niedziela, 8 czerwca 2014

Czytam starocie

...z cyklu "Czytam sobie"

 

Taką sobie rzecz kupiłam, jak ją drugi raz wydawali, bo przy pierwszym wydaniu byłam mała, ale i to drugie jest wystarczająco stare

 

Co to starocie? Ano dawno, nawet i kilkadziesiąt lat temu wydane książki, co je mam w domu od zawsze, co je z domu rodziców "w posagu" przygarnęłam, gdyż się z nimi przy wyprowadzce rozstać nie umiałam, co je - latami zalegające w bibliotekach szkolnych i nie tylko - na "czyszczeniu półek" wypatrzyłam i po złotówce kupiłam nowe, choć kilkudziesięcioletnie, bo ani razu nie wypożyczone, co nie dziwi, wszak kiedyś biblioteki bez względu na typ czytelnika dostawały chyba jednakowe przydziały z rozdzielnika i tak na przykład "Głos Pana" Lemowy w podstawówce sobie mieszkał, aż w końcu ktoś stwierdził, że wypożyczanie tego trzynastolatkom to jakoś nie bardzo i zdecydował o zwolnieniu miejsca na półce przez wyprzedaż tego i kilkuset podobnych rarytasów wydawniczych po złotówce.


Czemu "rarytasów"? Temu, że - choć bardzo wiekowe - to: po pierwsze, nie czytane ni razu (o czym świadczą karty biblioteczne i "sklejone" nowością kartki - wiecie, jak "rozklejają się" czasem kartki w nowej książce, którą się pierwszy raz do ręki bierze"), a po drugie i może ważniejsze, cechuje je wysoki poziom edytorski (redakcja i korekta - praktycznie zero błędów, więc wiadomo, dlaczego kiedyś nauczyciele mówili, że "jakbyś czytał, to byś błędów nie robił", a dziś tak uczniowi powiedzieć, to jest ryzyko całkiem spore, bo uczeń po rozprawy naukowe nie sięga, zaś poziom młodzieżowych czytadeł bywa żenujący, czym stwarza ryzyko nabycia błędnych wyobrażeń o poprawności językowej; z ortografią jest raczej dobrze, ale język to nie tylko ortografia), po trzecie, zawartość, jeśli odsiać wydawnictwa "słuszne", jest sprawdzona i potwierdzona faktograficznie, co w sporej części dzisiejszych książek zwyczajnie leży, gdyż przypominają one pod tym względem tak zwane "artykuły" istniejące w tak zwanych "portalach informacyjnych" w internecie, czyli nikt się niczym nie przejmuje, bo czytelnik i tak jest głupi (w każdym razie jeszcze głupszy niż tak zwany "autor"), to się nie połapie. Istnieje oczywiście całkiem spora liczba portali na dobrym poziomie, tylko kto je czyta tak naprawdę? To jest bardzo niewielka nisza, która w żadnym razie ani nie kształtuje  gustu, ani nie wyznacza poziomu dla ogółu. Większość czyta kilka najpopularniejszych portali, a poza tym ogląda You Tube'a i tyle.

Wiem i widzę, że zrzędzę jak stara baba, że kiedyś, że za przysłowiowych "moich czasów"... Ale co poradzić, kiedy taka prawda? No i w końcu ma się te czterdzieści jeden lat, to sobie można na starcze zrzędzenie pozwolić, a co!

Zatem, prócz nowości, czytuję także starocie.

