sobota, 30 sierpnia 2014

Czy przytulanie to rozpieszczanie? - cz. 1

... z cyklu "Rodzicielstwo radosne"

 

Z pozoru - sielsko, w rzeczywistości - mała dżungla życia. Plus rodzice na straży - nie my, my robimy zdjęcie:)


- Mamo, boli! - otarte kolanko naszego małego dziecka i łzy ciurkiem cieknące po policzkach niejedną mamę prowokują do niepohamowanego wybuchu czułości, a połowę z nas do powstrzymywania siłą własnych łez. Zresztą w roli "otartego kolanka" może też wystąpić odrapany łokieć, odebrana zabawka, przykre przezwisko, a u starszaka najlepsza koleżanka, która poszła pobawić się z inną.


Co w tak przykrej sytuacji powinna uczynić mama? Albo tata - oczywiście. Nie oglądając się na nic i na nikogo, dać upust własnym zranionym uczuciom? Bo przecież wiadomo nie od dziś, że krzywda dziecka najbardziej boli rodzica. Rzucić się na ratunek i siłą (nie tylko argumentu:) przyprowadzić niewierną koleżankę/kolegę? Przezwać przezywającego z nawiązką? 

Może i tak by się czasem chciało, ale... Kogo w ten sposób pocieszymy? Nasze dziecko czy może nas samych? Coś mi mówi, że raczej to drugie. To coś nazwałabym rozsądkiem. Trzeźwym myśleniem, które warto jednak włączyć, na przekór targającym nasze zdrowe zmysły gwałtownym uczuciom.

No więc tak - po pierwsze zastanówmy się, czego w tej trudnej sytuacji tak naprawdę potrzebuje nasze dziecko. Skoro ze łzami przychodzi do mnie, to prawdopodobnie potrzebuje mnie. No więc jestem. Każda i każdy z nas jest. 

Tylko w jaki sposób? Jak jesteśmy z dzieckiem w trudnej dla niego sytuacji? Wzruszamy się i płaczemy razem z nim, potęgując w ten sposób jego żal, który w kilka sekund rozrośnie się do niebotycznych rozmiarów?(sposób pierwszy) Czy też biegniemy pomścić naszego potomka skrzywdzonego przez okrutny i nieczuły świat?(sposób drugi) A może przybieramy dzielną minę i radośnie, tudzież lekceważąco, wykrzykujemy: No coś ty! Taki/taka duży/a i płacze! Ale przecież nic ci nie jest! Nic się nie stało! Nie przesadzaj, takie małe zadrapanie nie może aż tak bardzo boleć!(sposób trzeci) - niepotrzebne skreślić.

Która z trzech powyższych reakcji jest właściwa? Otóż żadna. Skreślić należy wszystkie.

Sposób pierwszy: nasz płacz i nasza rozpacz (nie mylić ze współczuciem) - spowodowane trudnością przeżywaną przez dziecko i jemu w dobrych intencjach nadmiernie okazywane - zaburzą u niego poczucie bezpieczeństwa, po które przecież do nas przyszło. Doświadczyło sytuacji trudnej, jest mu źle, a więc szuka oparcia. W nas. Nie możemy mu w takim momencie fundować czegoś zgoła przeciwnego - strachu spowodowanego poczuciem braku oparcia w kimś, na kim spodziewa się ono polegać najbardziej na świecie. Nic dziwnego, że negatywne przeżycia dziecka narastają - są przecież przez nas wzmacniane.

Sposób drugi: pragnienie pomsty i nauczenia rozumu krzywdziciela naszego najukochańszego w świecie malucha jest u rodzica tak naturalne jak pylenie się drzew wczesną wiosną (taka mała prywata - moja alergia:). Jednak nie tędy droga. Dziecko przybiegło do nas, więc logiczne będzie pozostanie z nim w tym momencie, a nie wyruszenie w celu przywrócenia sprawiedliwości. Nie odchodźmy, bo ono znów zostanie samo. I będzie się bało.

