niedziela, 29 czerwca 2014

Wakacje w Toskanii. Tessa Capponi-Borawska

...z cyklu "Czytam sobie"

 

Nie moje wakacje oczywiście, tylko Tessy Capponi-Borawskiej. Jest taka staroć, którą kilka lat temu wybrałam sobie w dniu urodzin w krakowskiej "Bonie", która wtedy nie była jeszcze wydawnictwem, a jedynie księgarnio-kawiarnią.

 


Panowała - i chyba ciągle panuje - wtedy moda na literaturę "toskańską". A ona, Tessa znaczy, stamtąd. W całości przeflancowana do Polski w latach osiemdziesiątych, za mężem. To ja się wcale nie dziwię, że tęskni i że raz w roku miesiąc obowiązkowo spędza w rezydencji Capponich we Włoszech. Że pławi się w kurzu, w falującym od gorąca powietrzu, z kieliszkiem "domowego" wina w ręku. Domowego jest w cudzysłowie, bo jej "domowe" znaczy bardzo markowe, bardzo znane, bardzo drogie, po świecie z własnej winnicy rozprowadzane. Wciąż domowe.

"Dziennik toskański" to nie cukierkowa wizja rajskiego ogrodu ziół i wina. To obraz ziemi "surowej i twardej", wypalonej przez słońce, której trzeba "słuchać, wąchać (...) albo wręcz smakować w całkowitym milczeniu". To zapis osobistego, co rok od nowa, odkrywania florenckiej Uffizi, targowiska w Greve, arcydzieł malarstwa w kościołach Pizy, Sansepolcro, Sieny i Urbino.

I to naprawdę robi wrażenie, zwłaszcza że autorka wie, o czym pisze, a wie, ponieważ z jej własnego rodu wywodzi się kilku malarzy i świętych. Na których dzieła patrzy, kiedy budzi się w starej sypialni starej letniej rezydencji starego rodu Capponich - w miejscu spotkań rozpierzchłej po świecie rodziny, które zwie się Villa Calcinaia.

Toskania Tessy Capponi-Borawskiej pachnie bazylią, czosnkiem, oliwą i zimnym pomidorowym sosem. Ale to wszyscy wiedzą, bo oprócz "Dziennika" napisała też "Moją kuchnię pachnącą bazylią", której nie czytałam ani nawet na oczy nie widziałam, za to o niej słyszałam. Może kiedyś...

Na razie przez rok zachłannie przyglądam się okładce i marzę o gorącym lipcu, kiedy zmiksuję z oliwą surowe pomidory, czosnek i świeżą bazylię. Ugotuję al dente makaron i wymieszam go ze schłodzonym w lodówce sosem. Do tego kieliszek wina albo zwykła woda z cytryną. Winogrona. Ser. Świece. Moja rocznica ślubu. Co roku. W wakacje.

Bo z nią kojarzy mi się ta książka. Kupiona podczas urodzinowo-rocznicowej wyprawy do Krakowa. Zawsze mówię, że książka jest dobra na każdą okazję. A ta ma oryginalne toskańskie przepisy. Ilustrowane czarno-białymi zdjęciami. To nawiasem, dla niezdecydowanych:).

A moje wakacje właśnie się zaczęły. Zabieram się do czytania.

16 komentarzy:

  1. Przepisów Pani Tessy nie cenię, kilka razy próbowałam tych z "Kuchni" i niestety zawsze niewypał
    ale lektura może być ciekawa, ech kiedy zrobi się tu ładne lato? od kiedy wróciłam z Grecji jest mocno tak sobie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie w książkach kucharskich takich ciekawych ludzi najlepsze jest zawsze to, co pomiędzy przepisami. Ten klimat, zakorzenienie, opowieść.
      Rozbestwiliście się w greckim raju klimatycznym:), co? A u nas, jak to u nas...

      Usuń
  2. Też mam książki powracające "na okazję".

    Impresjonistyczne wrażenie zamknięte w słowa Wasza rocznica ślubu - zachwycające.

    Toskania - tylko przejeżdżałam, ostatecznie lądując w innym punkcie. Pięęęęęknie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, jesteś kochana. A jakie to książki? Zrób wpis optymistyczny:)

      Usuń
  3. no to miłego czytania i udanych wakacji !

    http://lamodalena.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo! Bo cóż może być milszego od czytania?

      Usuń
  4. Zachęciłaś mnie do przeczytania tej książki:) i chyba sobie naleje kieliszek wina i wezmę ser pleśniowy i chwilę pomarzę o Toskanii bo u nas deszcz od rana:(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I jak było? :) Kieliszek wina, ser pleśniowy i marzenia o Toskanii zawsze są aktualne.

      Usuń
    2. Już nie pamiętam,ale pewnie było przyjemnie:)

      Usuń
  5. Kuchni włoskiej nauczyłam się jeżdżąc do Włoch, smaków wina, sera i octu balsamico, to był dobry czas. Jakoś tak niewiele lektur znalazłam z Toskanią w tle...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrych lektur z Toskanią w tle rzeczywiście jest chyba niewiele. "Pokój z widokiem" chyba się nie liczy, bo staroć ;) Przewodników multum, romansów też. Dobrych książek - jak na lekarstwo. Masz rację. Zazdroszczę Ci podróży do Włoch :)

      Usuń
    2. To było dawno, a teraz marzy mi się południe, Barii i niżej :)

      Usuń
  6. Ależ chcę, chcę! Toskanię znam jedynie ze świetnej lektury "Toskania i Umbria. Przewodnik subiektywny". Już wtedy zachorowałam na podróż po Toskanii. Kto wie, może kiedyś dojdzie do skutku. Książka, o której wspominasz, z pewnością nie wyleczy mnie z marzeń...;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :) No nieskromnie powiem, że Cię ta książka nie wyleczy. Mało tego, być może zachorujesz na tę książkę tak jak ja, bo Toskania Toskanią, a książka...
      Dobrej lektury!

      Usuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.