sobota, 30 sierpnia 2014

Czy przytulanie to rozpieszczanie? - cz. 1

... z cyklu "Rodzicielstwo radosne"

 

Z pozoru - sielsko, w rzeczywistości - mała dżungla życia. Plus rodzice na straży - nie my, my robimy zdjęcie:)


- Mamo, boli! - otarte kolanko naszego małego dziecka i łzy ciurkiem cieknące po policzkach niejedną mamę prowokują do niepohamowanego wybuchu czułości, a połowę z nas do powstrzymywania siłą własnych łez. Zresztą w roli "otartego kolanka" może też wystąpić odrapany łokieć, odebrana zabawka, przykre przezwisko, a u starszaka najlepsza koleżanka, która poszła pobawić się z inną.


Co w tak przykrej sytuacji powinna uczynić mama? Albo tata - oczywiście. Nie oglądając się na nic i na nikogo, dać upust własnym zranionym uczuciom? Bo przecież wiadomo nie od dziś, że krzywda dziecka najbardziej boli rodzica. Rzucić się na ratunek i siłą (nie tylko argumentu:) przyprowadzić niewierną koleżankę/kolegę? Przezwać przezywającego z nawiązką? 

Może i tak by się czasem chciało, ale... Kogo w ten sposób pocieszymy? Nasze dziecko czy może nas samych? Coś mi mówi, że raczej to drugie. To coś nazwałabym rozsądkiem. Trzeźwym myśleniem, które warto jednak włączyć, na przekór targającym nasze zdrowe zmysły gwałtownym uczuciom.

No więc tak - po pierwsze zastanówmy się, czego w tej trudnej sytuacji tak naprawdę potrzebuje nasze dziecko. Skoro ze łzami przychodzi do mnie, to prawdopodobnie potrzebuje mnie. No więc jestem. Każda i każdy z nas jest. 

Tylko w jaki sposób? Jak jesteśmy z dzieckiem w trudnej dla niego sytuacji? Wzruszamy się i płaczemy razem z nim, potęgując w ten sposób jego żal, który w kilka sekund rozrośnie się do niebotycznych rozmiarów?(sposób pierwszy) Czy też biegniemy pomścić naszego potomka skrzywdzonego przez okrutny i nieczuły świat?(sposób drugi) A może przybieramy dzielną minę i radośnie, tudzież lekceważąco, wykrzykujemy: No coś ty! Taki/taka duży/a i płacze! Ale przecież nic ci nie jest! Nic się nie stało! Nie przesadzaj, takie małe zadrapanie nie może aż tak bardzo boleć!(sposób trzeci) - niepotrzebne skreślić.

Która z trzech powyższych reakcji jest właściwa? Otóż żadna. Skreślić należy wszystkie.

Sposób pierwszy: nasz płacz i nasza rozpacz (nie mylić ze współczuciem) - spowodowane trudnością przeżywaną przez dziecko i jemu w dobrych intencjach nadmiernie okazywane - zaburzą u niego poczucie bezpieczeństwa, po które przecież do nas przyszło. Doświadczyło sytuacji trudnej, jest mu źle, a więc szuka oparcia. W nas. Nie możemy mu w takim momencie fundować czegoś zgoła przeciwnego - strachu spowodowanego poczuciem braku oparcia w kimś, na kim spodziewa się ono polegać najbardziej na świecie. Nic dziwnego, że negatywne przeżycia dziecka narastają - są przecież przez nas wzmacniane.

Sposób drugi: pragnienie pomsty i nauczenia rozumu krzywdziciela naszego najukochańszego w świecie malucha jest u rodzica tak naturalne jak pylenie się drzew wczesną wiosną (taka mała prywata - moja alergia:). Jednak nie tędy droga. Dziecko przybiegło do nas, więc logiczne będzie pozostanie z nim w tym momencie, a nie wyruszenie w celu przywrócenia sprawiedliwości. Nie odchodźmy, bo ono znów zostanie samo. I będzie się bało.