Podkręcanie emocji i pomsta są złe. Ale już najgorszy z najgorszych jest sposób trzeci, czyli LEKCEWAŻENIE UCZUĆ DZIECKA oraz - co za tym idzie - PODWAŻANIE PRAWA DO ICH PRZEŻYWANIA. Odbywające się dokładnie przy pomocy przytoczonych wyżej fałszywie pocieszycielskich dziarskich okrzyków. Skrzywdzone dziecko dowiaduje się oto, że: 
  • jest za duże, aby odczuwać ból (i fizyczny, i emocjonalny - Wstyd! Taki duży i płacze!) - czy w takim razie dorosłego nic i nigdy nie boli?
  • tak właściwie to jest jakieś dziwne, ponieważ nic mu nie dolega (czymże jest krew lejąca się z rozbitego kolana?!), a płacze (No coś ty, takie małe otarcie na pewno aż tak nie boli!)
  • jest głupie, gdyż nie potrafi ocenić wagi i rozmiaru swojej aktualnej sytuacji - podobnie jak większość dorosłych, tylko że w przeciwieństwie do nich dziecko ma do tego prawo  - właśnie podważane (no bo przecież Nic się nie stało!).
Podsumowując, sytuacja wygląda tak, że rodzic pociesza (a przynajmniej jest o tym święcie przekonany), zaś dziecko czuje się zawstydzone, ośmieszone (często publicznie - przy innych dzieciach i przy dorosłych), nieważne i głupie. Przesadzam? Nie sądzę. Widuję, bywa, i takie sytuacje, w których "pocieszający" rodzic/dziadek/babcia/inny opiekun, nie widząc pozytywnych skutków własnych działań, a czasem widząc, że dziecko jest w jeszcze gorszym stanie niż wcześniej (do czego opiekun "pocieszaniem" doprowadził), denerwuje się na nie i bez żadnych hamulców temu zdenerwowaniu daje wyraz, czytaj: krzyczy na i tak pokrzywdzone i odczuwające ból dziecko. Nie rozumie, że zamiast pocieszyć, poniżył, a w najlepszym razie zlekceważył albo rozdmuchał problem.

Co w takim razie? Jak ma się zachować biedny rodzic, często bardziej od dziecka przeżywający jego stłuczone kolano, utraconą przyjaźń, zniszczoną zabawkę?

O tym następnym razem. Do zobaczenia wkrótce!

niedziela, 24 sierpnia 2014

Jestem w niebie. Czytam Grocholę

...z cyklu "Czytam sobie"


Czytam najnowszą Grocholę. Że "najnowsza" mówi się do mnie z czwartej strony okładki. To nie do końca prawda, ale "o tym po tym". A póki co, o czym innym.



Wszyscy wiedzą (okej, wszyscy, co ten wpis przeczytali:), że na pisarstwo Katarzyny Grocholi to ja złego zdania, złego słowa, złej litery nigdy nie powiedziałam. Nie wspominając o ich wypisywaniu. Że za jedyną prawdziwą pisarkę - wśród wielu pod trend przez nią zapoczątkowany się podpiąć usiłujących - uważałam. Że określenie "prawdziwa pisarka" bez cienia ironii wobec niej stosowałam. I się nie wycofuję, ale.

Ale po pierwsze - po pierwsze jest to zbiorek kilkunastoletnich opowiadań po "łamach prawie zapomnianych gazet" (jak blurb poucza) się dotąd tułających, w formie książki dziennego światła niewidzących. I że dlatego, rzec można, premierowych. Hmm, jak by tu o nich, bo serce krwawi, bo to Grochola przecież, bo jak to... Bo niektórzy "aniemówiłam" słusznie powiedzą i bez sensu mi się będzie tłumaczyć, że przecież i tak nie jest źle, że inne piszą gorzej, że daj Boże tym innym do takiej formy w życiu dobrnąć, na którą u Grocholi w tym tomie nosem kręcę. Wszystko jasne?

