niedziela, 22 czerwca 2014

Nazywam się Jones. Bridget Jones. O tym, czy ikona ma prawo się zestarzeć lub o odcinaniu kuponów

...z cyklu "Czytam sobie"




No więc skoro nazywam się Jones, Bridget Jones, to czemu, do jasnej...  ciasnej, mówi się do mnie "droga pani Darcy"?! Aaa, wyszłam w końcu za Marca Darcy'ego, mam z nim dwójkę fantastycznych dzieci, nie mam żadnych problemów finansowych (jak nie ja, kurczę), ale... ale... ale mam ponad pięćdziesiąt lat.


I tu jest pies pogrzebany. Bo jak ja mam ponad pięćdziesiąt lat, to już nie jestem ja.

Zaiste. Idę w ageizm. Raz kozie śmierć.

Ale dlaczego się czepiam? Otóż czepiam się, gdyż, ponieważ, albowiem "droga pani Darcy" nijak, choćby nie wiem co, nawet w przybliżeniu nie brzmi jak "Bridget Jones". I nią nie jest.

Że co? Że nielogiczne? Że starzenie normalne i ludzkie? I kobiece też?

Właśnie. Ludzkie i kobiece. No niechby i męskie. Tylko że z Bridget Jones ni kobieta, ni facet, ni człowiek.

To kto? No... postać. Więcej, ośmielę się stwierdzić: ikona.

Ikona trzydziestotrzyletniej singielki z nadwagą, palącej, bezskutecznie o faceta walczącej, trochę śmiesznej a trochę zabawnej, za miłością tęskniącej, poradniki nałogowo czytającej, zjedzenia przez owczarki w samotnej starości się bojącej.

Ikona mnie. I ciebie. I ciebie też. Piętnaście lat temu. Dziś. Jutro?

No i właśnie z tym jutrem może być problem. Bo? Bo... Od kilkunastu lat dwie pierwsze części trzymam na półce z  literackimi evergreenami.


A Bridget Jones ma dla mnie twarz Renée Zellweger. Może to i głupie, ale tak bywa, kiedy się najpierw idzie do kina, a dopiero potem sięga po książkę. Tłumaczy mnie tylko fakt, że w momencie premiery książki rodziło się moje pierwsze dziecko i lekko wtedy, a także przez cały następny rok, nie było.

Minęło kilkanaście lat. Odżyłam. I na fali kampanii promocyjnej trzeciej części wpadło mi do głowy, że może by tak odpuścić sobie jakąś najnowszą z nowości nowość i odkurzyć staroć? Pogrążyć się we wspomnieniach? Wszak nie zestarzałam się tak bardzo przecież, bym się miała w mej "Bridget" nie odnaleźć...

Miałam sprawdzić. Czy czterdziestka w metryce znaczy tyle samo w głowie. W sercu. W umyśle. Bo normalnie ludzie dziesięć lat ode mnie młodsi wydają mi się okropnie naiwni w tym, co mówią, co myślą i jakie postawy przyjmują. To nieracjonalne, nieuzasadnione i nieuprawnione, wiem. Ale tak jest. Kiedy pierwszy raz czytałam "Bridget", była ode mnie mniej więcej dziesięć lat starsza. I była pełna identyfikacja. Choć ona singielka, a ja mężatka. Choć ona marząca o dzieciach, a ja po wyczerpującym pierwszym roku z najstarszym starszakiem. Dziś olśniło mnie, że teraz to ja jestem od niej mniej więcej o dziesięć lat starsza. Myślę - sprawdzę poziom identyfikacji. Przeczytam.

Nie zdążyłam. W Lidlu rzucili "Szalejąc" dużo taniej niż w normalnej księgarni, więc pokusa była nieodparta. I jej nie odparłam. Mąż nie odparł. Mi kupił.

