piątek, 31 października 2014

Wegetariański bigos z białej kapusty albo co mi zostało w lodówce

...z cyklu "Gotuję sobie"

 

W wersji z kaszą jęczmienną

 

Oto jak łatwo wypozycjonować w google'u mało atrakcyjną potrawę z tego, co zalega w lodówce, nie bardzo do siebie pasuje, bo kupione zostało jako składniki całkiem innych potraw, których się nie zrobiło, bo czasu albo weny nie starczyło. Najpopularniejsza polska potrawa? Bigos oczywiście. Jest kapusta, jest bigos, cóż z tego, że biała? Nie zdążyliście kupić mięsa, a w ogóle to nie macie czasu go gotować? Niech będzie wegetariański. Zużyję  pieczarki, co na sos kupiłam. Plus lekko przywiędła papryka, cebula, co jest w domu zawsze, i przyprawy.



W ten oto prosty sposób powiedziałam na temat składników wszystko, co do powiedzenia było. Proporcjami głowy sobie nie zawracajcie, ile do garnka wrzucicie, tyle tej wyszukanej potrawy mieć będziecie:)

Takie to całe moje gotowanie. I nie będę wypisywać, że z sercem. Co to, to nie. Ci , co z sercem gotują, nie takie blogi prowadzą. Tylko takie: Zdrowa Kuchnia Sowy, Łakomym Okiem, Kuchenne Algorytmy. Się porównywać nie śmiem. I nie potrzebuję, bo ja tu sztuki kulinarnej nie uprawiam, a sztukę przetrwania w kuchni. Raczej.

Dlatego u mnie to jest tak:


Wpierw wstawiłam wodę na kapustę, teraz kroję. Aż dziw, że z takiej niewielkiej główki tyle tego wychodzi - rzecze kuchenna abnegatka.


W czasie krojenia woda się zagotowała, więc kapustę wrzuciłam, a to, czym do garnka nie trafiłam, przed pstryknięciem fotki dla niepoznaki ogarnęłam.


Teraz solę. Nie napiszę, ile, bo to zależy od wielkości garnka, kapuścianej głowy i reszty dodatków. I od upodobań. No dobra, na pięć litrów potrawy wsypałam trzy łyżeczki do herbaty. Kapusta posolona szybciej sok puszcza i mięknie.


Taaa, ratujmy, co się da. Wysypano już majeranek, teraz próbuje się stłuc butelkę zakazanej przyprawy, co się jej oficjalnie do zup nie dodaje:)


Kapusta mięknie, więc kroję cebulkę...


...którą wrzucam na rozgrzany olej, by się zeszkliła.


Pieczarki umyłam już na pierwszym zdjęciu, to teraz byle jak (czyli jak zwykle) kroję.


Cebulka gotowa: leciutko zrumieniona, miękka, ale szklista.


Wrzucam i solę pieczarki. Solę niewiele, tylko tyle, by szybciej zmiękły, bo zależy mi na czasie. Jakżeby inaczej, w końcu slołlajf uprawiam:) W każdym razie nie w kuchni. Ale o tej filozofii było już razy kilka, więc dziś sza.


Paprykę podwiędłą kroję...


...i na za chwilę odkładam.


Koncentrat z lodówki wyjmuję, bo gotowam zapomnieć. Naprawdę, choć niektórym pewnie się to w głowie nie zmieści:) Nic nie poradzę, że przy gotowaniu rzadko kiedy o nim myślę. Częściej skupiam się na ratowaniu z rąk dziecięcia tego, co się w górnych rejonach kuchni nijak zmieścić nie chciało, a czego mi szkoda lub czym dziecię uszkodzić się może, choć wcześniej takiego zastosowania niektórych przedmiotów wymyślić nie zdołałam. Naprawdę. Trzecie jest, więc powinnam mieć wprawę i doświadczenie. Nie. Tamte się aż taką kuchenną inwencją nie wykazywały.


Pieczarki się z cebulką poddusiły, więc je razem z papryką do kapusty wrzuciłam i mieszam. Jakby się kto nie domyślił:)


O, a tego pieprzu już nie ma. Słoiczka także. Od przedwczoraj. Nic to! Się dziś odkupi. Się w plastikowy kubełek zsypie. Na parapecie postawi. Następnym razem fotka parapetu będzie. W końcu na co komu rośliny na oknie?! Zawartość szuflad przeniesiona do doniczek też nieźle się prezentuje:) Ale to wkrótce. A pieprzu ziołowego czubata łyżeczka.