Podkręcanie emocji i pomsta są złe. Ale już najgorszy z najgorszych jest sposób trzeci, czyli LEKCEWAŻENIE UCZUĆ DZIECKA oraz - co za tym idzie - PODWAŻANIE PRAWA DO ICH PRZEŻYWANIA. Odbywające się dokładnie przy pomocy przytoczonych wyżej fałszywie pocieszycielskich dziarskich okrzyków. Skrzywdzone dziecko dowiaduje się oto, że: 
  • jest za duże, aby odczuwać ból (i fizyczny, i emocjonalny - Wstyd! Taki duży i płacze!) - czy w takim razie dorosłego nic i nigdy nie boli?
  • tak właściwie to jest jakieś dziwne, ponieważ nic mu nie dolega (czymże jest krew lejąca się z rozbitego kolana?!), a płacze (No coś ty, takie małe otarcie na pewno aż tak nie boli!)
  • jest głupie, gdyż nie potrafi ocenić wagi i rozmiaru swojej aktualnej sytuacji - podobnie jak większość dorosłych, tylko że w przeciwieństwie do nich dziecko ma do tego prawo  - właśnie podważane (no bo przecież Nic się nie stało!).
Podsumowując, sytuacja wygląda tak, że rodzic pociesza (a przynajmniej jest o tym święcie przekonany), zaś dziecko czuje się zawstydzone, ośmieszone (często publicznie - przy innych dzieciach i przy dorosłych), nieważne i głupie. Przesadzam? Nie sądzę. Widuję, bywa, i takie sytuacje, w których "pocieszający" rodzic/dziadek/babcia/inny opiekun, nie widząc pozytywnych skutków własnych działań, a czasem widząc, że dziecko jest w jeszcze gorszym stanie niż wcześniej (do czego opiekun "pocieszaniem" doprowadził), denerwuje się na nie i bez żadnych hamulców temu zdenerwowaniu daje wyraz, czytaj: krzyczy na i tak pokrzywdzone i odczuwające ból dziecko. Nie rozumie, że zamiast pocieszyć, poniżył, a w najlepszym razie zlekceważył albo rozdmuchał problem.

Co w takim razie? Jak ma się zachować biedny rodzic, często bardziej od dziecka przeżywający jego stłuczone kolano, utraconą przyjaźń, zniszczoną zabawkę?

O tym następnym razem. Do zobaczenia wkrótce!

21 komentarzy:

  1. Bardzo ciekawy tekst - przyznam, ze choć takie dziecięce tematy na razie za bardzo mnie nie interesują, to przeczytałam z ogromnym zainteresowaniem. W 100% zgadzam się, że najgorszy jest trzeci sposób - sama doskonale pamiętam z dzieciństwa takie umniejszanie i lekceważenie moich dziecięcych problemów u taty - mój płacz wywoływał prawie zawsze obrażenie się na mnie 'że płaczę', przesadzam, wyolbrzymiam, nie da się ze mną 'normalnie' i, co najgorsze, podejrzenie że udaję - być może wynikało to właśnie z bezsilności rodzica, chęci nieumiejetnej pomocy, ale efekt był inny. Doskonale pamiętam to poczucie odrzucenia i gorzkiego zawodu, a później stopniowo, wątpienie w swoje emocje, całkowity brak przekonania co do swoich racji i poglądów. Uważam, że takie małe detale, niuanse z dzieciństwa mają ogromny wpływ na dorosłego później człowieka - jego poczucie własnej wartości, deprecjonowanie własnych dokonań itd. Nie uważam się za dziecko 'skrzywdzone', ale być może gdybym w takich sytuacjach odnalazła pełne oparcie i zrozumienie, wówczas byłabym dziś być może bardziej asertywna i pewna siebie... Dopiero niedawno, kiedy uzyskałam pewną samodzielność i wolność, udało mi się bardziej uwierzyć w siebie, choć wciąż mam ogromną tendencję do umniejszania swoich osiągnięć, boję się wyzwań, że nie podołam itp - przyczyn tego szukam właśnie w dzieciństwie, może niesłusznie, może taki mam po prostu charakter..? Za rzadko rozmawia się o takich tematach - wiele osób uważa, że jak ktoś tylko nie bije dziecka to wszystko jest ok. Dziękuję, że napisałaś ten tekst i czekam niecierpliwie na ciąg dalszy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tekst mega pomocny i ważny! Znam taki właśnie przypadek lekceważenia dziecięcych dramatów jest dokładnie tak jak pisze Annie,takie dziecko nie umie znalezć zaufania w rodzicach jest niestabilne emocjonalnie jako dorosły.bywa że ma lęk przed podjęciem decyzji ponieważ ciągle obawia się wyśmiania.Rodzice nie róbcie tego waszym dzieciom-wiolina