Ale po drugie - po drugie jest w tym zbiorku jeden wyjątek, który smakuje prawdziwie wysmakowaną prozą prawdziwej pisarki Grocholi. Nazywa się (ten wyjątek znaczy:) "Zdążyć przed pierwszą gwiazdką" i jest według mnie absolutnym mistrzostwem świata, jeśli idzie o wzruszanie czytelnika do łez w okresie okołoświątecznym bez kilogramów lukru i bez mdłości, co nie do uniknięcia w takich razach.

Ale po trzecie - po trzecie to sami popatrzcie:


Tak wygląda początek tego opowiadania, które się ponoć dotychczas po "łamach prawie zapomnianych gazet" tułało i w formie książkowej światła dnia nie widziało. Rok wydania 2014.

Tak natomiast pierwsze zdania tego samego tekstu Anno Domini 2003, a więc lat temu jedenaście w zbiorze "Upoważnienie do szczęścia" - i w o niebo (sic!) lepszym towarzystwie - wydane:



Nie no, ja wiem, że się czepiam. Wiem, że to w sumie nieistotne. Tak. Ale jakoś dziwnie się czuję, czytając z tyłu książki, że: "Zagubione niebo to historie nowe i odnalezione, które gubiły się na łamach prawie zapomnianych już dzisiaj gazet. Wreszcie ułożyły się w całość - w opowieść o różnych porach roku w życiu każdej i każdego z nas..." i tak dalej ble ble ble.

Byłby to szczegół, nieistotny w sumie detal. Byłby, gdyby nie to, że opowiadanie "Zdążyć przed pierwszą gwiazdką" jest w "Zagubionym niebie" perełką. Perłą świadczącą o prawdziwym artystycznym obliczu Katarzyny Grocholi. Obliczu, które na tym blogu jak kto głupi, narażając się na pobłażliwe uśmiechy, oczu mrużenie i tym podobne, zachwalam. Szkoda, że znalazło się w tym zbiorku, naprawdę.

A może nie szkoda? Może dobrze, że trzynaste miejsce na liście piętnastu utworów jest dla czytelnika szczęśliwe? Bo pozostałe utwory, choć interesujące, to jakieś takie szkolnymi wypracowaniami pachnące, literackie próby nastoletnich dziewcząt przypominające. Chociaż - powtarzam - daj Boże wszystkim, a przynajmniej większości - twórczyniom obecnym na "literackim" rynku choć taki poziom osiągnąć.

To tyle. Bardzo merytorycznie dziś, jak widać:). Ale może to dlatego, że sobie za dużo obiecywałam? Może gdyby na okładce było inne, mało albo wręcz nieznane, nazwisko, podobałyby mi się bardziej? Bo przecież czytając, nie cierpiałam:). Byłam w niebie. W końcu to jednak Grochola.




środa, 20 sierpnia 2014

Coraz chłodniej

...z cyklu "Co w szafie piszczy"


4 sierpnia


8 sierpnia


9 sierpnia

10 sierpnia

13 sierpnia

15 sierpnia

17 sierpnia

Wszystkie ciuchy już były, więc nie ma sensu nudzić:).
Udanego dnia!

niedziela, 17 sierpnia 2014

Fasolka again. Gulasz z dobrą kiełbasą

...z cyklu "Gotuję sobie"


Niniejszym kończę "sezon na fasolkę" i dziś gotuję ją po raz ostatni. W tym roku.



A teraz serio. Nie dziś gotowałam, tylko ponad tydzień temu, bo czasy pichcenia z jednoczesnym tworzeniem wpisu przeminęły z wiatrem. To znaczy odkąd dziecię chodzi, biega, chwieje się, upada, wstaje, znów biega. I gonić je trzeba.

Zostało mi trochę fasolki pokrojonej do zupy, ale naprawdę tylko trochę. A jak czegoś zostaje tylko trochę, to wiadomo, że zachomikować warto. W zamrażalniku albo zwyczajnie w lodówce. W pudełku po lodach. Niezmiennie.

No i jeszcze, jak czegoś zostaje tylko trochę, to wiadomo, że najlepiej takie różne "trochy" pozrzucać razem do garnka tudzież naczynia żaroodpornego i uczynić gulasz, coś gulaszopodobnego albo zapiekankę. Przy okazji lodówkę się z resztek wyczyści i można rozmrażać.

