzeb dzieci lekceważeniem), przez użycie minimum środków językowych, aż do uzyskanej dzięki dwóm poprzednim cechom na wskroś minimalistycznej formy (niewielki format, względna "chudość" i sporo światła pośród tekstu). I niech Was nie zmylą wymalowane gdzie się da (nawet przy numerach stron) różne esy-floresy:).

A, i świetny przepis na tartę z cukinii:). Oraz na kilka innych dań "dziecięcych".

11 komentarzy:

  1. cieszę się, że książka Ci przypadła do gustu!
    to niby takie oczywiste oczywistości, ale trzeba raz na jakiś czas do nich wrócić i świat sobie uporządkować

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie, a ja uwielbiam takie "porządkujące" lektury. Przy całym moim bałaganie myślowym:)

      Usuń
  2. Dzień dobry:) książka warta uwagi muszę ją sobie sprawić na ....dzień matki:) ja kiedyś Jasia zostawiłam w parku i patrzyłam jak daleko ucieknie mi i uciekła bardzo daleko,ale ciągle się oglądał za mną no i w końcu pobiegłam po niego:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak! Przy takich eksperymentach można się nieźle zdziwić, co nasze kochane dzieci potrafią:) A książkę Ci naprawdę polecam. Starczy na całe dzieciństwo, jest uniwersalna.

      Usuń
  3. Witam,zachęciłaś mnie do przeczytania tej pozycji:)
    pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki:) Mam nadzieję, że się nie zawiedziesz!
      Uściski! I jakie fajne Małe:)

      Usuń
  4. Bardzo mnie zaciekawiłaś tą pozycją:) Podtytuł faktycznie nieco "kwaśny", ale za to tytuł brzmi zachęcająco. Poszukam w księgarniach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki:) To jest tak zwięźle napisane, że mogłoby być w formie fiszek do rozwieszania wydane.

      Usuń
    2. Wyobrażam sobie cały dom pozaklejany takimi fiszkami - na ścianach, na meblach, na lodówce itp. ;)

      Usuń
  5. Kiedy moje dziś 27 letnie dziecko było małe, to i poradników mało było. Dziś wszystkiego (za)dużo, i trudno znaleźć coś wartościowego. Czytając dziś teksty na temat wychowywania dzieci , czasem cieszę się ,że takie "trendy" kiedyś nie były w modzie. Jednak zdarza się również, że zwyczajnie żałuję, że wtedy nikt o czymś takim nie pisał. Intuicja jest bardzo ważna w wychowaniu, ale czasem chcielibyśmy potwierdzenia, że warto iść za jej głosem. Warto też szukać inspiracji poza własnym doświadczeniem. A zwięzłości wypowiedzi tez zawsze zwięzłym zazdroszczę :) Beata

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sądzę, że trafiłaś w sedno, pisząc o potrzebie potwierdzenia własnej intuicji. A inspiracji zawsze warto szukać. Tylko nie warto im ślepo ulegać i się dołować w fałszywym poczuciu własnej niedoskonałości:)

      Usuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.