piątek, 13 czerwca 2014

Spodnie? Spódnica? Spódnicospodnie? O zasadności zasad

...z cyklu "Rodzicielstwo radosne" (jak kiedy:)

 

W mojej trawie rzadko koszonej:)

 

Tu i tam w tak zwanej blogosferze funkcjonuję jako "matka trojga", albowiem byłam się pochwaliłam gdzieniegdzie, że trzeciego potomka rok temu powiłam. I się tak tu od roku roztkliwiam nad szczęściem moim matczynym, które mnie po raz kolejny na czterdziestkę spotkało - tak jakbym przed najmłodszego przyjściem na świat szczęścia tego była pozbawiona, co nie jest prawdą przecież, gdyż mając dwoje starszych, już nastolatków, fajerwerków emocjonalnych się codziennie i od rana do nocy doznaje - kto ma, ten wie:)


Nastoletni wiek to ma do siebie, że - jak mówią uczeni:) - się człowiekowi wtedy  tożsamość kształtuje. A jak mu się kształtuje? Ano przez bunt, co jest tak powszechnie wiadome, że aż wstyd mi o tym pisać, lecz dla porządku i logiki tego tu wywodu wspomnieć muszę. No więc człowiek się buntuje przeciwko temu, co zastał, ale wcale nie dlatego, że zastane jest złe (bo tego jeszcze nie sprawdził), tylko dlatego, że a) biologia mu tak robi oraz b) do własnych prawd dojść musi, choćby nawet były to prawdy kropka w kropkę takie samiuteńkie, jak te na wstępie zanegowane. Bo grunt to dojść do nich na własnych nogach, a niechby i na czworaka. Nie przeskoczy się tego i rolą rodzica jest pilnować tylko, aby się bez ofiar w ludziach obeszło, a potem to już z górki. 

O tym pilnowaniu, a konkretnie o jednym jego aspekcie, się tu troszeczkę powymądrzam, ponieważ w obliczu pewnych zasad (noszenie spódnicy w stroju galowym) zastanych tu i tam (w pewnej szkole) oraz bardzo konkretnie i konsekwentnie przez niektórych (przez pewne dzieci) łamanych naszły mnie nie dające spać po nocach refleksje. I tak sobie myślę, że może "co z głowy, to z serca" (lekko powiedzenie trawestując), więc jak się tu wypiszę, to spokojnie spać będę, co oby nastąpiło, gdyż nie spać po nocach nie cierpię.

Do rzeczy. Znaczy: do zasad.
Co należy rozumieć przez zasadę? 

Może normę ograniczającą postępowanie albo narzucającą dopełnienie określonych uczynków w imię dobra wspólnoty? Czyli: w czymś tam się ograniczamy, aby nikt (w tym my) z powodu naszego nie ucierpiał, a także coś tam robimy, aby wspólnota (w tym my) jakąś korzyść z tego naszego robienia odniosła. W jednym i drugim wypadku chodzi o dobro pojedynczych ludzi składających się na ową wspólnotę.

No bo chyba o dobro człowieka chodzi? Nie wyobrażam sobie zasad, u których źródeł nie ma tej najbardziej podstawowej wartości, a nawet Wartości. Co do słowa "wspólnota", zgoda, nie każdą grupę ludzi można tak nazwać, ale umówmy się na tę umowną:) optymistyczną etykietkę.

Pytanie z gwiazdką: czyje dobro narusza złamanie zasady noszenia spódnicy do galowego stroju podczas uroczystości szkolnych, gdy definicja galowego stroju mówi, że ten strój ma być "elegancki", tj. biała bluzka (dziewczyna)/koszula (chłopak) plus ciemna spódnica do kolan [sic!] (dziewczyna)/ciemne spodnie (chłopak).

Według mnie to zwykła dyskryminacja. Ale spróbujmy przyjrzeć się źródłom. Być może zasada ta ma swoje umocowanie w myśleniu zakotwiczonym w początkach XX wieku, kiedy noszenie spodni przez kobiety było uzasadnione jedynie w sytuacjach sportowych, typu: jazda konno, jazda na rowerze - a i to nie wszędzie. W każdym razie nie było eleganckie, raczej "wywrotowe", patrz: ruchy wyzwolenia kobiet (które de facto traktowano jak własność mężczyzn).

Czym było spowodowane takie stawianie sprawy? Pewnie tym samym, co dziś powoduje, że garsonka (ze spodniami lub spódnicą) jest elegancka, a dres nie jest. To proste.

Ale tak było sto lat temu. Później spodnie weszły do kanonu eleganckich kobiecych ubrań. I tak jest do dziś.

Czym więc kieruje się organ ustanawiający zasadę, że strój dziewczęcy złożony z eleganckiej białej bluzki i eleganckiej czarnej spódnicy elegancki w całości jest, zaś zestaw: elegancka biała bluzka plus eleganckie czarne spodnie (nie dżinsy, nie dresy, nie legginsy!) już nie jest? Kieruje się płcią? Przecież jest przywilejem kobiet (w przeciwieństwie do mężczyzn) możliwość wyboru spodni lub spódnicy w wersji eleganckiej, a także casualowej lub sportowej. Zależnie od okoliczności. I skoro w regulaminie napisano "strój elegancki", to dla uniknięcia tej dyskryminacji uczennica powinna być rozliczana li tylko z tej elegancji, nie ze sposobu (spodnie czy spódnica) jej osiągania. Proste? Dla mnie tak.