O takie:

Lewa - niepozorna, a naprawdę świetna, część trylogii. Prawa - nazwisko mówi wszystko:)

Naprawdę, jak wielki pisarz o wielkim pisarzu umie bez zawiści, to jest naprawdę coś

Na lewej każdy felietonista powinien się uczyć, jak Prusowi buty czyścić. Prawa posagowa, ale Irvinga to już zachwalać nie trzeba. Niegodnam:)

"Bardzo trudno o tym orzec...", który lepszym "opowiadaczem" jest:). I chyba nie trzeba. Ale ja i tak wielbię tego z lewej, zwłaszcza za pomieszczonego w tym zbiorze "Borsuka", którego naprawdę polecam. Zatem: Iwaszkiewicz wielkim poetą był! A autorem opowiadań jeszcze większym. I mówię to śmiertelnie poważnie. To jest liga Czechowa, jak nie wyżej. Tylko że Czechow pisał w jednym z "wielkich języków", a Jarosław "tylko" po polsku. Marzę o czytanej dawno temu "Sławie i chwale" - żeby tak na własność mieć...

Z lewej biografii Konopnickiej można naprawdę wiele smaczków wyczytać, np. dotyczących jej orientacji, co to się nie tak dawno sensacją po internecie błąkała. A tu wszystko praktycznie jak na dłoni, choć nie wprost, oczywiście. I 60. lata wydania publikacji! A rok temu ktoś straszną "amerykę" odkrywał, sensację tę "ujawniając". Albo o szanownym mężusiu, co to by w dzisiejszych czasach nawet na niego nie spojrzała, bo by sama o sobie stanowiła, a wtedy musiała swoją rację bytu potwierdzić, za mąż się wydając, za kogo, nie patrząc, bo i za bardzo wyboru nie mając. I to wszystko komunistyczną ideologią podlane, bo tak wtedy pisać biografie należało, a jednak się autorom i wydawnictwu rzecz całkiem porządną (po odsianiu soc-dodatków) wydać udało. Prawa natomiast to jest absolutne mistrzostwo świata w gatunku biografii, a właściwie monografii. No ale to mistrzostwo w wykonaniu Mistrza Juliusza Żuławskiego, w dodatku w genialnej PIW-owskiej serii "Ludzie Żywi", z której jeszcze w liceum czytałam Boya-Żeleńskiego dziełko o Narcyzie Żmichowskiej smaczne okropnie, bo to Boy był, wiadomo, co się ze słowami absolutnie nie liczył. Albo liczył. Na efekt. I słusznie! A widoczny wyżej "Byron nieupozowany" to niemal sensacyjna rzecz. I - co nie bez znaczenia - bez błędów jakichkolwiek wydana. Mniam!

.
Nooo... Tu też same smakołyki. Boy w esejach o francuskich prozaikach XIX-wiecznych, zwłaszcza cudny tekst o George Sand i jej romansach (bo Chopin jedyną jej miłością nie był, oj nie - jakby kto pytał:). Smutna książka Forstera - ale oderwać się od "Maurycego" trudno. Lema "Głos Pana" i "Kongres Futurologiczny". Ja nie lubię science fiction - z wyjątkiem Lema właśnie. Mam go jeszcze więcej, ale wrzucanie zdjęcia każdej książki byłoby jeszcze większą żenadą od tego, co tu dziś wyprawiam, prawda? I świetne tłumaczenie wyboru opowiadań o Holmesie. Czytałam już kilka razy i pewnie jeszcze nie raz przeczytam. Na emeryturze?

Makuszyński za złotówkę. W podstawówce przeczytałam wszystko: od "Awantury o Basię" po "Awantury arabskie". Ale wtedy to ja naprawdę wszystko czytałam. Z wyjątkiem lektur, ma się rozumieć. A "Bezgrzeszne lata" jakoś ominęłam. I może to dobrze... Bo dziś przynajmniej umiem docenić ich genialny początek, który na zdjęciu poniżej. A tymczasem po prawej - krótki szkic o bardzie, który nabyłam na pewnych licealnych wagarach w sąsiednim mieście, gdyż musicie wiedzieć, że wagarowałam regularnie, zawsze w celach kulturalnych (raz z kumpelą spontanicznie zarezerwowałyśmy dla całej klasy spektakl "Tanga" Mrożka, afisze przed teatrem w mieście wojewódzkim ujrzawszy, a następnie zorganizowałyśmy wyjazd, czym olśniłyśmy polonistkę, więc czułyśmy się absolutnie rozgrzeszone)

