niedziela, 15 czerwca 2014

Okładka i target, czyli co sprzedaje książkę. O Elizabeth Buchan

...z cyklu "Czytam sobie"

 

Tytuły jeden "lepszy" od drugiego, prawda? Ale bardzo adekwatne, a autorka się nie kryguje, tylko pisze je po prostu. Natomiast powieści... głębokie. Chociaż zwykle nie przechodzą mi przez gardło takie "górne" słowa


Jak, Szanowna Publiczności, znajdujesz powyższe okładki? Albo tak: co powiecie o treści książek, patrząc na nie? O tematyce, o poziomie, o artyzmie(sic!), tudzież tak zwanym poziomie przyswajalności, znaczy: dla kogo one stworzone?


Nie, nie. Nie, żebym tu czytelników lepszych i lepsiejszych palcem pokazywać miała. Przeciwnie. Od początku bloga, mądrząc się o książkach, spory dystans swój podkreślam do znudzenia i bólu wobec literatury tak zwanej wysokoartystycznej(!!!), jeśli tylko ktoś próbuje mi wmówić, że jej czytelnik lepsiejszy od tego lepszego, co czytadła czytuje i się z tego raduje. Od zawsze twierdzę, że większy pożytek z czytadeł czytania radosnego, niż z dręczenia się koszmarami o wysokoartystycznych aspiracjach od sięgania po kolejne skutecznie odstręczającego.

Można - mniemam - tworzyć mądrze, na poziomie i pogodnie. Można, a nawet podejrzewam, że jest to trudniejsze od (śmieje się małe z kojca swojego w głos i wątek mi się urywa, co jest wprost cudowne, znaczy hormony matczyne jeszcze całkiem nie zwietrzały, ech:) rzewnego łez wylewania, które dla niektórych wydaje się być przepustką wyłączną do sztuki tak zwanej wysokiej, i które niektórym pozwala czuć się artystami przez naprawdę wielkie aaa z powodu tematu tylko i jedynie, choćby nawet cała reszta warsztatu, talentu, wiedzy i "tak zwanej życiowej mądrości" (że sobie polecę piosenką:) leżała i kwiczała.

Do której zatem grupy przypisalibyście książki Elizabeth Buchan? Pewnie nie czytaliście, bo dawno wydane, wcale nie promowane, mało komu znane, więc całkiem świadomie i wbrew przemądrej przestrodze (nie oceniaj książki po okładce!) proszę Was pięknie właśnie o to, byście ocenili książki po okładce.

Już?

I co?

Marne. Kobiece. Łatwe i przyjemne - fe! Słabe. Mydlane. Czytadlane. Słowem: szkoda czasu i atłasu.

A wcale że nie! Się mówiło pod blokiem, jak się kogoś do swej racji małoletniej przekonać chciało. Więc teraz powtórzę: że nie.

Owszem, kobiece. Owszem, przyjemne. Owszem, przyswajalne. A poza tym przyjemne w czytaniu, interesujące, niepokojące, niegłupie, do myślenia dające, o prostych sprawach nie tak prosto mówiące. Refleksję wzbudzające. Powiało grozą. To jest sztuka.

W czym więc problem? O co chodzi?

O to, że cztery niezłe książki wydane kilka lat temu przez nikomu nieznane wydawnictwo (nawet nie wiem, czy ono jeszcze istnieje) przeszły chyba całkiem bez echa, a w każdym razie ja o nich nie słyszałam ani nigdzie żadnej wzmianki nie widziałam, co na jedno wychodzi.

Czemu? Bo okładki zbyt słodkie i banalnością swą "ambitnego" czytelnika mylące? Chyba tak, choć jak się im bliżej przyjrzeć, wcale nie takie znowu banalne. Oryginalna grafika to jest, nie zdjęcie sztampowe i dosłowne, kupione gdzieś tam i wstawione bez pomyślunku przez wydawniczego grafika sprowadzonego przez wydawnictwo do roli technika.

Po książkę w takiej okładce czytelnik "ambitny" za żadne skarby świata nie sięgnie publicznie w księgarni, bo o co go posądzą, ani jej sobie na regale nie postawi, bo co ludzie powiedzą (pamiętacie serial o hipokrytce Bukietowej vel Kubłowej?).