Dlaczego? Ponieważ zamiana eleganckiej spódnicy na równie eleganckie spodnie jako żywo nie narusza niczyjego dobra, nikomu nie uwłacza i jeśli jest w jakiś sposób piętnowana (ta zamiana), to chyba tylko z powodu obnażenia irracjonalności samej zasady ustanowionej przez organ stanowiący szkolne prawo, a więc w pewnym sensie podważa kompetencje tegoż organu. Albo tylko wypadek przy pracy. 

Czemu o tym piszę? Ponieważ uważam, że wychowując dzieci (i w domu, i w szkole), dobrze jest unikać wprowadzania zasad dla samych zasad, czyli takich, które nikomu ani niczemu nie służą. W każdym razie ani niczyjego dobra nie chronią, ani go nie przymnażają. Jeśli się przy takich zasadach będziemy upierać, stracimy wiarygodność, która jest nam niezbędna dla wpojenia dzieciom zasad, które naprawdę mają znaczenie, ponieważ rzeczywiście dobro ludzkie chronią i dobra przymnażają.

A Wy, jak sądzicie?

19 komentarzy:

  1. Święte słowa. Ja dalej się jeszcze posunęłam wychowując dziecko swoje własne (dziś 26 lat) i cudze w szkole przez lat 19. Otóż zawsze próbowałam przekonać siebie i szacowne grono ped, że bunt nastolatka objawiający się nawet ekscentrycznym strojem, to swojego rodzaju wentyl bezpieczeństwa. Lepiej że eksperymentują ze szmatami, które na siebie wdziewają, niż mają eksperymentować z produktami reakcji chemicznych. Tym bardziej, że wygląd jest tak bardzo w tym wieku ważny. Cóż pogląd swój wywodzę z własnego doświadczenia, kiedy to ku przerażeniu mamy świeżo zakupione w PEWEX-ie wranglery do krwi ostatniej tarłam w wannie pumeksem, żeby się wytarły. A potem jeszcze porobiłam napisy długopisem.A dzieci już nie muszę wychowywać - moje za duże, a cudze szkolne "porzuciłam" 9 lat temu, kiedy to w swoim życiu zawodowym dokonałam rewolucji na miarę chodzenia w spodniach przez kobiety 100 lat temu. Uściski, Beata

    OdpowiedzUsuń
  2. Oj, jak mi ten wpis ładnie podszedł :)
    pierwsze primo: pisz o nastolatkowych problemach, plis bardzo. Bo ja pamiętam siebie i mam pietra, że to jednak w genach może idzie :/ tak, moja Mać jest święta. I tak, już teraz myślę z drżeniem, co to będzie.
    drugie primo: tak, podpieram czterema kończynami postulat o nie tworzeniu zasad dla idei. Chociaż...
    trzecie primo: ponieważ zasady są po to, aby je łamać, a nastolatek z zasady coś łamać musi, żeby poczuć się samostanowiącym o sobie, to może i lepiej, że może łamać bezsensowne zasady. O ile z tego nadmiernej chryi nie ma. Tylko taka malutka :) co by poczuł się "zły" i nieszablonowy.
    czwarte primo: galowy uniform... trauma na całe życie... bleeee

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To trzecie primo - z jednej strony racja, ale z drugiej... Jak za młodu nasiąknie, że zasady można łamać... Jednak chyba wolę uczciwie przyznać, że akurat ta zasada do niczego jest, że czasem takie w życiu napotka, że musi włączyć myślenie i rozważyć po prostu - czy woli się ugiąć dla doraźnych korzyści (co pachnie konformizmem), czy też pozostać sobą i ponieść konsekwencje. W szkole te konsekwencje są banalne, nawet te niby najcięższe. W życiu (i w prawdziwych, naprawdę ważnych zasadach) konsekwencje mogą być daleko idące, ale często dla tych naprawdę ważnych wartości warto się poświęcić, nie iść na kompromis i umieć sobie spojrzeć w twarz. A uczenie takich subtelności w odróżnianiu zasad zasadnych i nie - zaczyna się właśnie w szkole. Bez rozmów, bez szczerego podejścia się nie obędzie. Za to musi się obejść bez rodzicielskiej ściemy (że się trzeba dostosować, że szkoda konsekwencje ponosić dla takiej pierdoły itp.). Bo to może i jest pierdoła dla mnie, ale na szczęście w wieku nastoletnim moim dzieciom udaje się nie mieć większych problemów, więc przejmują się tym, co mają:). Myślę, że w taki sposób się człowiekowi kręgosłup wyrabia. I się uczy, że ważne jest ważne. A nieważne nie.
      Sorry za to rozpisanie, naprawdę, aż mi wstyd, ale to moje gadulstwo... Koniec. Ściskam.