Dla mnie - bomba! Stylistyczny majstersztyk prosto "z epoki"

Newerly'ego kupiła mi mama, jak kiedyś "rzucili" do osiedlowej księgarni. Wespół z Iwaszkiewicza "Aleją Przyjaciół", Słowackiego "Poezjami wybranymi" i jeszcze paroma pozycjami, które wtedy bez zahamowań drukowano i bez trudu większego sprzedawano. I tak w pierwszej licealnej przeczytałam "Zostało z uczty bogów". Ignorancją grzesząc, bo nie wiedząc, kto zacz i z kim mam do czynienia. Się dopiero później douczyłam i zdziwiłam. "Dziennik Franciszki Krasińskiej" za złotówkę to jest autentyk z epoki. Oświecenia. Cudna mentalność autentycznej nastoletniej postaci i jeszcze cudniejsze kąski obyczajowe. No i ta szata graficzna, jakże adekwatna - modne w oświeceniu silhouettes, którą jedną widać na stronie tytułowej. Turgieniewa mam za starych złotych 12 i pół, gdyż się załapałam na "bonifikatę 50%", bo kosztowało starych złotych 25 pierwotnie.

O, i to jest książka potrójnie cenna, bo: 1-pamiątkowa (Dziadek dzień przed śmiercią dał mi kieszonkowe, jak co miesiąc, za które od razu kupiłam trzy książki, nie wiedząc, że to ostatnie), 2-autorstwa Osieckiej, która w tej niepozornej formie wydawniczej jest w najlepszej formie pisarskiej (to moja skromna opinia), 3-kojąco-kompensacyjna (czytam zawsze, gdy mi źle)

Te także z ostatniego Dziadkowego kieszonkowego. Cieszę się, że na durnoty jakieś nie przepuściłam, tylko mnie na te książki natchnęło, naprawdę...


Tu Kraszewski mało znany, za złotówę nabyty, zaskakująco interesujący, co w przypadku osoby alergicznie na przenudną "Starą baśń" reagującej jest komplementem nie lada:)

Mówiłam już, że opowiadania w prozie cenię najbardziej? Bo to najtrudniejsza i najgenialniejsza forma jest?

No właśnie. "Iwaszkiewicze" w wydaniach zeszytowych kupione za grosze. Stare grosze. Wyobraźcie sobie. "Aleja" wystana w kolejce przez Mamę w osiedlowej księgarni - o czym wyżej

Się razem studiowało! Się debiutancki tomik solidarnie nabyło. Się na tym poprzestało. Innych Kuczoków, Kobierskich czy Olszańskich książek nie kupowało. Gdyż się trochę, że to dobre, niedowierzało. A potem zaczęli zgarniać nagrody lub przynajmniej nominacje. Więc się zazdrościło. Ale się już wtedy dzieci chowało i na życie zarabiało. I tak już zostało...
 
Tydzień temu już pisałam, że Iwaszkiewicza to ja "zawsze i wszędzie..." Chociaż nie "w obłędzie":) - że się tak Stachurową frazą poratuję:). Chciałabym jeszcze jego "Listy do córek", które wyszły niedawno. Pozostaję przy nadziei:)

 To tyle:)

16 komentarzy:

  1. Chciałabym długi koment, a nie mogę, zegar mnie tłamsi!

    To rzeknę tylko: lubię starocie :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No cześć:), mam na zegarze 5.58 i się zastanawiam, czy już wstałaś:))). Dzięki za trud. Ukłony.

      Usuń
    2. Nie, na pewno nie byłam wstanięta :).

      Ostatnio regularnie zasypiam. Gburka mnie budzi na wyjście Dwójki do przedszkola...