 Tego też łyżeczka. Albo więcej. Przełyku nie spali.


O, właśnie tak.


Wymieszałam i jeszcze chwilę gotuję. To znaczy, aż zmięknie, ale się nie rozgotuje, papryka. Musi być miękkie, bo po dorzuceniu koncentratu to już umarł w butach. Nic nie zmięknie. Kwas.


To teraz koncentrat. Biorę ten bez konserwantów ani innych dodatków. Gęsty, ładnie pachnie i tani.


Wymieszane. Zagotowane. Wyłączone. Musi "się odstać". Wtedy zgęstnieje, stężeje i smaki się połączą.


Gotowe. Tu z kaszą gryczaną. Bo u nas jak zwykle podwójnie:) - z glutenem i bez.

Kolejny obiad zaliczony. Smaki takie, jak lubię. Z mięsem się nie paprałam. Przetrwałam. Wszystko gra. Ku pociesze tych, co podobnie do mnie z kuchnią się nie lubią. I ku inspiracji. Jeśli to nie za wiele z mojej strony uzurpacji:))) Wybaczcie, żenujące rymowanie to na tym blogu normalka. Wolnoć Tomku. Smacznego.

niedziela, 26 października 2014

Przegapiłam rocznicę :)

...z cyklu "Co w szafie piszczy"


Nie wiem, naprawdę nie wiem, czemu ubzdurałam sobie, że kiedy jakieś dwa miesiące temu sprawdzałam datę pierwszego wpisu w tej części bloga, to widziałam tam 27 października. Nie wiem. A sprawdzałam specjalnie, żeby z wielką pompą w dokładną rocznicę walnąć podsumowanie, równie jadowite jak początek, i z hukiem drzwi tej pełnej starych szmat szafy zamknąć. I przestać dręczyć małżonka o fotki za każdym wyściubieniem nosa poza własne podwórko.



16 października 2013 r. - stoi wyraźnie. Dyskalkulik cyfry widzi inaczej?:) Tak


Skoro przegapiłam, huku robić nie wypada, a drzwi szafy zatrzaskiwać na razie nie będę, bowiem się byłam obkupiłam:), z czego się wytłumaczę wkrótce, ale póki co całkiem zwyczajnych i bez pompy spostrzeżeń z tego roku kilka.

Początkowe założenie było takie, że na wspak wszystkim modowym blogom, gdzie co dwa dni pojawiają się mające być w użyciu przez lat kilka ciuchy (sic), ja spróbuję przez jeden jedyny rok zaledwie używać tego wyłącznie, co w mej szafie piszczy (często ze starości), i to tak, żeby  w miarę możliwości dokładnie takich samych zestawów nie powtórzyć. Blogerka modowa ze mnie żadna, dokładnie tak samo jak większość normalnych kobiet, zatem ciuchów nie mam wielu, a te, co mam, są wiekowe. Kombinowałam, sprawdzałam, marudziłam i na blogu płakałam, że się powtarzam, że dno (szafy:) osiągnęłam i takie tam. Jedną losową przerwę miesięczną zaliczyłam, ale o tym sza, bo co było, a nie jest... Koniec.

Wnioski.
Pierwszy:). Zestawy się powtarzały. Przyczyna? Do eksperymentu przystąpiłam zupełnie beztrosko. Się nie przygotowałam znaczy:). Modowe dyletanctwo się kłania. Mając w szafie rzeczy z całkiem różnych epok (o tak, epok) życia, które pod względem trendów (szumne słowo, szumne:) całkiem do siebie nie przystają, ja je jakoś pożenić musiałam, w przeciwnym razie bez zakupów, na które pozwolić sobie nie można, nie obeszłoby się. Ale nad tym tematem rozwodziłam się tu:

KLIK:)

Drugi:). Zestawy się powtarzały niezbyt często. W normalnym życiu nierealne. Czemu? Bo ja niezbyt często z domu wychodzę. Macierzyński, rodzicielski, w końcu wychowawczy - oto klucz do sukcesu i niepopadnięcia w czarną rozpacz z powodu brutalnego uświadomienia sobie przy pomocy fotek, że się praktycznie non stop te same ciuchy obnasza. Gdybym codziennie wychodziła do pracy, taka odnoga bloga nie miałaby racji bytu. Po tygodniu wyczerpałabym temat każdej pory roku.