Z kolei czytelnik wyłącznie w literaturopodobnej sieczce gustujący też pożytku z niej wielkiego miał nie będzie. Nie jest to bowiem w żadnej mierze produkt literaturopodobny, co się okazuje już po przeczytaniu jednej, góra dwóch stron. Choć temat przyjemny w czytaniu, nie bardzo ponury, banalnością po oczach dający, interesujący, czytelnika łaknienie ukojenia szanujący - pozornie na miano najgorszego badziewia zasługujący.

Nic z tego jednak. A dlaczego? Powtórzę: kobiece, przyjemne, dobrze przyswajalne, przyjemne w czytaniu, interesujące, niepokojące, niegłupie, do myślenia dające, o prostych sprawach nie tak prosto mówiące, refleksję wzbudzające. Sztuka.

Że inteligentnie i ze znajomością pisarskiego warsztatu napisane, wspominać już chyba nie muszę. Ponieważ wobec powyższego wydaje mi się to naprawdę oczywiste.


Kupione po 4 złote sztuka kilka lat po wydaniu, co oznacza, że w ostatniej chwili spod gilotyny taniej książce wyrwane.

Na zdjęciach ułożone według mojej prywatnej hierarchii fajności. Choć czytane w całkiem innej kolejności.

Smacznego. Gdybyście jakimś cudem trafili na nie gdzieś i zechcieli przeczytać, co szczerze polecam. Nie pożałujecie.


12 komentarzy:

  1. Mnie do nieznajomej książki najpierw przyciąga tytuł. Tu chyba pierwsza była "zemsta kobiety w średnim wieku". Gdybym gdzieś wypatrzyła - biorę w ciemno - dla tej zemsty oczywiście. A okładki - lubię taki styl, trochę jak dla dziewczynek. Bo czyż nie jesteśmy ciągle dziewczynkami w ciut podstarzałym ciele (to o mnie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No pewnie, że jesteśmy. Też pierwszą przeczytałam "Zemstę":)

      Usuń
  2. Ja sama często wybieram książki po okładce,później tytule i dopiero czytam opis :) te mi się podobają okładki bardzo pewnie bym je wypatrzyła od razu a to dlatego,że ja lubię kobiece rzeczy a ta książka ma taki żartobliwy kobiecy wygląd .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fajnie i celnie to ujęłaś - "żartobliwy i kobiecy wygląd":)

      Usuń
  3. Jak patrzę na okładki to myślę o urlopie, który niedługo zaczynam, chyba by mi się coś takiego jak opisujesz przydało na wakacyjny relaks

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może jeszcze gdzieś po internetowych księgarniach się tułają jakimś cudem. Spróbuj, bo naprawdę mają jakieś takie bliżej nieokreślone drugie dno. Które niepokoi, chodzi za człowiekiem, lecz nie dręczy i nie przestrasza.

      Usuń
  4. okładka to istotny element książki, dobra okładka to połowa, albo i więcej ;), sukcesu. Oczywiście, że okładka mnie zachęca, ale zawsze czytam opis, jeżeli nic o tej książce nie wiem :)

    http://lamodalena.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się z Tobą. A jednak wydawnictwa twierdzą, że badania rynku wykazują, jakoby czytelnicy woleli okładki banalne, dosłowne, ze zdjęć zrobione. Tak pisano w jednym piśmie.

      Usuń
  5. Zawsze kiedy nie znam autora, to o wyborze i wzięciu do ręki książki decyduje okładka. Potem odwracam i czytam opis z tyłu. Te okładki są bardzo miłe dla oka. Podniosłabym obie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to mamy jasność w kwestii znaczenia okładki. Tylko skąd takie wyniki badań, jeśli większość (czyli my:) woli okładki graficzne i niedosłowne?

      Usuń
  6. Jestem wielbicielką Elizabeth Buchan, ale nigdy nie udało mi się trafić na jej książki w polskim przekładzie, czytam ją w oryginale i delektuję się każdym słowem. Coraz więcej podobieństw między nami odkrywam:)
    Pozdrawiam ciepło!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że jest jeszcze ktoś, kto ją docenia. I to w oryginale. Zazdroszczę Ci tego, naprawdę. Ja się zawsze odbijam od oryginału, bo za wolno mi idzie, a takie książki zwykle chcę połykać. I wydaje mi się, że podobieństw jest naprawdę więcej, niż się nam obu wydaje. To dobrze:)

      Usuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.