      Usuń
    2. Annie, dziękuję za Twoją szczerą odpowiedź na tekst. Nie powiem, że "co cię nie zabije, to cię wzmocni", jak lubi się u nas często powtarzać, bo uważam, że jest wręcz przeciwnie. Ale Ty jesteś ciepłą, fajną osobą. Nie dałaś się trudnościom:), masz dużą świadomość, skąd one się biorą i chyba to pozwala Ci mieć do nich dystans, prawda? Nie jest łatwo być rodzicem. Każdy popełnia błędy. A najwięcej to może autorzy różnych światłych porad. Dziękuję za Twoje słowa:)

      Usuń
    3. Wiolina, cieszę się, że tak uważasz, naprawdę. Tekst leżał u mnie w "roboczych" od kwietnia. Dzięki!

      Usuń
    4. Dziękuję za tak miłe słowa. :) Oczywiście, świadomość skąd się te trudności biorą pomaga nabrać do nich dystansu i odpowiedniej perspektywy. Ja jeszcze raz podkreślę, że nie uważam się za dziecko 'poszkodowane' - miałam i mam bardzo fajnych, kochających, ciekawych rodziców, którzy mnóstwo mi dali i ukształtowali mnie na, jak mi się wydaje, porządnego człowieka. :) Mam pełną świadomość, że tego typu błędy wychowawcze są jedynie efektem braku wiedzy, doświadczenia i bezsilności rodzica - nigdy nie złej intencji. Wydaje mi się, że ciężko jest tu rozgraniczyć co jest efektem takiego, a nie innego postępowania rodziców w dzieciństwie, a co po prostu wynika z charakteru dziecka... Nie ma rodzin idealnych, nie ma ludzi niepopełniających błędów - ważne tylko, aby uczyć się na pomyłkach, zarówno swoich jak i innych, a także nie zamykać się na ewentualne zmiany i porady. :) Pozdrawiam :)

      Usuń
  2. MY, nic ująć! A dodać? Jedynie może to, że rodzic zachowuje się tak pewnie dlatego, że tak właśnie zachowywali się wobec jego "otartego kolana" opiekunowie - rodzice, dziadkowie, pani w przedszkolu, wychowawca na koloniach, albo nauczyciel. Jeśli takie błędne zachowanie dorosłych znowu się powtarza, to matryca zachowań będzie się mieć dobrze i przechodzić na kolejne pokolenie. A wystarczyłoby przypomnieć sobie, jak sama się w takiej sytuacji czułam i czego potrzebowałam, lub nawet potrzebuję obecnie. Jak to dobrze, że dziś rodzice mają tyle sposobności do uczenia się dobrego świadomego rodzicielstwa. Twój wpis jest super. Dzięki. Choć moje maleństwo ma już prawie 27 lat, to bywa nie raz, że przychodzi z "otartym kolanem" :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, "zwyczaj" traktowania dziecka jak człowieka, który czuje, myśli, ma potrzeby i pragnienia, to stosunkowo nowy wynalazek. Ma mniej więcej sto lat. A "nowości" trudno się adaptują w świadomości, zwłaszcza takie, które wymagają od nas wysiłku. Bo przecież łatwiej jest po prostu zlekceważyć. Albo przegiąć w przeciwną stronę i natworzyć dziwacznych "metod wychowawczych", od których małe głupieje, zamiast normalnie dziecko jak człowieka traktować. Poważnie i z empatią.