Trzeci:). Dumnych i szumnych założeń początkowych na siłę się trzymać nie warto. Tu jest slow. Także w tej dziedzinie. O slow fashion i minimalizmie w modzie tu było:). Postanowienie niekupowania niczego przez rok wynikało nie tyle z ambicji, co z jasnowidzenia mojego odnośnie stanu kasy, a że nie takie doły ciuchowe się już w życiu przetrwać udawało, więc trudne to do osiągnięcia nie wyglądało. I w sumie nie było. Mimo to kilka rzeczy przybyło.
Przybytki:)
  • baleriny - bo stare się przedziurawiły na podeszwie
  • okulary przeciwsłoneczne - bo poprzednie się ze starości rozpadły
  • bluza - poprzedniczka z dwudziestoletnim stażem podarta z domowej do śmietnika awansowała, a nowa miała cenę dyskontową
  • bluzka - ponieważ była potrzebna (co się odczuwało), a skoro była też dobrej jakości i tania, w koszu ze spożywczymi zakupami wylądowała
Teoretycznie mogłabym te zakupy odłożyć, ale efekt byłby taki, że chodziłabym w dziurawych butach, a bluzki kupiła za drugie tyle kasy w momencie, kiedy nie mogłabym się bez nich obejść. Jak masz jedną bluzę i właśnie ją podartą wyrzucasz, a trafia się nowa za małą kasę, bez sensu odkładać zakup dla idei.

Czwarty:). Cóż. Chwaliłam się trochę, że ciuchy mam wiekowe, trwałe, dobre, choć niedrogie i różne takie. No, ale przecież nie wieczne.
Ubytki:)
  • szmaciane baleriny (3 lata), które kolejny rok przetrwały z prawie niewidocznym pęknięciem na palcach, za to się podarły na wewnętrznej podeszwie - próbowałam kupić latem nowe, ale nie robią już chyba balerin z tkaniny, bo wszędzie tylko ze skóry lub ze skaju, a to lekko bez sensu w upał parzyć stopy, zaczekam, może pojawią się na wiosnę przyszłego roku
  • jasnobrązowe kryjące rajstopy Consaya (dwie pary, wiek: 8 lat) - zniszczyłam je ostatniej zimy pod spodniami, choć swoje lata już miały - do odkupienia
  • czarne baleriny skórzane (8 lat) - dziura w podeszwie od wewnątrz; odkupione
  • okulary przeciwsłoneczne (kilka lat) - rozpad totalny; odkupione
  • torba HO::LO (8 lat) - w tym kilka lat poniewierki w pracy, na wakacyjnych wyjazdach, na zakupach i w ogóle w warunkach ekstremalnych; liczne załamania na zewnątrz to nic, liczą się dziury wewnętrzne; zasłużona emerytura śmietnikowa - choć tak po prawdzie to wysłałam ją tam dopiero wczoraj, więc do końca roku dotrwała:); odkupiona
  • pańciowata torebka  Nine West (7 lat) - w zasadzie w porządku, tylko paski tak bardzo obłażą z tego, czym tam są obleczone, że nie da się już z nią chodzić, bo zwyczajnie się sypie i na ubraniu zostaje; myślałam reanimować, ale się prezenty i premie trafiły, to raz kozie śmierć, wybrałam nową, na kolejne siedem (albo więcej:) lat (o niej wkrótce:)
Tyle.

Piąty:). Eksperyment z fotkami tego, w czym się od lat chodzi, polecam każdemu, bo uczy. Że lata lecą i się już tak samo jak kiedyś w tym samym nie wygląda, niestety:(. Że ciuchy też się starzeją, choć nierówno, i dlatego warto inwestować w jakość, choć bardziej uwagą i rozumem przy kupowaniu, mniej pieniędzmi. Że niektóre zestawy tylko w zamyśle, a czasem nawet i w lustrze, wyglądają fajnie, a w rzeczywistości (czyli na zdjęciu) już nie, i to jest bardzo pouczające:), naprawdę.