Odłożyłam trzy inne zaczęte i czytam. No i dramat. Bo oto się okazuje (eureka, zaprawdę!), że tym razem z identyfikacji nici. Że Bridget znów ode mnie starsza. A ja, naiwnie wierząc w wiecznotrwałość ikon, myślałam, że tym razem będzie młodsza. Logiki w tym nie ma żadnej, bo niby jak ma być młodsza, skoro "drogie dzieci, czas nie stoi, tylko leci" (Konopnicka "Jasio Wędrowniczek":), a poza tym mnie także przybyło.

Z tym, że oczekiwania były jednak inne. Że moja Bridget, jak ten Bond, James Bond, przez dziesięciolecia pozostanie w tym samym, niby określonym, choć przecież umownym, wieku. Bo postrzegałam ją jako ikonę, postać uniwersalną, do której odwołam się w każdym wieku. Odwołam z różnym skutkiem i różną intencją, ale.

Była nadzieja.

Tymczasem. Czar prysł. A ikona rozpadła się na kawałki. Ponieważ mimo świadomości tego, że czas płynie i że pięćdziesiątka Bridget mnie też nie ominie, nie potrafię się z nią utożsamić. Więcej, sądzę, że nie będę umiała tego zrobić i za kolejnych dziesięć lat. Kiedy i mnie stuknie pięćdziesiąt. Po prostu obecne życie "drogiej pani Darcy" to już nie moja bajka, nie mój film. A ona nie nazywa się już Jones, Bridget Jones.

I nie w tym rzecz, że ona starsza, ja - znów! - młodsza. I nieważne, że tam wdowa, tu mężatka. To nie to.

Po prostu żal, ponieważ ikona, jak to ikona, powinna być nienaruszalna. Bo czy ktoś domalowuje Monie Lisie zmarszczki? 

Jestem wkurzona. Ponieważ tak naprawdę, gdy się jej przyglądam, to widzę, że się wcale nie zmieniła. A mimo to jest inna. Doklejona taka. Postać. Do poprzedniej. Na siłę. W celu? Macie jakiś pomysł? Bo mój jest taki, pewnie niesprawiedliwy, że trzeba te kupony poodcinać. Aż do ostatniego. Wycisnąć, co się da, aż do końca. W sumie słusznie. Jestem za. Autorka wymyśliła. Autorka sprzedaje. Autorka zarabia. I bardzo dobrze.

Tylko ja tego "nie kupuję". Mimo że zapłaciłam.

18 komentarzy:

  1. A może jest nieautentyczna? Bridget znaczy, jako 50-latka. Nie tak łatwo być autentyczną 50-tką, bo człowiek na siłę chce zatrzymać upływ. Wszystkiego. 50-tka to przełom prawdziwy. Wtedy sobie uświadamiasz, że jednak na drugie tyle raczej liczyć nie możesz, a nawet jeśli się trafi to nieszczęście będzie. A tu jeszcze tyle nie zrobione, nie przeżyte, a może nawet nie przeżute? W każdym razie potrzeba trochę czasu, aby się oswoić z 50-tką. A potem ... to już z górki :) Doświadczona 50+
    Beata, wieczna małolata z głową w chmurach lata. Bo 50-tce naprawdę więcej można ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Beatka, ona jest nieautentyczna już w drugiej części. Bo chyba nie ma takich głupich ludzi w naturze?
      Pięćdziesiątka... Mnie się ciężko przegryźć przez czterdziestkę. Chyba zacisnę zęby, zamknę oczy i pojadę bez trzymanki. A dopiero co studia skończyłam...

      Usuń
  2. Jakoś nigdy książki nie czytałam, ale film, i owszem, lubię bardzo. Przykro z powodu zawodu :/ taki niesmak zostaje na długo, niestety

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I powiem Ci, że tak naprawdę warto tylko pierwszą część przeczytać. W drugiej najzwyklejszej w świecie nieuleczalnej głupoty bohaterki nie tłumaczą już niekorzystne okoliczności, więc irytuje. A trzecia to już w ogóle szkoda gadać.