      Usuń
    2. Gadulstwo to ja lubię :)
      zgoda, przekonałaś mnie, jak się tak rozpatrzyłam w argumentach.

      Usuń
    3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
  3. Kuriozalny problem z tymi portkami. A myślałam, że to już w zamierzchłych czasach szczenięctwa własnego przepadło.

    No, ale widzę, że wiele jeszcze przede mną. Biała bluzka, stosowna spódnica? Bleee! Bojkotowałam całą szkołę swą własną, raz nawet lądując za rzecz na dywaniku dyrektorki.

    Kuriozum...

    OdpowiedzUsuń
  4. Mój syn miał długie włosy w liceum...Był jeden warunek - mialy być czyste. Nawet ładnie mu było:))) Jak założył garnitur...hmmm ciekawie, elegancko. Tak naprawdę elegancki strój to taki sobie relikt - autorytaryzm?
    CZym to się rózni od kazania chodzenia po ulicach kobietom z zakrytymi twarzami?
    Spodnie są ok :)) Nawet bym powiedziała, że przyzwoitsze niż spódnice - bo nic nie odsłania :)))

    OdpowiedzUsuń
  5. Cześć, skrótowo i nie odwołując się do wpisu, nie znalazłam namiarów na email. Opacznie zrozumiałaś wstęp do artykułu u mnie. Posiadanie trójki dzieci jest wartością dodaną i wręcz wydaje mi się, że przysłowiowa (to kolejna rzecz z tekstu) matka trójki dzieci akceptuje siebie bardziej niż nastolatka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No cześć, adres mailowy mam w zakładce Kontakt. Rozumiem Cię. Chodzi mi tylko o to, że z Twojego tekstu wynika, że ta matka akceptuje siebie wbrew tym dzieciom. A to by znaczyło, że te dzieci to coś, co ją ogranicza. A tak nie jest. Ogranicza co innego. A że akceptuje, to zgoda.

      Usuń
  6. Amen :) doskonała puenta :) pozdrowionka

    OdpowiedzUsuń
  7. nie wiem czy dobrze zrozumiałam - chodzi tu o szkolne uroczystości, tak? no to takie są zasady! może nie są do końca zrozumiałe ale w czym jest problem? jest uroczystość szkolna dwa razy do roku: na początku i na końcu i fajnie jak dziewczynki są w spódniczkach to nie przesadzajmy, jaki to problem? w dorosłym życiu często spotykamy się z tego typu zasadami: w pracy obowiązuje taki a nie inny strój, często mundurek i co, buntujesz się? nie, bo zależy Ci na pracy a właściciel ma takie zasady. Szkoła to dla naszych dzieci to taka praca i pracodawca życzy sobie aby dziewczynki miały spódniczki bo to je odróżnia od chłopców. Nasze dzieci nie muszą chodzić do szkoły w jednakowych mundurkach a kiedyś tak było, teraz chodzą jak chcą i często wymalowane i dobrze, jak to moja poprzedniczka, pedagog, mówiła - lepiej w stroju niech młodzież swoje frustracje demonstruje! a na uroczystości jest wymagany taki strój. Myślę, że większy problem mają rodzice niż dzieci. pozdrawiam :)
    http://lamodalena.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć:) Dzięki za komentarz, cieszą mnie bardzo takie długie:)))
      No właśnie tak jest z tymi uniformami w życiu. Są. Choć nie zawsze zasadnie. Co poradzić?

      Jeśli chcesz wstawić link do swojego bloga, rozwiń sobie opcję "odpowiedz jako" i tam wybierz "nazwa/adres URL", gdzie można wpisać dokładny adres bloga, adres mailowy (którego ani ja, ani nikt nie widzi), a wszystko razem wyskoczy w miejscu, w którym teraz jest Twoje imię:). Muszę się sprężyć i coś porobić w ustawieniach, żeby się dało linkować w komentarzach, bo nie mam nic przeciwko linkowaniu fajnych blogów:).

      Usuń
  8. Sama jestem z modelu rodziny 2+3 jest to idealny model:) a co do zasad noszenia spódnic czy spodni to z tym różnie bywa ja sama kocham spódnice,sukienki to noszę,ale mam kilka znajomych co boją się spódnic jak diabeł święconej wody wynika to z kompleksów,że nogi krzywe,że grube uda itp więc jak mają się całe spotkanie źle czuć,pocić ze zdenerwowania bo ich ktoś obgada to niech zakładają spodnie w kant i czują się dobrze . Ostatnio kolegi dziewczyna pytała go co ma założyć do siebie na parapetówkę( na której będą jego znajomi a on nam ją przedstawi) powiedział jej,że połowi jego kolegów to będą w spodniach tylko ja będę w sukience za pewnie:) bo ja zawsze ubieram się kobieco:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Agnieszka, Twój mąż to chyba wniebowzięty chodzi, co? Jak ma taki Skarb w porównaniu z kolegami:). Pewnie wszyscy mu zazdroszczą:))).
      Ale racja, że najważniejsze to dobrze się czuć. Wtedy człowiek jest ubrany, a nie przebrany.

      Usuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.