Szósty:). Hity i kity. Potwierdziło się to, co od zawsze podejrzewałam. Bluzowo-dżinsowo-tenisówkowa jestem raczej niż spódnicowo-obcasowo-żakiecikowa. Co widać po Waszych, Kochani, reakcjach. Jak się człowiek w czymś dobrze czuje, to częściej zakłada, lepiej w tym wygląda, a i postronni (o Was mowa:))) są łaskawi to zauważyć. I tak największy aplauz znalazł zestaw z najnowszą lidlową bluzą lekko obciachową KISS:)+dżinsy rurki+szmaciane (teraz już wiecie, że w środku potargane) baleriny.

Jedno z mniej więcej dziesięciu zdjęć tego samego zestawu. Albo się mylę, ale chyba nie bardzo:)

Chociaż z drugiej strony spódnica ołówkowa, której bym o aplauz oglądających w najmniejszym stopniu nie podejrzewała, a którą ja z braku laku zakładałam, bo przekonania do niej większego nie miałam.


Całą jesień, zimę i wiosnę w niej biegałam, na lato odpocząć dałam, a teraz powróci:)

Najdroższa obecnie część mojej garderoby, to znaczy zamszowe kozaki na kauczukowej koturnie - bardzo wygodne mimo wysokości. Leciwe. Markowe. Trudne w konserwacji, co widać. Ale też ze względu na wygodę ciężko się z nimi rozstać.



Zamaszysta pasiasta spódnica - ulubiona moja i u Was uznanie znajdująca. Kupiona kilka lat temu na komunię średniaka, pasuje do wszystkiego: do tenisówek, do espadryli na koturnie, do balerin, do wysokich obcasów, do t-shirtów i do żakiecików (brrr!, co za słowo).






To były hity. Na kity spuszczę zasłonę milczenia. Popełniane były świadomie, choć z bólem. To skutki braku spójności w garderobie. Rzecz nie w ilości, lecz w dopasowaniu. O które jednak trudno, gdy jedne rzeczy mają kilka miesięcy, a inne kilkanaście lat.

Na koniec. To podsumowanie nie jest ani ładne, ani zgrabne, ani tym bardziej błyskotliwe, bo analizować i na czworo włos dzielić to ja, owszem, potrafię, ale za to synteza i uogólnianie kompletnie mnie przerasta. Co wniosek wymyślę, to za nim pięć "ale", dziesięć "z drugiej strony" i tak bez końca. Dlatego koniec. Z tygodniowym poślizgiem, ale koniec. 

Dziękuję. Za bycie. Za kibicowanie. Za pocieszanie. Za niewytykanie. Bo nie o szczerość tu szło, lecz o samopoczucie osoby, która z braku laku dowartościować się postanowiła tym, co ma. Że potrafi, że też może, że ogólnie nie jest tak źle. Więc dzięki.

Jednak to nie wszystko. Są nowe torebki. Się pokaże, obgada, pochwali. Z inspiracji Wioliny:))), której podlinkować nie mogę, gdyż anonimowo się w bloggerku udziela. Szacunek. Podziękowania. Uściski.

A o ciuchach i o slow podejściu do mody pisać będę. Jeśli tylko coś ciekawego przyjdzie mi do głowy:)
 

czwartek, 23 października 2014

Uzdrowisko. Sto procent

...z cyklu "Uroda życia"


Leje i leje. Coraz zimniej. Ciemno. Ale póki co grzeję dłonie wielkim kubkiem herbaty z cytryną, a pamięć wspomnieniem letniego w październiku spaceru.



Niezaradna Taka Driada:) do drzew się przytulała i zachwalała, to pozazdrościliśmy i też próbowaliśmy, tylko nam nie wyszło, bo w korze pełno czerwonych przytulonych do siebie po kilka żuczków siedziało, to nie chcieliśmy burzyć harmonii:). Ale podeszliśmy blisko, co nie bez przeszkód, zważywszy na kobierzec śliskich liści wokół się ścielący:).