A zatem składniki najprostsze na świecie: kiełbasa (ale musi być naprawdę dobra, żadnych zbędnych dodatków, no i żeby było widać ubytek wagi mięsa przed i po wędzeniu), resztka fasolki (już pokrojona, bo nie zmieściła się w garnku z zupą poprzednio), ostatnie pomidory i ostatnie sztuki cebuli.


O, tak wygląda kiełbasa niekolorowana koszenilą, by wyglądać na bardziej uwędzoną. Ona jest uwędzona. Uwędzona, nie zanurzona w płynie wędzarniczym, który kolor i aromat nadaje, a w rzeczywistości kiełbasa wędzarni na oczy nie oglądała.


Pokrojona w plasterki ląduje na patelni w ogóle bez tłuszczu. Ustawiam niewielkie grzanie na płycie kuchennej (to się nazywa "na wolnym ogniu":) i się przysmaża. Najpierw z jednej, a potem z drugiej strony każdy plasterek.


Ja w tym czasie kroję grubo i dość byle jak cebulę.


Kiełbasa przysmażona z dwóch stron, tłuszczyku się wytopiło tyle, ile trzeba, czyli nie za dużo.


Czas na cebulkę. Wrzucam, mieszam i  chwilę czekam na puszczenie cebulowego soku.


Smaki się mieszają, obiektyw telefonu paruje:).


Za długo nie czekam, jak zwykle, bo nie chce mi się wydłużać i zwyczajnie szkoda mi czasu na takie tam zabawy kuchenne. Ma być slowfoodowo, czyli w miarę naturalnie, bez zmęczenia, bez wyścigu z czasem i smacznie. No i tak to właśnie wygląda w moim wydaniu. Do lekko zrumienionej cebuli dosypuję fasolkę zachomikowaną w pudełku po lodach.


Mieszam wszystko drewnianą łychą (kopyścią? albo jakoś tak:). Drewnianą, bo nie cierpię, jak mi metal zgrzyta po dnie garnka.


Szkoda, że koloru fasolki nie da się zachować do końca duszenia. Sól robi swoje. I temperatura. Ale tej soli to nie za wiele, bo słona jest już sama kiełbasa. Do tego ziołowy pieprz i słodka mielona papryka, ale to później. Na razie tylko sól, która spowoduje zmięknięcie fasolki i puszczenie przez nią soku.


Zabieram się za pomidory. Gotującą wodą parzę, po chwili wyjmuję, lekko się studzą.


 
A ja w tym czasie gruby plaster cytryny do dzbanka wrzucam i mineralną gazowaną go zalewam. Niegazowana też niby dobra, ale wcale nie daje tego efektu, jak gazowana ze świeżo otwartej butelki. I taki drobiazg: nie wrzucam cytryny do wody w dzbanku, tylko do pustego dzbanka, a ta woda wlana wprost na świeżo ukrojony soczysty plaster zupełnie inaczej się z cytryną łączy. I bąbelki też mają w tym swój udział, więc koniecznie gazowana.


Wstawię jeszcze wodę na kaszę. Jak zwykle w dwóch wersjach: jęczmienna i gryczana. Zagotowanie wody i ugotowanie kaszy to jakieś pół godziny, więc czasu mam w sam raz.


Pomidory przestygły. Skórki zdejmuję, środki wyjmuję i kroję. Pesteczek malutkich się nie pozbywam, bo uwielbiam je i to, co między nimi jest. Sam czerwony miąższ bez tego, co w środku pomidora, to całkiem co innego.



Czas na ziołowy pieprz i mieloną słodką paprykę.


Mieszam, kilka minut - do zagrzania pomidorów - i gotowe.

 
W miarę szybko, wystarczająco domowo, wystarczająco zdrowo.
SLOW FOOD in my way:).


Na pierwszym zdjęciu jest wersja z kaszą jęczmienną, tu - w komplecie z gryczaną.

Do tego woda z cytryną. Za takie dania też uwielbiam lato!