      Usuń
  3. Sądząc po pierwszej części to będzie bardzo mądra porada. Rodzice sobie nie zdają sprawy jak krzywdzą dzieci swoją nadopiekuńczością czy obarczeniem ich swoimi łzami czy złym samopoczuciem.
    Dawno nie przeczytałam tylu mądrych słów.
    Pozdrawiam i czekam na czesc II:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo mi miło czytać TAKIE słowa właśnie od Ciebie:), naprawdę. Aż się boję, że Cię rozczaruję:)
      Pozdrawiam!

      Usuń
  4. Jasne,że pocieszyć!,ale jak widzę,że Jaś mi upadł na placu zabaw np na pupę i nic mu się nie stało to podchodzę uśmiecham się i odwracam jego uwagę,ale gdy widzę,że uderzył się o coś mocno i przybiega się pożalić to tule go mocno do siebie i całuję zranione miejsc chucham dmucham:). Ciesze się,że mi ufa i wie,że może na mnie liczyć gdy mu się coś stanie i czuje się bezpiecznie w matczynych ramionach . Czekam na cd :) Miłej soboty:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aga, z Twojego Jasia to jest nieprzeciętny szczęściarz, wiesz?

      Usuń
    2. Wiesz ja i tak mam wrażenie,że daje mu siebie za mało bo czasem siądę przed laptopem wypiję kawę i mam jakoś wyrzuty sumienie . Miłej pracy kochana:)

      Usuń
  5. Hmm. Może jestem jakaś mało czuła, nie płaczę z Anią. No ale jak na razie nie miała żadnych krwawych urazów. Przytulam i mówię Chodź, pokaż gdzie się uderzyłaś, mamusia przytuli i pocałuje. Dmucham i łezki wysychają :-) Podobnie jak wyżej, kiedy widzę, że upadek przypomina raczej "łapanie zająca" a mała zastanawia się, czy ma płakać, obracam szybko w żart :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, najlepsze jest to "zastanawianie się", czy płakać:), znam to. Ja się wtedy zastanawiam, nad czym tak naprawdę zastanawia się moje dziecko: patrzy ktoś czy nie patrzy? warto pokazać, jak boli, czy nie warto? lubię być w roli głównej, ale w sumie fajna ta książeczka-wózeczek-traktorek i trochę szkoda mi czasu na teatrzyk, bo w zasadzie to nie boli mnie wcale, ale z drugiej strony głupio tak po prostu wstać i iść, niech sobie nie myślą.
      U mnie dwójka z trójki uwielbia "procedury": upadek-ała-co się stało?-przytulenie-pogłaskanie-ucałowanie-jest dobrze.
      A tak serio, dziecko "zastanawiające się", czy płakać, wygląda, jakby próbowało sobie poradzić z emocjami, właściwie je ocenić (płakać-nie płakać?), nauczyć je opanowywać, ale i szukać oparcia. Dobrze być przy nim i pozwolić mu na to z dystansu, a wkroczyć, kiedy już się "zdecyduje", jak będzie reagować:)

      Usuń
  6. Czytałam takie tam książki różne.

    Wiem, co ja robię zatem mniej lub bardziej udatnie.

    Ciekawe, czy to samo co Ty ;).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zaiste, ciekawe:)
      Ciekawe, jak wiele mamy wspólnego. Jeszcze:)))

      Usuń
  7. Widzę, że potrafisz zbudować napięcie ;). Chętnie się dowiem, co masz na ten temat do powiedzenia. Osobiście, nie podobała mi się żadna z zaproponowanych dotychczas wersji (które jak widzę - również Ty skreślasz ;).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, dzięki! Taki komplement z ust Pisarki to nie byle co:)

      Usuń
    2. No ja komplementów na temat pisania nie rozdaję na prawo i lewo - tego możesz być pewna ;)

      Usuń
  8. No właśnie...świetnie napisałaś :*

    OdpowiedzUsuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.