Takie wystawianie się twarzą na pastwę stworzeń w listowiu żyjących to za ciekawe nie jest, nigdy nie wiadomo, co na człowieka spadnie, ale co tam, raz się żyje:), a dziecięciu trza pokazać, jak liście z drzewa lecą. Zwłaszcza że drzewo nie byle jakie, bo królewskie, a i miejsce nieliche, gdyż uzdrowiskowe, zdrojowe znaczy. I dlatego te dęby, kasztanowce, cisy i inne podobne z dalekich krajów przywiezione, tabliczkami opatrzone, cenne i chronione, razem z żuczkami zapewne.


Cudne-przecudne me dziecię najmłodsze, nauczone już w lecie samodzielnie się huśtać, dało matce szansę na parkowym placu zabaw zabłysnąć, że bez popychania huśtawki się buja. Nauczone przez starszaki, rzecz jasna. A że ma niecałe półtora roku, matka dumnie obok huśtawki stała (moje, to moje, młodsze od waszych, a samo potrafi, widzicie), zaś tatuś przez obiektyw sytuację kontrolował, gdyż doniosłe to wydarzenie uwiecznić mus było. Bez dwóch zdań. I piasek w butach nie przeszkadzał.


O, taki piasek. Głęboki. Suchy. Z przywianymi z cennych:) drzew liśćmi.


Takie warunki przyrodnicze:))) panują wokół wszystkich zdrojowych przybytków pomieszczonych w Zdrojowym (a jakże!) Parku, co się dużą literą pisze, gdyż nazwą własną być się okazuje. A przybytki owe to: Dom Zdrojowy, Łazienki, Pijalnia Wód (dziś piwa, kawy i napojów wszelakich, prócz solanek, rzecz jasna:), muszla koncertowa, Biblioteka o wdzięcznej nazwie, którą przed Wami zataję, i budynek szpitalny, co już poza parkiem (ale też obrośnięty), dziś służący na potrzeby uniwersytetu.

Było miło, ale się skończyło. Dziś zimnica i pierwszy raz w tym roku nogi mi przy komputerze zmarzły. Dlatego po kilku godzinach szybki wpis i spieszę kąpać dziecię. W tej konkurencji konsekwentnie trzymamy się razem, to znaczy tandem jest, bo tak i szybciej, i sprawniej, a skutek tego taki, że gdybym miała kąpać małe w pojedynkę, to bym nie wiedziała, jak się za to zabrać. Bo najważniejszy jest porządny podział obowiązków w rodzinie:). Ty rozbierasz, ja myję, ty wycierasz, ja ubieram, ty karmisz, ja tulę. A tymczasem ja już pod prysznicem:)
 

poniedziałek, 20 października 2014

Szafiarskie ostatki. Prawie

...z cyklu "Co w szafie piszczy"


Ostatnimi czasy lekko się zamotałam w różnych projektach "pracowo-marzeniowych", tak mogę je nazwać, i w związku z tym żaden z nich nie szedł, jak należy. W przypływie obłędu byłam nawet bliska jednemu z nich poświęcić niedzielę. Jedną, drugą... I jeszcze jedną, i jeszcze drugą. Bo o wolnych sobotach dawno już z konieczności zapomniałam. Na szczęście dość przyzwoitym refleksem wykazał się mąż, który wywiózł mnie z domu do parku. Prosty sposób na odcięcie od ciut za bardzo wciągającej wirtualnej (choć zawodowej) rzeczywistości. A jaki skuteczny!


No i właśnie dzięki temu mogłam odbyć małą podróż w czasie do dnia 3 września, kiedy to tak byłam ubrana, a fotki nie miał kto zrobić. Bo faktycznie zdjęcie zrobione jest 12 października. Ale ci, co już jakiś czas swoimi odwiedzinami mnie tu zaszczycają, wiedzą o trochę pożądanym, a trochę upierdliwym imperatywie wewnętrznym (buahaha), że jak wszystko, to wszystko, bez wyjątków, choćby i z miesięcznym (lub większym) poślizgiem. Niech Was to nie przestrasza. Ja mam w zanadrzu jeszcze dwie takie zaległe, z czego jedną sprzed ponad dwóch miesięcy, a co! Ale to potem, jak się okazja do przebieranek trafi:)