      Usuń
  3. Nigdy nie byłam fanką Briget Jones. To jakoś nigdy nie była moja bajka. Ale chyba przekorna ze mnie osóbka bo wbrew pozorom narobiłam sobie właśnie "smaka" na tą książkę. Ot tak z ciekawości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No pewnie:). Też bym się nie mądrzyła, gdybym nie przeczytała.
      Swoją drogą, to ciekawe, bo zawsze, gdy marudzę na temat jakiejś książki, Wy piszecie, że właśnie Was zachęciłam. Strach pomyśleć, co będzie, jak napiszę o takiej, która mi się spodoba:).

      Usuń
  4. Przeczytałam obie części BJ ale było to dawno, dawno temu i pamiętam tyle, że sama Briget wkurzała mnie ale czytało się dobrze i było wiele momentów śmiesznych. Teraz bohaterka jest po 50-tce więc może sie skuszę, żeby zobaczyć czy zmądrzała, bo to nie każdemu w realu się udaje :)

    http://lamodalena.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niektórzy są niereformowalni. I niczego ich życie nie uczy:). Taki ich urok. Choć czasem irytują.

      Usuń
  5. Świetny tekst, chociaż nie do końca wiem, co z tą nową Bridget jest nie tak? I czemu właściwie nie da się z nia utożsamić, jak z dawną?
    Bo ja też swego czasu uwielbiałam Bridget, a w gorsze dni po raz milionowy oglądałam oba filmy :D i w sumie ostatnio poważnie zastanawiałam się nad kupnem nowej części, w końcu tyle lat wyczekiwanej... A teraz to już sama nie wiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Sama nie wiem do końca, co z nią nie tak. I to też widać w tym tekście. Pewnie to moja panika - czterdziestka to nie w kij dmuchał, a tu pięćdziesięcioletnia Bridget! No i weź tu się, człowieku, utożsam:).
      Ale kup sobie koniecznie, moje pisanie to tylko moje pisanie. Nic ponadto.

      Usuń
  6. Nie czytałam jeszcze tej ostatniej części:( Miłego dnia:)

    OdpowiedzUsuń
  7. A ja się już od dłuższego czasu zastanawiam nad kupnem, bo jednak sentyment mam. Pomimo recenzji niepochlebnych. Na razie jednak lecę Beksińskich, i biografię Wisłockiej (te najnowszą) i jakis kryminał (wszystkie jednocześnie), na półce nad łóżkiem kolejka... Chyba jednak nie kupię :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No ja też właśnie przez sentyment. Ty i Niezaradna kusicie mnie tymi Beksińskimi. Młodego pamiętam z Trójki, pamiętam szok. Starego z wystawy w BWA. Które to fakty są prehistorią i kurczę, ile ja mam lat! Taka dygresja na temat:).

      Usuń
  8. Ja jestem z góry obrażona na tę część za WieszCo.

    Tak obrażona, że nie wiem, czy brać się za poznawanie nieautentycznej 50-tki Bridget, choć mam książkę w zasięgu. Matka moja kupiła. Mało się nią zachwyca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale jak masz w zasięgu, to se sięgnij, co Ci zależy:). Kasy nie wydasz, to się tak nie wkurzysz, jak Cię wkurzy, a najwyżej nie przeczytasz do końca:). Kurczę, nie WiemCo, naprawdę, no skleroza, sory.

      Usuń
  9. bardzo lubię, a właściwie lubiłam bridget.
    i jej mamę ;-)

    bardziej lubiłam pogoń za rozumem- od dziennika

    a tej trzeciej części nie mogę znieść.

    niby matka dzieciom, i już w wieku konkretnym, a nadal takie fiu bździu w głowie.
    to takie jakieś.... nie pasujące do niczego.

    zaczęłam, a nie wiem czy uda mi się skończyć.

    OdpowiedzUsuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.