Smacznego!

piątek, 15 sierpnia 2014

Lepiej

...z cyklu "Uroda życia"


Albo z cyklu "leżę na tarasie i wzdycham"... Czytam. A tam w wywiadzie Jacek Cygan: Boże, jaki świat jest piękny! Patrzę...

 


Bo już nie upał, a jeszcze słońce. Bo powiewa. Bo w tym słońcu chłodzi.
Liśćmi tak dzwoni. Z liści ćwierka. Z trawy grzechocze. Zza płotu pieje. I gdacze. I jeszcze raz za  razem pieje. Wieje.

Czytanie prywatne. Czas bez pracy. Wreszcie. Ale nie. Bo ściana zieleni, co na wyciągnięcie z tarasu ręki. Bo nad tym wpierw błękitno-białe, później granatowo-szare. Takie niebo. A spomiędzy tego jeszcze ostre promienie. Żal zamieniać na czarne na białym. Literki.

A przecież czas wolny. Bo śpi tak długo. Bo święto. Więc nie tak głośno drogą szumi.

Znowu pieje. I gdacze. Bzyka i bzyczy. Świerszczy w trawie. W lesie kracze. Chmury pędzi. Myśli przegania. Cytatami się błąka. Nie pamięta wierszy.

Lepiej. Jutro będzie lepiej. Lepiej być nie może. Chociaż może lepiej już było.
Ale i tak: Boże, jaki świat jest piękny!

środa, 13 sierpnia 2014

Warsztaty "Smakuj Życie"

...z cyklu "Uroda życia"


Ostatnio rzadko zaglądam na Bloggera, niestety, a jeszcze rzadziej do blogowej poczty, jeszcze bardziej niestety.

 

Warsztaty "Smakuj Życie - Kultura bez Przemocy"

 

Ale dziś zajrzałam i oto efekty: prośba o zamieszczenie na blogu informacji, która wydała mi się na tyle interesująca, że proszę bardzo, zamieszczam.



Warsztaty "Smakuj Życie – Kultura bez Przemocy"

W ramach 6. edycji Europejskiego Festiwalu Smaku w Lublinie zapraszamy w dniach 5-7 września na bezpłatne, otwarte warsztaty, na których znajdziesz przepis na szczęście i spełnienie we wszystkich sferach!


Ponad 100 najlepszych lekarzy, trenerów i specjalistów z kraju i z Europy poprowadzi otwarte wykłady na temat zdrowia, biznesu, psychologii, ruchu, permakultury oraz slow life’u. Będziesz mieć okazję nie tylko zaczerpnąć od nich garść informacji, ale również w praktyce wykorzystać ukryty w sobie potencjał.


Osoby, które chcą zwolnić tempo i doświadczyć nietypowych aktywności, mogą wziąć udział w zajęciach z fotografii nieilościowej, malarstwa intuicyjnego, etycznej mody, savoir-vivre’u przy stole czy wyplatania słomy. Dla dzieci przygotowany będzie kącik sensoryczny poprawiający ich kreatywność i pobudzający zmysły.


Warsztaty z Anną Łoś nauczą Cię upcyklingu, dzięki Agacie Banach dowiesz się, jak odnaleźć źródło wypoczynku w przyrodzie, natomiast Piotr Szczerkowski opowie, jak być świadomym rodzicem. Więzy rodzinne wzmacniać będziemy też na warsztatach z Karoliną Wójcik.



Dołącz do nas:

https://www.facebook.com/events/266597563536947/?fref=ts



Program i więcej informacji:

http://warsztatysmakujzycieeuropejskifestiwalsmaku.wordpress.com/

http://cs.unlimitedgroup.pl/



Zapisy:

biuro@unlimitedgroup.pl – w treści imię i nazwisko, nr telefonu, nazwa warsztatów



ZAPRASZAMY

piątek, 8 sierpnia 2014

Życia dzieło. Rozmówki małżeńskie. Blurb

...z cyklu "Uroda życia"



On:
Piszesz?

Ona:
No.