11 października. Zestawik tyleż znany i zgrany, co ulubiony, choć bluza to łup lidlowy całkiem świeży. Trochę mnie to uwiera, bo miałam nic przez rok nie kupować, ale z drugiej strony, jak się trafia bluza i-de-al-na za trzy dyszki, to grzech w imię wydumanej idei nie kupić, kiedy się jej naprawdę potrzebuje, bo się starą po dwudziestu ponad latach z domowej na śmietnikową awansowało. A przeszłości ubywa... Jak miałam 19 lat, to w tym burzonym obecnie przybytku świętowałam osiemnastkę o rok młodszej koleżanki, bo toto było wtedy prawie nowe i miało w sobie dyskotekę. Prawie nową. Że o przebojach nie wspomnę:)

12 października. Tu zestaw też już widziany, tak zwany "roczkowy". Czasem się tak przebieram. Sama nie wiem czemu, do pracy już tego nie potrzebuję, najbliższa impreza to komunia najmłodszego za lat dobrych parę, a to w szafie wisi i się nie kurzy, bo folią przykryte. A pochodzi z komunii średniego, czyli sprzed lat trzech. No więc przebrałam się i już. A po południu wywieziono mnie do naszego wspaniałego (ale całkiem serio) parku, gdzie i kurortu pozostałości, i pijalnia wód, i "łazienki", i alejki, i jary, i wąwozy, i mostki, i rzeczki, i kasztanowce jadalne, i trochę egzotycznych drzew oraz plac zabaw. Były kurort. Co się zowie. Były. Jest gdzie się kulturalnie poszwendać. No i tam się udając, zafundowałam sobie podróż w czasie do 3 września, co na pierwszej fotce jest:)

14 października. Tak się z dziecięciem najmłodszym do osiedlowego sklepu chadza, kiedy trochę pada, a trochę nie pada, ale blisko jest, to się da nawet troszkę zmoknąć:). Tu baleriny też są nowe, bo stare się na podeszwach przedziurawiły, już się tłumaczyłam z tego nieplanowanego zakupu:)

18 października. Destrukcja najwyższego (haha) budynku w mieście postępuje. Dobiegają mnie stamtąd budzące grozę pomruki, bo to całkiem niedaleko. Widzę, że już nieźle się przechylił, ale jeszcze trochę go stoi:). Ciekawe doświadczenie, obserwować, jak wielka łycha grzebie w kolorowych pokojach i rujnuje ten mało subtelny "przepych" wczesnych lat 90. Ciuchy znane, to nie ma o czym mówić:)

19 października. O, to komplet prawie identyczny z jednym z pierwszych, które niefrasobliwie zatytułowałam "Potrzeba nudy w modzie". I się doczekałam. Ataku wejść z rozbieranych witryn, na których ktoś mnie pooznaczał. Byłam bliska decyzji o zamknięciu bloga, a to był dopiero początek, prawie rok temu. Poszło o niewinne słówko "nudy". No więc w ostatnią niedzielę wściekła zarzuciłam to na siebie  po raz kolejny, choć przyrzekłam sobie, że już nigdy więcej, bo nie wyglądam w tym na moje hmmm...dzieści, tylko na sto hmmm...dzieści. I tak samo się czuję. Ale jak się ma coś na sznurku mokre, coś w pralce jeszcze suche, coś w koszu na pranie, a coś w szafie, a w dodatku pogoda nie rozpieszcza, to takie są właśnie efekty. Błe!
A wczoraj po południu znów było inaczej, bo się pogoda zmieniła i się sandałkowe ostatki odprawiało, ale o tym następnym razem:)

piątek, 17 października 2014

A na Wschodzie bez zmian. Stasiuk

...z cyklu "Czytam sobie"


Czemu lubię Stasiuka? Bo przystojny!


Co sprawia, że Andrzej Stasiuk nie może usiedzieć w jednym miejscu?
To TU takie ładne zdjęcie dali:)

Ktoś zaprzeczy?


I bo Ryszard Koziołek tak o nim pisze: "Chłopski lament Stasiuka". A ja Ryszarda Koziołka też lubię, ale przez sentyment, bo ta sama uczelnia, a czy ładny, to nie wiem, bo nie znam, a po guglach szukać nie będę:).


Ale nie tylko dlatego. Ja mieszkam przy żółtych drogach, ja życiową brawurę podziwiam, ja miniatury literackie rozsiane tam i owam hołubię. Ja już się powtarzać nie będę. Nie, bo o "Wschodzie" konkretnie napisano (co wyżej), a mniej konkretnie, za to bardziej czołobitnie sama się już produkowałam. O, TUTAJ.