      Usuń
  2. Ja z większością swoich staroci rozstałam się w różnych, czasem dramatycznych okolicznościach (np. "powódź" w piwnicy). Jest jednak nadzieja dla łaknących staroci - biblioteka wczasowa. Jeżdżę na wakacje do ośrodka Politechniki Warszawskiej w Wildze. Tam biblioteczka ośrodkowa tylko starociami zasilana z półek kuracjuszy, którzy za grzech (na szczęście) poczytują (!) wyrzucenie książki do śmietnika. A tam i czas naczytanie i staroci pod dostatkiem. Zatem, aby do wakacji. też lubię starocie. :) Serdeczności. Beata

    OdpowiedzUsuń
  3. Znam kilka tych staroci czytało mi się je bardzo miło a sto lat samotności jest baaaardzo wysoko w moje pozycji książek ulubionych:) . Dziś u nas upał już od rana my już po spacerze jeszcze o 15 wybieramy się z małym do laryngologa a tu taki ukrop. Miłego dnia z kawą mrożoną:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, dziękuję. Ja to się zastanawiałam, czy w ogóle dziecko z domu wyprowadzać do takiego piecyka, zawsze w domu lekko chłodniej i nie praży, ale jak do lekarza, to mus. Kawa mrożona... Ech!

      Usuń
  4. No, serio, zabijasz mnie.
    Ja nie mogę czytać o książkach, bo się we mnie zaczyna gotować i barbarzyńska "chcica" się odzywa. Każdy ma swoje dziwadła, a ja nie przejdę bez uszczerbku koło książki i kubka.
    Tym sposobem, mam kolejne pozycje do powtórki bądź do nabycia. A antykwariat pod domem...

    Mój śp. prof. "od Romantyzmu" mawiał, że życia nie starczy na przeczytanie wszystkiego, co się chce, więc trzeba selekcjonować i wybierać, co warto, co wniesie coś nowego. Polecaj dalej, bo mi się już ślinotok wakacyjny włączył :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No ale to muszę przestać właśnie, bo jak Cię już całkiem zabiję na śmierć, to kto będzie pisał ten Twój blog genialny?!!! A z kim miałaś "od Romantyzmu"? Bo mój Opat też już świętej pamięci, niestety. I to od dawna.

      Usuń
    2. Widzę, że zauważyłaś mój wewnętrzny rozłam, konflikt tragiczny czy tam chorobę dwubiegunową ;) jak zwał, tak zwał.
      Eligiusz Szymanis. Takiego pedagoga drugi raz nie spotkałam. Ale cieszę się, że chociaż raz było dane.

      Usuń
    3. Ale że co? Że i kitel, i "od Romantyzmu"? I tak razem? Wespół w zespół? Albo jak tam. Ale wygrał kitel, tak wygląda, co? Imponujące.

      Usuń
    4. Od kitla to się lata całe odganiałam. Wespół w zespół to raczej filologie szły.
      Aż się ogarnęłam i przełamałam i uff. Imponować to tu może raczej brak zdecydowania i niedojrzałość iście maturalna ;)

      Usuń
    5. I jeszcze "filologie" - nie "filologia"?!

      Usuń
  5. Wspaniały wpis :) Wynotowałam sobie kilka tytułów, m.in. książkę Irvinga oraz "Salon gier" Osieckiej. A, i przypomniałaś mi jeszcze o "Bezgrzesznych latach" - od dawna mam stare wydanie na półce, pora wreszcie sięgnąć.:) Wydanie "Stu lat samotności" faktycznie bardzo wiekowe, ale również doskonale mi znane. Od kiedy pamiętam właśnie takie stoi w biblioteczce rodziców - teraz tylko jako pamiątka, z każdą kartką osobno. ;) A do czytania został zakupiony nowiutki egzemplarz w twardej oprawie, który właśnie miałam ostatnio przyjemność przeczytać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję:)
      A to nowe wydanie Marqueza to jest to samo tłumaczenie? Bo ja zawsze twierdzę, że tłumaczenie ma znaczenie:)

      Usuń
    2. Tak, to to samo tłumaczenie :)

      Usuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.