On (pomny zwyczajów Onej):
Byle nie do szuflady.

Ona(błyskotliwie, jak zwykle):
No.

On:
Do szafy.

 Bo Ona swoje szpargały trzyma w szafie.


To tyle w temacie twórczości osobistej.
Ponieważ normalnie twórczość znaczy tysiąc znaków po pięćdziesiąt złotych brutto. Blurb.
Jakie życie, takie "dzieło". Umowa o dzieło. Blurb.

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Ciuchowy przegląd tygodnia

 ...z cyklu "Co w szafie piszczy"

 

Ale nie mam dziś naprawdę czasu marudzić o wszystkim, co tu się na zdjęciach znajduje. Spróbuję w trochę inny, może szybszy sposób. Wszystko już było i jest po wielokroć opisane w różnych miejscach TU. 


Właśnie się zorientowałam, że to już czterdziesty wpis, chociaż nie czterdzieste szafy "wyjściowej" otwarcie. Na początku myślałam, że uda mi się robić notki z każdego dnia, ale szybko okazało się to mrzonką i praktycznie od początku zamieszczam zdjęcia seryjnie. Nie ma czego żałować, bo ciuchy się niemiłosiernie powtarzają i strach pomyśleć, jak by to wyglądało, gdybym tak codziennie do pracy wychodziła i się "za opłotki" ubierała... Cóż, wyglądałoby normalnie. Dokładnie tak, jak to było przed moją kanapową ciążą i urlopem macierzyńskim/rodzicielskim. Normalnie.


29 lipca. "Urocze" zakątki miasta sąsiedniego. Usiłuję w ostatniej chwili uratować resztki "oszczędności" przed "królem Zusem"
30 lipca. Wygląda to dość wesoło i jest mi wesoło, zatem niepasujący do spodni kolor butów zwisa mi i powiewa. Dlatego robię dobrą minę:)


3 sierpnia. Jak to w niedzielne popołudnie... Odwiedziny u rodziny:). Mówi Wam coś ta "magiczna" spódnica?


piątek, 1 sierpnia 2014

Gulasz z fasolką szparagową. Błyskawicznie. I dlatego slow:)

...z cyklu "Gotuję sobie"


Fasolka z działki Rodziców przez starszaki w ilości strasznej przytargana, raz już duszona, na kolejny poryw serca mojego (znaczy wenę twórczą w kuchni) w piwnicy czekała.


No i się doczekała. W zeszłą niedzielę wpadłam na pomysł, że może by tak jakiś ciepły posiłek przypominający obiad zrobić... Może nawet niekoniecznie wegetariański... Może, bo ostatnimi czasy, zwłaszcza w upały, a poza tym z braku czasu, mięsa w zasadzie nie gotuję, tylko same lekkie sprawy. I szybkie.

A że, owładnięta w sklepie niezbyt przemyślanym zapałem do gotowania, dzień wcześniej nabyłam białą polską paprykę, stwierdziłam, że chociaż na razie nie wiem, co z nią zrobię, ale jak się dobrze zastanowię, coś wymyślę. No i wymyśliłam.


Proszę bardzo: papryka, cebula, rzeczona fasolka, pomidory.




Tym razem fasolkę pokroiłam, jak do zupy.




Z papryki wybrałam gniazda nasienne. Wolę najpierw usunąć wszystkie i potem od razu kroić. Taki jakiś "wewnętrzny spokój" czuję, jak mam po kolei. Śmieszne? Dziwne? Chore? Wszystko jedno. Czas na gotowanie przed południem to jest luksus w dzisiejszych czasach, dlatego nie warto rzucać sobie kłód pod nogi, tylko się wyluzować i robić wszystko tak, jak nam najbardziej pasuje, a nie jak ktoś nam powie, że się powinno, bo coś tam, coś tam... Mam nadzieję, że posłanka praw autorskich nie zastrzegła:).