A podobno, że go kanonizowali. I że przez to nowi młodzi tylko tyły obstawiają. No, że może jeszcze Tokarczuk coś znaczy. Jak dla kogo! He he! Ale na nią to ja za głupia. Też już było. O, TU.

Tyły? Ale jakie tyły? A kto zgarnął Nagrodę Kościelskich? No przecież Krzysiek Siwczyk. Ten licealista małolat, co go Maciek Melecki do spółki z Krzysiem Uniłowskim przygarnął.

Uwaga, prywata będzie. To moje roczniki. Moja uczelnia. Mój wydział. Moja młodość. Żal. Siebie żal. A blog mój, to go sobie wyleję. A co. 

Dla nich podziw. I duma. Mój rok. Chociaż tyle.
Wcześniej, owszem, Kościelskich wziął także i Stasiuk. A skoro tak, to Krzysiek po śladach. Dobrą drogą, co nie znaczy, że w cieniu. Dobra droga nie jest dziś obsadzona. Za to szeroka i dwupasmowa. Bo nie taka to droga po-boczna. Nie żółta.

Tyle.

czwartek, 16 października 2014

Bez sensu? Zawodzę

...z cyklu "Dyrdymałki" albo "Uroda:( życia"

 

Tak dzisiaj miałam:




A liczyłam na tak:



Dobija mnie życie, nie doceniam szczęścia, marudzę. Jest nieźle. Mam apetyt na więcej. Zaspokoić go nie mogę. Grzeszę?

Ciągłe nadzieje, że już, że zaraz, że za chwilę. Dam radę, jak się sprężę, więc się sprężam. Nie daję.

Tkwię w połowach. Tego, tej i tamtej. Dlatego kwilę, ręce mi opadają, odpadam.

Pieniądze.

Zgubiłam zdjęcia. Nie mam na wpis. A tekst nachalnie rozpycha się w głowie. Ten i tamten. I tamten. Czas. Moja głupota. Przepraszam. Cześć.

PS Wiem, że jutro będzie tak:


Bo będzie?

piątek, 10 października 2014

Chleb

...z cyklu "Dyrdymałki"


Moje siedemnastomiesięczne dziecko jadło chleb ze śmietnika. Ale spokojnie. Nie wysłałam go na tournée po mieście ani nie głodziłam w domu.

 


Było inaczej.

W obawie, by się nie udusiło, nie udławiło, nie zakrztusiło i do jedzenia nie zniechęciło, pracowicie odkrawałam z małych kromek skórki, a tych, za które kanapkę podając, trzymałam, zjadać nie pozwalałam.

W moim domu obok wiaderka na śmieci stoi plastikowe pudełko na chleb. Suchy. Niedojedzona kromka, zapomniana w zakamarkach piętka lub te odkrojone skórki lądują właśnie tam. I tam sobie schną na wiór, aby nie zapleśniały. A potem się je wynosi i kładzie gdzieś koło dużego śmietnika, skąd wiem, że są zabierane. Dla kur? Dla świń? Dla kogoś? Nie wiem. Moje dziecko nie, ale ktoś inny owszem, idzie raz w tygodniu na tournée i zbiera. Myślę, że dla zwierząt, bo w moim mieście chyba tak źle nie jest, żeby ktokolwiek jadł ze śmietnika. Ale może tylko tak myślę?

W każdym razie zjadło. Schrupało. Nie udławiło się. Nie zakrztusiło. Nie narzekało. Ucieszyło się. Bo zdobyczne chyba bardzo mu smakowało, gdy czekało na gotujące się ziemniaki. Od tamtej pory je chleb w całości.

Cackam się. Trzęsę nad. Drżę o. Dogadzam. Tak naprawdę to chyba jednak sobie i swojemu dobremu samopoczuciu. Że dobra ze mnie matka. Ale moje dziecko tego nie potrzebuje. I może nawet mu to przeszkadza, choć chyba o tym nie wie.

Przyszło mi do głowy, że zamiast nadskakiwać z nadmiarem troski, skieruję zaoszczędzoną energię tam, gdzie będzie ona naprawdę potrzebna. A zjedzona przypadkowo sucha skórka chlebowa nieodparcie przywodzi mi na myśl hasło, które pojawia się na stronie http://www.pah.org.pl/nasze-dzialania/8/pajacyk: Z powodu głodu na świecie co sześć sekund umiera jedno dziecko. Nawiasem mówiąc, tam można kliknąć w brzuszek pajacyka. To należy ustawić jako stronę startową. I klikać codziennie przed pierwszym wejściem do internetu. Wiele energii to nie kosztuje, a w sumie wiele daje. Trochę większego wysiłku wymaga to: http://unicef.pl/nmwplaty/wplac/68 - tu trzeba sobie czegoś realnie odmówić. Kina? Rodzinnych lodów? Nowej torby?

Wiem. Skojarzenia ze skórką od chleba banalne, a namowy do bólu populistyczne. Niech będzie. Moje dziecko nie zjadło suchej skórki z głodu. Zjadło z niecierpliwości. To różnica. Pudełko z suchym chlebem stoi już na parapecie.

niedziela, 5 października 2014

Bywa, że pisuję... W odcinkach. Link

...z cyklu "Powieść w odcinkach"


Nowa odnoga bloga - książka w odcinkach. To jest link


Dziś trochę autoreklamy, bo tej, jak wiadomo, nigdy za wiele :))) Grunt to skromność, stój w kącie, a znajdą cię i inne takie tam.


No, ale na wypadek, gdyby jednak nie znaleźli, trochę w tym pomogę, bo skoro nie święci garnki lepią, to raz kozie śmierć, a co mi tam!

Do rzeczy. Od kilku dni jest taka strona, gdzie w odcinkach, w niewielkich fragmentach (coby nikogo o mdłości ani też o zawał zbyt dużą dawką nie przyprawić) wrzucam to, co sobie radośnie na papierze produkuję. W odcinkach, za free, choć z nadzieją na... Na to, że w jakimś cudownym momencie zjawi się, pokonawszy sześć mórz i siedem rzek, jako ten rycerz na białym rumaku, wybawca... eee, chciałam powiedzieć: wydawca.

U góry jest link. Jeśli chcecie, zaglądajcie, czytajcie, linkujcie, klikajcie, "polubiajcie" i udostępniajcie, krótko mówiąc: pomagajcie. Więcej nie napiszę, bo się wstydzę. Strona jest udostępniona publicznie, nie trzeba mieć konta na fejsie, by na nią wejść, ale trzeba, by polubić albo udostępnić.

To dziś już dziękuję za uwagę:)

czwartek, 2 października 2014

Fast slow food, czyli jak zdrowo funkcjonować i nie zwariować

...z cyklu "Gotuję sobie"


Gotować za bardzo nie umiem, a i z braku czasu najczęściej jestem zmuszona improwizować z tego, co akurat pod ręką, czyli w lodówce, zamrażalniku lub w kuchennej szafce. Choć nieskromnie wspomnę, że jednak są potrawy, które mi wychodzą. A do tego bezczelnie dodam, że poświęcanie potrawie więcej niż pół godziny stania przy garnku lub kuchennym blacie jest dla mnie zwykłą stratą czasu. Czego nie lubię. Lubię za to tracić go na to, co lubię:).



Ale to jeszcze nie znaczy, że odgrzewam w mikrofali zafoliowaną chemię i nią faszeruję rodzinę. O nie! Gotuję w zgodzie z ideą slow food, ale w trybie bardzo, bardzo fast. Fast slow food.

Co to znaczy, rozpisuję się szeroko (jak to ja:) na portalu KobietaPo30.pl, gdzie serdecznie pod poniższy link zapraszam!

warzywa
http://kobietapo30.pl/slow-food-fast-food-fast-slow-food-jesc-zdrowo-zwariowac/

Pisuję tam pro bono, że tak powiem, publico:). Podobnie jak na blogu, ale z nadzieją na to, że może kiedyś to się zmieni i czas poświęcony artykułom oprócz przyjemności da mi także zarobek, co na urlopie wychowawczym nie jest bez znaczenia:). Pewnie to zależy od klikalności, udostępnień, polubień oraz Waszych opinii, więc tym bardziej serdecznie Was zapraszam!