Do tego naprawdę grubo i szybko cebula. Slow polega tu na tym, że ją sama kroję:), a nice, że kupiłam obraną. Ale mogłam też kupić w łupinach i się relaksować, i filozofować:). Bo niby dlaczego filozofia obierania cebuli miałaby być gorsza od rozmyślań przy łuskaniu fasoli? I bym miała "łzawy traktat przy obieraniu cebuli":). Oraz sławę:)))




Czas na mięso. Zdjęcie jakieś takie nieostre, ale może to i dobrze. Miało być całkiem nice, celowałam w gotową porcję gulaszu z piersi z kurczaka, który miałam prosto z pudełka wrzucić na rozgrzany olej, ale nic z tego. Musiałam się pobrudzić i na desce pokroić, czego nienawidzę z mięsem robić. Gulaszu gotowego w sklepie nie było:(((




Olej rzepakowy (najlepszy w naszym klimacie, ma omega coś tam i wysoką temperaturę dymienia, więc nadaje się do smażenia, w przeciwieństwie do oliwy z oliwek), czekam, aż się rozgrzeje, wrzucam mięso, po chwili mieszam, aby nie przywarło do dna, a tylko się zrumieniło. Ono puszcza soki, trzeba trochę poczekać na to zrumienienie, więc tymczasem wstawiam wodę do parzenia pomidorów i...



...wyjmuję przyprawy: pieprz ziołowy (słoik po kawie), sól (kubełek po twarożku) oraz chili (bo zabrakło mi słodkiej papryki w proszku, a chciałam trochę koloru).


Tymczasem woda się zagotowała, więc wylewam ją na pomidory. I nie zapominam o mięsie w brytfance - ma się zrumienić, nie spalić:).


Po chwili gorącej kąpieli wyjmuję pomidory, aby przestygły i nie parzyły mnie w palce przy zdejmowaniu skórki. Biedne, w taki upał musiały się kąpać w ukropie. Ale w sumie, skoro cały czas spędziły w lodówce, podczas gdy ja w czterdziestu stopniach w cieniu... Nie, nie żal mi ich:).


Gotowe. Stygną.


Mięso już zrumienione. Mogłoby być rumiane dokładnie z każdej strony, ale jest go zbyt wiele, aby pojedynczo rozłożyć każdy kawałek, więc sobie odpuszczam i tak je zostawiam. I uwaga:) - to jest slow.


Wrzucam na nie cebulę. Też ma się zrumienić.


Po chwili wahania stwierdzam, że jest niedziela przed południem, gorąco i powoli chce mi się na kanapę ze szklanką zimnej wody z cytryną, więc postanawiam zgodnie z filozofią slow stosunku do rzeczywistości proces gotowania znacząco przyspieszyć:). Na niezrumienioną cebulę wrzucam fasolkę. I to się nazywa slow life:).


Mieszam. Jakby się kto nie domyślał:).


Sypię sól, pieprz ziołowy i chili (ale tylko troszkę, na czubek łyżeczki).


Okazuje się, że cały "sos własny" odparował, dlatego lekko podlewam gorącą wodą.


Fasolka wymaga dłuższego duszenia, więc wraz z cebulką pyrka sobie pod przykryciem na malutkim "ogniu" (tzn. na "dwójce", maksymalnie "trójce") jakieś pół godziny do czterdziestu minut.


I to jest dość czasu, aby zdążyć z obraniem i pokrojeniem w kostkę pomidorów. Wykrawam z nich środki po przekrojeniu ich na pół, a potem swobodnie ciacham na kawałki.


Po jakichś piętnastu minutach pyrkania dorzucam paprykę. Jej wystarczy piętnaście, góra dwadzieścia minut i zmięknie, a się nie rozpadnie.


Po tych piętnastu minutach wrzucam pomidory. Na najwyżej pięć minut. Nie chcę, aby powstała z nich pulpa, mają tylko oddać swój kwaskowy smak i się podgrzać.



No i tak to wygląda w komplecie z ciemnym ryżem. Pewnie lepszy wizualny efekt dałaby czerwona papryka, ale biała była o połowę tańsza, a w ogóle to mam do białej dość niezrozumiały sentyment.
W każdym razie było pyszne.
Czego i Wam życzę!